Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 396 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Słoń a sprawa polska

niedziela, 11 maja 2014 13:40

    Nie wiem, jak to się dzieje, ale skoro wciąż tu trwa spory ruch na liczniku, to wypada dostarczyć temu ruchowi przynajmniej jakiś sensowny powód, żeby nie było na marne ;-) A więc, jak w tytule i wcale nie chodzi o to, że 20 tysięcy lat temu po terenach dzisiejszej Polski biegały mamuty, a mamut to przecież prawie jak słoń. 

 

mamut.JPG

 

       Otóż rzecz jest o wiele bardziej współczesna. Na osiem miesięcy przed śmiercią Vincenzo Bellini wystawia w Paryżu Purytanów, ostatnią operę, która pod wieloma względami zapowiadała kierunki, w jakich poszłaby dalsza twórczość kompozytora, gdyby nie przedwczesna śmierć. Opera wystawiona została 24 stycznia, a Bellini umiera 23 września 1835 roku w wieku 34 lat. Historia opowiedziana na scenie przenosi nas do Anglii XVII wieku, do trwającej wówczas wojny domowej między purytanami a dynastią Stuartów. Wydarzenia historyczne są tłem dla rozgrywajacego się na pierwszym planie wątku miłosnego. Można mieć obiekcje wobec małej wiarygodności psychologicznej postaci, można się zżymać na absurdalny z dzisiejszego punktu widzenia motyw obłędu Elviry, która to traci zmysły, to je odzyskuje na głos ukochanego, a potem znowu traci. No cóż, romantyczna konwencja wymagała od heroiny właściwej reakcji na miłosne rozterki. W każdym razie rzecz cała ostatecznie dobrze się kończy, gdyż bohaterka wreszcie odzyskuje świadomość (mamy nadzieję, że na dobre) i czeka ją szczęśliwe życie u boku ukochanego Artura. Gdzie więc jest słoń pogrzebany? 

        Słoń jest w zakończeniu aktu drugiego, kiedy Sir Giorgio, wuj Elviry, prosi Sir Riccarda, aby ten zechciał w swojej szlachetności uratować Artura, ukochanego Elviry, przed szafotem. Bo to było tak: Lord Artur jest zwolennikiem Stuartów, z kolei Sir Riccardo jest nie tylko jego przeciwnikiem politycznym, wrogiem Stuartów, ale na dodatek rywalem, ubiegającym się o względy Elviry. Śmierć Artura byłaby mu na rękę. Co prawda ocalenie rywala przed szafotem, na który naraził się ratując królową, nie gwarantowałoby wcale, że Artur w ogóle przeżyje, ponieważ między stronnictwami ma się rozegrać następnego dnia decydująca bitwa. Chodzi tylko o to, żeby Lord Artur nie umierał jak nędznik, jak wyjęty spod prawa rzezimieszek, lecz miał szansę zginąć bohatersko na polu chwały. No więc Sir Giorgio i Sir Riccardo śpiewają fantastycznie heroiczny duet o tym, jak to dźwięk wojennych trąb wzywa bohatera na pole bitwy, zapewniając mu nieśmiertelną sławę. Aria zaczyna się tak:

 

Suoni la tromba, e intrepido

Io pugnero da forte,

Bello e affrontar morte

Gridando liberta!

 

Słowem, jak słodko jest umierać za ojczyznę, a w pierwszej linijce jest rzeczony "słoń" la tromba ;-) 

      Teraz czas na sprawę polską. Otóż 3 maja w transmisji z Metropolitan Opera można było posłuchać, jak w partii Sir Riccarda śpiewa Mariusz Kwiecień. Duet z Sir Giorgiem (Michele Pertusi) wypadł znakomicie mimo nie w pełni odzyskanej po chorobie dyspozycji naszego śpiewaka.

     Ok, wiadomo, wszyscy czekali zagryzając palce, czy Lawrence Brownlee, tenor w partii Lorda Artura zaśpiewa słynne  wysokie F w trzecim akcie, napisane przez Belliniego specjalne dla pierwszego wykonawcy Giovanniego Rubiniego. Nie, nie wyciągnął, bo to jest po prostu niemożliwe. Rubini był tylko jeden i jak on to robił, sprawdzić nie możemy, bo nie ma nagrań sprzed prawie dwustu lat. Ale strasznie, strasznie wysoko. No! To jednak inny temat. Dzisiaj kończymy na tym, co w tytule, czyli duet ze "słoniem" ;-)

 

 

 

 Jest! Lawrence Brownlee - atak na wysokie F. Moment bardzo krótki, trzeba uważnie się wsłuchać.

Śpiewa naprawdę wysoko, że aż to nienaturalne.

 

 

 

 

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Polaków dwóch na jednej scenie

niedziela, 06 października 2013 19:38

       

Takich dwóch.JPG

 

     

 

        Mariusz Kwiecień i Piotr Beczała w  Eugeniuszu Onieginie na scenie MET

 

      Polaków dwóch na jednej scenie MET... czy to nie za dużo? Pewnie tak, skoro jeden drugiego zastrzelił. Z całym szacunkiem, ale kiedy Piotr Beczała śpiewał jako Leński, że tak kocha Olgę, jak żaden poeta jeszcze nie kochał, sama miałam ochotę go zastrzelić. Człowieku, kochaj ty ją jak facet, po męsku, a nie jak jakiś poeta! Toteż irytacja Oniegina - w tej partii Mariusz Kwiecień -  który miejsca sobie podczas słodkiego arioso znaleźć nie mógł, była całkowicie zrozumiała. Jak się zdaje, znudzony prowincją Oniegin za jedyną rozrywkę uznaje igranie uczuciami przyjaciela, na co Leński reaguje jak przystało na egzaltowanego romantyka, oburzeniem, gniewem, zerwaniem przyjaźni i wyzwaniem na pojedynek. Katastrofa gotowa - pojedynek się odbywa, Oniegin zabija Leńskiego. 

      A przecież byli przyjaciółmi,  tak różnymi, ale przecież - jak powiedział w przerwie nasz tenor - są jak stare dobre małżeństwo, znali nawzajem swoje słabostki. Skoro jednak i ja miałam ochotę Leńskiego udusić,  to znaczy, że Piotr Beczała jest dobry, naprawdę dobry nie tylko wokalnie, ale i aktorsko. Aria Kuda, kuda... w jego wykonaniu wywołała aplauz widowni, a w zbliżeniu kamery widziałam, jak naszemu tenorowi drgnęły usta w uśmiechu na dźwięk owacyjnych braw. Także po zakończeniu spektaklu na wyjście Beczały oklaski zerwały się burzliwe a część widowni poderwała się do stojaka. 

      Mariusz Kwiecień jako tytułowy Eugeniusz Oniegin  robi swoje, jak zwykle. Właściwie w każdej partii jest wielką przyjemnością go słuchać i na niego patrzeć. Starał się, naprawdę się starał dodać Onieginowi parę ludzkich odruchów, żeby nie był taki strasznie wyzbyty uczuć, żeby nie był taki okrutnie zblazowany. Irytuje go Leński swoją prowincjonalną poetycznością, ale przecież raz czy dwa dopadają go wyrzuty sumienia, że zbyt okrutnie zdrwił z jego uczuć. Przed pojedynkiem być może, gdyby Leński tak uparcie nie szedł prosto w ramiona śmierci, zdołaliby się pogodzić. Podczas ostatniej rozmowy z Tatianą próbuje przyjąć postawę pokorną, skruszoną, ale namawia ją do niemożliwego. I zostaje sam ze swoją rozpaczą. Samotny romantyczny dandys pobity własną bronią - odrzuceniem. Chciałoby się powiedzieć: dobrze mu tak. 

       Anna Netrebko w partii Tatiany przejmująca, zwłaszcza w scenie pisania listu do Oniegina, potem także w zawstydzeniu słuchająca kazania tegoż, gdy przychodzi jej oddać list i umoralniać, żeby trzymała uczucia na wodzy,  a potem pozornie zimna i wyniosła podczas ponownego spotkania, gdy jest już poślubiona księciu Grieminowi. No i końcowa scena rozstania: to ona okazuje się twarda i niezłomna odpychając Oniegina, który kiedyś pogardził jej uczuciem.

       Wielkim atutem był dodatkowo język libretta - ojczysty język Anny Netrebko i prawie całej rosyjskiej obsady. Nie wiem, czy zamiarem  reżyserek - Deborah Warner i Fiony Shaw było zaprezentować taką czysto rosyjską operę i z rosyjskim dyrygentem (Valery Gergiev). Choć może precyzyjniej byłoby rzec, że była to realizacja słowiańska: trzy Rosjanki, dwóch Polaków w głównych rolach męskich,  dwoje Białorusinów, Rosjanin dyrygent.  Co prawda jako Triquet angielski tenor John Graham-Hall, ale śpiewał kuplety po francusku. 

       To była normalna realizacja, z tradycyjną scenografią, kostiumami z epoki, bez żadnych nowatorskich udziwnień - jak zauważył bardzo zadowolony z tego powodu Piotr Beczała.  Żadnych basenów na scenie, niepotrzebnych  gadżetów z XXI wieku, piękne suknie, salonowe tańce, wiejskie obyczaje,  ludowa zabawa (świetna baletowa scena, niezwykle dynamiczna, nagrodzona brawami), świeca paląca się przed ikoną. Słowem, normalność, na którą przyjemnie patrzeć, słuchając pięknej muzyki Piotra Czajkowskiego. Libretto wierne oryginałowi Puszkina.

 

Łzy Tatiany:

Перед тобою слезы лью,
Твоей защиты умоляю,
Умоляю!

 

Miłosne wyznania Leńskiego:

Я люблю вас, Ольга,

Как одна безумная душа поэта
Еще любить осуждена.

 

Żal Leńskiego, najwspanialsza tenorowa aria rosyjskiej opery:

Куда, куда, куда вы удалились,
Весны моей златые дни?

 

Rozpacz Oniegina:

Позор!.. Тоска!..
О жалкий, жребий мой!

 

Z rozmów kuluarowych:

 

****

- Moi znajomi dzwonili z  Gdańska, że u nich nie ma tych transmisji, a u nas są.

- A ja widziałam tę Netrebko w transmisji koncertu z Moskwy, ale to w Multikinie było.

 

****

- W Warszawie już biletów na transmisję nie ma od dawna. A tu są i w dodatku połowę tańsze.

- No ja też kupiłam już dawno. Ale ostatnio na Szalonych Dniach Muzyki bilety po 7 zł były. A w namiocie nawet za darmo.

- O, była pani?

- Nie, a pani?

 -Byłam.

- I flamenco pani oglądała?

- Oglądałam.

- To ma pani wrażenia!

 

***

- Pani pewnie na tę sopranistkę przyjechała, pewnie pani zna?

- Annę Netrebko? Nie, na Polaków Mariusza Kwietnia i Piotra Beczałę.

 

       Z nich dwóch Mariusz Kwiecień mógłby być tym śpiewakiem, za kórym jeżdżą wielbiciele na wszystkie występy.  Trzeba tylko mieć czas i pieniądze. Reszta to fraszka ;-) Zawsze pamiętam, co napisał Niżyński: Oklaski są wyrazem miłości do artysty.  Te nasze zwykłe oklaski, zwyczajnych ludzi kochających muzykę, niekoniecznie znających całe libretta na pamięć.

 

 

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

No to w drogę!...

sobota, 05 października 2013 14:36

      Pogoda jak drut, więc jadę. Zabieram tabletki od bólu głowy, kawę na poprawę humoru i trampki ;-) 

 

      I co to się porobiło na YouTube??! Zakamuflowali się, czy tylko u mnie w komputerze jakaś zabawa w chowanego?

 

     Mariusz Kwiecień jako Eugeniusz Oniegin

 

 

 

Piotr Beczała jako Leński

 

 



komentarze (10) | dodaj komentarz

Po węgiersku to ja niczego nie rozumiem :-(

czwartek, 25 kwietnia 2013 18:27

 

        Mam nawet trudności z wymówieniem nazwiska: Peter Eötvös skomponował dotąd dziewięć oper, z których mnie obiły się o uszy dwie - Trzy siostry i Lady Sarashina. Ta druga niedawno, 7 kwietnia miała polską premierę w TWON. Libretto oparte na pamiętniku Japonki żyjącej tysiąc lat temu (sic! urodziła się w 1008 roku) napisała żona kompozytora Mari Manzei co prawda po angielsku, ale nadal niczego nie rozumiem, bo mnie chodzi także o muzykę. A muzyka jest węgierska i bardzo nowoczesna. Toteż ja się już kompletnie nie znam. Mogę tylko próbować słuchać. 

       Na warszawskiej Sarashinie nie byłam, może kiedyś jeszcze będę. Tymczasem zostają mi wyimki nagrań, na których podziwiać można niesamowitą w klimacie japońską scenografię i kostiumy. Nad reżyserią czuwał twórca japoński - Ushio Amagatsu - nic więc dziwnego, że taki efekt. Zresztą, przecież rzecz cała dzieje się w Japonii. Może dużo tam przestrzeni snu, marzeń, onirycznego klimatu, ale jednak w duchu japońskim.

 

      Lady Sarashina w TWON

 

        Trzy siostry (premiera 13 marca - albo 18, bo i taką datę znalazłam, więc nie wiem na pewno, 1998, Opera de Lyon) były pierwszym wielkim sukcesem operowym Eötvösa. Libretto oczywiście oparte na dziele Czechowa, ale w reżyserii wspomnianego już Ushio Amagatsu, zawiera wiele japońskiej estetyki teatru kabuki. Co ciekawe: partie sióstr śpiewają kontratenorzy, inne żeńskie postacie także są wykonywane przez mężczyzn, np. służąca Anfisa śpiewa basem. To znaczy nie w każdej realizacji tak jest, ale w premierowej oraz zarejestrowanym nagraniu Deutshe Grammophon tak właśnie kompozytor sobie zaplanował. 

          

          Tutaj też męska obsada:

     

          Peter Eötvös, Trzy siostry

 

A mnie najbardziej zadziwił właśnie ten niski głos. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, aby można było jeszcze niżej cokolwiek zaśpiewać (Denis Siedov jako kapitan Soliony).

 

     Denis Sedov (Siedov), Trzy siostry

 

Może się ktoś przyczepić, że przecież tym razem libretto jest po rosyjsku. No, fakt. Ale to nie znaczy, że jestem w stanie ogarnąć taką konwencję opery i muzykę. Węgiersko-niemiecką  muzykę, ponieważ  Eötvös co prawda studiował w Budapeszcie, ale od lat jest obywatelem świata, mieszka w Niemczech, a swego czasu pomieszkiwał w Japonii, gdzie nawet nauczył się japońskiego, także w Paryżu; dyrygował i kierował orkiestrami w Londynie, Wiedniu, Monachium, Tokio, Brukseli, Amsterdamie... i wielu innych.  Dlatego koncepcja zralizowania opery na podstawie japońskiego pamiętnika z XI wieku (Sarashina Nikki) nie była aż takim znowu wielkim zaskoczeniem. Eötvös czerpie z różnych źródeł. 

 

         



komentarze (14) | dodaj komentarz

W Budapeszcie

środa, 17 kwietnia 2013 19:39

 

      Neorenesansowy gmach w stylu włoskim węgierskiej opery  (Magyar Állami Operaház ) otwarto 27 września 1884 r.  Inauguracyjny wieczór koncertowy poprowadził  Ferenc Erkel, którego posąg wraz z drugim najbardziej znanym węgierskim kompozytorem - Ferencem Lisztem - dzieło rzeźbiarza Alajosa Stróbla ozdabia dzisiaj front operowego gmachu. Erkel dyrygował podczas otwarcia fragmentami własnych utworów oraz oper Richarda Wagnera.  

       Ferenc Erkel (1810- 1893) uważany jest za twórcę narodowej opery węgierskiej, jest też autorem węgierskiego hymnu. Nic dziwnego więc, że został pierwszym dyrektorem Węgierskiej Opery Narodowej, a jego nazwisko upamiętnia też Teatr im. Erkela. Dwie najsłynniejsze i chyba też najlepsze opery Erkela to Hunyadi Lászlo (1844) i Bánk bán (Palatyn Bánk - 1861). Można przypuszczać, że fragmenty obu zostały zaprezentowane podczas koncertu inauguracyjnego, choć ta druga  była też pierwszym dziełem wystawionym w nowym operowym gmachu.

      Obie opery maję wiele wspólnego: budują mit bohaterskiego patrioty do końca wiernego ojczyźne.  Bohaterem pierwszej jest postać historyczna węgierskiego księcia, dyplomaty z XV wieku. Tragiczny los bohatera wzmocniony zostaje kontrastem między wiernością Hunyadego i trochę jego naiwnością, a intrygami wrogów oskarżających go o zdradę. Zderzenie wrogich sił prowadzi do oczekiwanego dramatycznego końca, w którym (jak powiada legenda) mimo że kat trzy razy nie trafia toporem w skazańca, co powinno prowadzić do ułaskawienia, ostatecznie za czwartym jednak pozbawia go życia. Tak więc Hunyadi Lászlo ponosi śmierć męczeńską w wieku 26 lat i staje się narodowym bohaterem. Na portretach i rzeźbach jest przedstawiany zawsze jako młody i urodziwy mężczyzna.  Ferenc Erkel, a właściwie Beni Egressy, autor libretta wprowadził na dodatek pełną zaskoczenia i emocji scenę, w której  Lászlo zostaje wtrącony do więzienia wprost z własnego wesela tuż przed ślubem. Nagromadzenie dramatyzmu jest ogromne. W sam raz na operę narodową.

        Z Bánk bán jest podobnie. Tutaj z kolei  historia sięga XIII wieku, kiedy węgierscy wielmoże buntują się przeciwko panowaniu Andrzeja II i jego żony Gertrudy. Tytułowy Palatyn  Bánk to skrzyżowanie Makdufa, Banka i Otella,  a w ogóle bohaterski tenor.  Brat Gertrudy, Otto, uwodzi a w końcu gwałci mu żonę,  która po tym wydarzeniu traci zmysły, a następnie  tonie w rzece wraz z maleńkim synkiem. I chociaż wcześniej w akcie obrony własnej Bánk zabija sprawczynię intrygi, Gertrudę, nic nie wróci życia jego bliskim. Koniec  dzieła. 

      Zanim rzecz się rozwinie do tegoż tragicznego finału, na początku II aktu Bánk wyśpiewuje bohaterską arię pełną miłości do ojczyzny: Hazám, hazam! Taki bohater mógłby równie dobrze być Konradem Wallenrodem, Skrzetuskim i Czarnieckim w jednym. 

 

Hazám, hazam! (Erkel) - József Simándy

 

 József Simándy, węgierski tenor, w obu operach Erkela wystepujący w partiach tytułowych, podobnie jak kompozytor zmarł w Budapeszcie. Ferenc Erkel miał 83 lata,  Simándy 81. Muzyka klasyczna zapewnia długie życie ;-)



komentarze (15) | dodaj komentarz

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  409 405  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 409405

Lubię to