Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dali kontra Warhol

środa, 05 lipca 2017 16:13

      Założenie tytułowe jest błędne. Obejrzałam tę wystawę, wysłuchałam nagranego komentarza - no fakt, nie w całości - porównałam zgromadzone obrazy i inne, jakby to nazwać, wytwory, poszłam szlakiem wyrysowanym zaraz u wejścia i nie wiem, z czego to zestawienie wynika. Ich sztuka jest zupełnie różna i z różnych wypływa inspiracji, z całkiem odmiennych motywacji. Pokuszę się o obrazoburcze stwierdzenia, ale według mnie Salvador Dali tworzył z lęku (nie ma tu znaczenia jego rozdmuchane ego i przekonanie o własnym geniuszu), a Andy Warhol dla ekstrawagancji (i nie ma tu znaczenia fakt posługiwania się kliszami sztuki popularnej). Co za ironia, że to obrazy Dalego stały się akurat kwintesencją ekstrawagancji, nie wspominając o jego zachowaniu, a sztuka Warhola przeniknęła do życia codziennego, do masowej wyobraźni uczestnika życia w tłumie. A jeśli zestawienie tytułowe ma prowokować do oceny, który z nich jest lepszy, odpowiedź jest oczywista: tylko Dali. 

       Ale nie, autorzy wystawy na 4 piętrze PKiN nie ferują wyroków, nie określają wyższości czy niższości artystów, w zasadzie pokazują jak bardzo są różni, w zasadzie nieporównywalni. Dlaczego więc razem? Pewnie dla przyciągnięcia uwagi, bo w dzisiejszym świecie nadwyżki propozycji, w świecie w kultury oferowanej jak towar na półkach w supermarkecie, trzeba czymś widza przyciągnąć - krzykliwym, zaskakującym opakowaniem. Mamy więc najbardziej znane fotograficzne portrety obu artystów, fragmenty filmów z ich udziałem, najbardziej znane obrazy, rzeźby Dalego, projektowane przez niego flakony perfum oraz okładki płyt projektowane przez Warhola. Jest nawet surrealistyczna kawiarnia, gdzie naprawdę można napić się kawy i zjeść coś słodkiego, ponieważ Dali był ponoć wielkim łasuchem. W pokoju czy też salonie zapachów można poczuć specjalną autorską mieszankę perfum Dalego. W pokoju typograficznym spróbować metody siotodruku wykorzystywanej przez Warhola w tworzeniu portretów serialnych.

      Pójść, zanurzyć się w świat surrealistycznej ekstrawagancji, poczuć choćby w marzeniach przez chwilę całkowitą swobodę kreowania własnego życia na pewno warto. nawet jeśli tych obrazów, przyznajmy, za wiele nie ma. No i po co mi oglądać w kartonie prawdziwe puszki z zupą Campbell`s? A jednak zaskoczeniem były dla mnie projekty płyt. Zgromadzono ich spory zasób, w tym z muzyka klasyczną, z wykonawcami, których ze skandalizującą aurą Warholowej "fabryki" sztuki Factory raczej się nie kojarzy. A Dali, jak to Dali, jak przepadł w świecie swoich surrealistycznych koszmarów, tak wyjść z niego nie może. Raczej pociąga za sobą. Na 70 minut - tyle trwa zwiedzanie z przewodnikiem audio dodawanym u wejścia do biletu. 

 Zdj8cie0098.jpg

Autocharakterystyka Dalego ;-)

 

Motyw Don Kichota wiele razy pojawia się w malarstwie Dalego

Obraz Dalego z motywem Don Kichota

 

Zdj1cie0099.jpg

Projekt Warhola okładki płyty z nagraniem muzyki Chopina

w wykonaniu Jana Smeterlina

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Z zapisków

czwartek, 22 czerwca 2017 22:37

"Biada temu, kto wyobraźni swojej da spocząć" (Julia Hartwig)

      

      Gdy Giustino śpiewał "Bel riposo de mortali....", w Rezerwacie Cisów im. Leona Wyczółkowskiego szukałam dzikich przejść pomiędzy omszałymi pniami. Przewodnik pokazywał jedyne w Polsce stanowiska dzbanusznika łuskowatego, żółtego porostu na jakimś betonowym przepuście nad kanałem. Był lipiec, ocalony Idomeneo szedł boso przez parzący piasek plaży. Wtedy umarłam, a cała przeszłość zamknęła się w garści popiołu. Bezsensowny czas miniony... Od kiedy zmartwychwstałam, przyszłość kurczy się każdego dnia i budzę się z przerażeniem, że nie zdążę. Wróżbita Lem przewidział powstanie internetu - globalnej sieci informacji oraz badania genetyczne, co nie znaczy, że był swoimi przewidywaniami zachwycony. Należymy do gatunku bezinteresownych morderców - twierdził. Mimo to Mirare wydaje płyty z muzyką barokową. Odkryli na przykład Neuburgera. Ale on chyba nie gra baroku. Czy dziewięciokrotne powtórzenie słowa "wieczność" w "Der Abschied" Mahlera sprawi, że stanie się ona nieco krótsza? Nie aż tak bez końca? Podobno nie istnieje miłość bez wzajemności, do miłości trzeba dwojga. Czyżby? Co więc sądzić o tym, jak Kaspszyk przyznaje się do swojej miłości do Mahlera? Michael Chance  śpiewał w tym czasie Messiaena. Wszechświat jest pełen martwych gwiazd , a muzyka trwa.

lumi potete piangere

na czystym niebie księżyc

zabłądził w podróży

jest go mniej i bledszy

przenosi pod powieką noc

przez jasność poranka

do kolejnego wieczoru

gdy  ginące światło

znowu zapłacze

Koncert fortepianowy G-dur Ravela w sam raz na upalne lato. Gra Zimerman z orkiestrą Bouleza. W Krakowie się było, Japonię na fotografiach oglądało. Nad jaśminową herbatą czekam na naleśniki z brokułami. Herbata japońska, naleśniki polskie. Szykuję się na Carnaval sztuk-mistrzów w Lublinie, ale czy naprawdę mam ochotę oglądać połykaczy ognia i drżeć na widok spacerów po linie rozwieszonej nad Krakowskim Przedmieściem? "Królowie bynajmniej nie ze wszystkich cieszą się zaproszeń, nie wszystkie też stawiane sobie pomniki oklaskują" - to oczywiście Parnicki, "Muza dalekich podróży".

- "Ku zachodowi ukłon powitalny kierując powiemy: Qui vivra verra. Ku wschodowi ukłon pożegnalny kierując powiemy: Pożywiom uwidim.

- Żegnamy szyny i perony i tunele. Żegnamy lokomotywy. Witamy natomiast i wołny gołubyje i lotne w powietrzu bociany długim szeregiem.

- Ten długi szereg nie najlepiej jest do lotnych w powietrzu bocianów dopasowany.

- Geniuszom wszystko wolno. A już szczególnie takim, którzy i wieszczami też zostali obwołani."

O jak mi smutno

i coraz smutniej

gdy w ciszy porannej

gołębie oblatują niebo

z notesu adresów wykreślam

nazwiska i telefony

powiększa się krąg odżałowanych osób

Znajduję dedykację dla A.: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw."

Potrzebuję lekarstwa - nalewka miętowa:

10 gałązek świeżej mięty zasypać cukrem (10 dag) i zalać spirytusem (1 l), odstawić na 3-4 tygodnie w ciepłe miejsce. Następnie zlać i przefiltrować do innego naczynia, odstawić na 2 tygodnie. Zalecana w schorzeniach układu pokarmowego.

W Karpatach byłam... nie, o Karpatach czytałam... albo to jeszcze coś zupełnie innego, ale one, Karpaty istnieją naprawdę: sędziwe góry w milczącym przerażeniu i tragicznym konaniu. Słucham fado, gdy noc coraz ciemniej otula ulice i zagląda do okien. Nie śpimy: ja i księżyc. Czas przesypuje się w wydmach, nie zostaje ślad. Taka kolej rzeczy. Zbliżała się ta chwila nieuchronnie, zapowiedziana w rozczarowującym wyznaniu: "wkrótce nie będę już miał schronienia dla mych marzeń". Gerard de Nerval powiesił się w nieistniejącym już dzisiaj paryskim zaułku Vieille-Lanterne. Jak twierdził bowiem Alfons Karr: "Poeci rodzą się na prowincji, a umierają w Paryżu".



komentarze (9) | dodaj komentarz

Lubelska Noc Kultury 2017

wtorek, 06 czerwca 2017 9:11

      3/4 czerwca wędrowałam szlakiem Lubelskiej Nocy Kultury po raz kolejny sycąc oczy kolorami, światłem, muzyką i tańcem. Pamiętam, że po raz pierwszy będąc na Nocy Kultury, nie spałam całą noc, taki człowiek był zachłanny. Teraz już jestem bardziej wybredna (?) czy po prostu zmęczona (?), że moja obecność była krótsza. Niemniej jeszcze za widna, od 19:00 wędrowałam uliczkami Starego Miasta co rusz przystając i podziwiając świat jak z bajki. Nad ul. Grodzką zatrzymały się w locie balony niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Nie zdążyłam dojść do końca ulicy, gdy niemożebny korek pieszych zatrzymał falującą masę turystów. Wszystkich zatrzymuje Floral - kwietna instalacja Bramy Rybnej. Brama udekorowana została tysiącem/ami żywych kwiatów stanowiąc niezapomnianą feerię barw nad głowami przechodzących dalej, w głąb ulicy. Dominują gerbery we wszelakich możliwych kolorach. idąc dalej Rybną, dochodzę do Zielonej Herbatki - na podwyższonym skwerku wokół drzewa w porcelanowych okruchach (spodeczkach, czajniczkach, filiżankach, kubeczkach, maślniczakch...) posadzone zostały różne kwiaty ozdobne, tworząc jedyną w swoim rodzaju pachnącą zastawę. Przysiadłam na chwilę nad filiżanką niezapominajek, planując dalszą część eskapady.

      Impreza dopiero się rozkręcała, a ludzi przybywało. Jeszcze udało mi się przecisnąć do sceny na deptaku, gdzie zespoły tańca ludowego lubelskich uczelni prezentowały swoje umiejętności. Zespół Tańca Ludowego Akademii Rolniczej przypomniał mi piosenkę z dzieciństwa "Tańcuj macha, dam ci piróg..." Ech, pośpiewałam sobie z nimi i powspominałam. O grajkach i tancerzach ulicznych rozsianych po całej przestrzeni zabrakłoby miejsca pisać. Zewsząd roznosiła się muzyka, śpiew i migały kolorowe stroje. Obok lubelskiej nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie dochodzące z Placu po Farze. Tutaj największa atrakcją był zespół Groove Onkels - w nurcie modnego dzisiaj recyklingu grają muzykę z "odzysku" ;-) Mówiąc prosto za instrumenty służą im śmietniki, butelki, doniczki, puszki itp. 

Tu próbka ich możliwości i przy okazji choreograficznego popisu :-)

 

Ale mnie ciągnęło gdzie indziej - u Dominikanów miał wystąpić Archidiecezjalny Chór Chłopięco-Męski w klasycznym repertuarze chóralnym. Najliczniejszą częścią chóru jest Pueri Cantores Lublinenses, powołany dwa lata temu, a prowadzi go i malowniczo dyryguje - widziałam! - ks. Attila Honti. Proszę się nie dziwić nazwisku - to polski ksiądz ;-) ((No dobra, nie do końca całkiem polski, choc polski; urodził się na Węgrzech w Debreczynie, ale całą edukację szkolną, muzyczną od ukończenia klasy fortepianu I stopnia, poprzez klasę organów II stopnia, po aktualne studia muzykologiczne odbywał w Polsce, tak samo jak edukację seminaryjną i święcenia kapłańskie, na drugie imię ma Adam - z wichajsterkami nad "a"))

 Wygląda sam bardzo chłopięco, ale widziałam jak panuje nad 70-osobowym chórem, w  którym większość to dzieci, chłopcy ze szkoły podstawowej. Gdy wychodzili na schody prezbiterium Bazyliki - starsi, a potem coraz młodsi i mniejsi, podejrzewałam, że najmłodsi jeszcze chyba nie umieją czytać, ale z powagą rozkładali nuty przed sobą przed wykonaniem utworu :-) Zdarzyło się jednemu czy drugiemu zagapić, rozglądać na boki. Ks. Attila reagował natychmiast i zdecydowanie gestem każąc rozkojarzonemu chórzyście patrzeć na jego ruchy dyrygenckie i skupić uwagę. A program przedstawili ambitny: piękne zakończenie Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleuja Haydna czy pieśni a cappella Gorczyckiego (chyba, nie jestem do końca pewna). 

Ale to śpiewali właśnie:

No, niestety, widać, że ludzie tego nie znają i zaczęli klaskać za wcześnie. Na Nocy Kultury taka wpadka się nie zdarzyła. 

 

       Na zakończenie zwędrowałam jeszcze na targi designu i wszelkich oryginalnych pierdółek. Koncepcje sukienek, szali, torebek z kartonu i papieru pakowego, poszewki na poduszki szyte na zamówienie, ręcznie wykonywana  biżuteria. spersonalizowana porcelana, zdobnictwo rzeczy zwykłych i codziennych i loteria fantowa :-) Wszystko ulokowane w nowoczesnym budynku Centrum Spotkania Kultur, w którym jeszcze nie byłam, więc nadarzyła się okazja obejrzeć, pochodzić, zgubić w labiryncie schodów i korytarzy. Można wejść aż na oszklone przejścia, tarasy na dachu. Niestety, wszystkie pietra widać niemal na wylot przez szklane sufity i lek wysokości zatrzymał mnie na niższych kondygnacjach. A z zakupów wyniosłam tylko kilka rodzajów i mieszanek herbat. 

      Na tym skończyło się moje uczestnictwo w tegorocznej Lubelskiej Nocy Kultury. Przed oczami mam jeszcze ogromną kolorową instalację Trybunału, którego ściana od dachu po chodnik udekorowana została tysiącem balonów różnej wielkości. Balonowa ściana służyła za tło pamiątkowych zdjęć wędrujących amatorów wrażeń. 

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

Miasto, pałac i muzyka

środa, 29 marca 2017 15:53

        Długa ulica z zabytkowymi kamienicami zdobionymi klasycystyczną sztukaterią i secesyjnymi wzorami. Właściwie nie wiem, jaki to styl, ale ciasno stojące budowle tchną historią. Kręci się tu zawsze mnóstwo ludzi. Ruch na chodnikach i ulicy utrudnia swobodne przemieszczanie się, ale lubię tędy chodzić, bo czasem wystarczy skręcić odrobinę w zaułek i zapada cisza. Tylko z daleka dociera stłumiony gar. na każdym kroku otwarte drzwi i parasolki nad stolikami zachęcają do delektowania się smakami i zapachami kawiarenek, barów, traktierni, przytulnych zakątków, gdzie można usiąść z książką, gazetą lub otwartymi uszami i oczami, chłonąc gwar i gorączkową atmosferę starego miasta. Znam już trasę na pamięć. U wlotu ulicy na górnym jej biegu wielki pałac z prowadzącymi do niego szerokimi schodami. Na placu przed pałacem wysokie kuliste latarnie. Po przeciwnej stronie nieco dalej duża oszklona gastronomiczna "przytulnia". Jest tu wszystko, dlatego trudno określić charakter przybytku smaku. Jest osobna sala dla kawoszy, osobna dla herbaciarzy, osobna dla amatorów dań bardziej wykwintnych. Ale najbardziej oblegane jest  niewielka salka z bułeczkami i naleśnikami. Najwięcej tutaj studentów, bo tuż obok ich uczelnia. Gdy ma się szczęście, można usiąść tak, że przez okno otwiera się widok na lekki zakręt ulicy i wznoszący majestatycznie na wzgórzu pałac. 

         Idąc dalej lekko w dół mijamy setki małych sklepików utkanych w starych kamienicach. Są salony jubilerskie, sklepy z pamiątkami, kiedyś podziwiałam witrynę z kryształami i porcelaną, innym razem trafiłam na ręcznie robione torebki i ozdoby skórzane. Znajdzie się też sklep muzyczny z instrumentami, antykwariat i zwyczajne butiki jakich wszędzie wiele. Ale ja sobie skręcam nieco w bok, w zaułek, gdzie mam trzy obok siebie mikrorzemieślnicze cacka: w jednym nici, guziki, tasiemki i kapelusznik, w drugim stare foliały i oprawa książek, w trzecim włóczka, mulina i hafty. Cudowności! Idąc dalej w dół mam jeszcze ulubioną kawiarnię z rękodziełem ludowym. Przed wejściem przy schodach stoją wielkie gliniane dzbany, nad wejściem kołyszą się w koszach pelargonie. Drzwi malowane w koguty i kelnerki w ludowych strojach. Wejście do kawiarni jest z boku, od niewielkiego podwórza otoczonego z trzech stron innymi ciekawymi sklepikami: z drewnianymi zabawkami, z wyrobami ceramiki ludowej. Dzieci biegają po kamienistym podwórku bawiąc się drewnianymi kogutami na kółku. Idąc dalej w dół mijam witryny ekskluzywnych salonów obuwniczych i butików, do których raczej nie zaglądam. Moim celem u samego wylotu ulicy u jej dolnego końca jest sklepik z artykułami papierniczymi. Tutaj poszukuję kartek czerpanego papieru, pióra gęsiego, buteleczki tradycyjnego atramentu - do ozdoby na biurko - drewnianych ręcznie zdobionych pudełek na drobiazgi. Sklep jest wąski i głęboki w środku, ale ma bardzo wesołą witrynę, pełną kolorowych wycinanek, pajacyków, dzwoneczków. Byłam niepocieszona, gdy kiedyś okazało się, że jest zamknięty. Wracałam wówczas z powrotem w górę ulicy czym prędzej, żeby znaleźć pocieszenie w ulubionej kawiarni. 

        Idąc właśnie już z dołu w drogę powrotną, można skręcić odrobinę w lewo i po schodach wejść na deptak biegnący równolegle. Jets to najstarsza część miasta brukowana dawną głowiastą kostką, na której łamie się obcasy. Dlatego chodzić trzeba w butach sportowych ;-) Najpierw przechodzi się przez starą zabytkowa bramę z wieżą. Ulica jest wąziutka, zamknięta dla ruchu kołowego. Z obu stron napierają na przechodniów stare średniowieczne mury. I tutaj wzdłuż w każdym wolnym miejscu znajdujemy setki kramów z tradycyjnymi wyrobami i rękodziełem. Są też przystanki kulinarne: naleśnikarnia, ogródek z piwem z beczki, jakieś słodkości, cukrowa wata dla dzieci. Ulica wydaje się radosna i pogodna, ale za grubymi murami po jej lewej stronie kryją się głębokie tunele i dawne kazamaty. Można się w nie zapuścić i przejść na skróty do dolnej i nowocześniejszej części miasta. Jednym takim tunelem wychodzi się do olbrzymiego kościoła, innym do przystanku miejskiej komunikacji, jeszcze inny w miejscu rozwidlenia ma pasaż handlowy z atrakcjami dla turystów. W jeszcze innym odnoga skręca w dół do podziemnego muzeum tortur. Można łatwo zabłądzić. Miejscowi skracają sobie tędy drogę, ale obcy łatwo się gubią i niestety, stają się ofiarami drobnych złodziejaszków. Nastrojowi grozy sprzyjają kolebkowe sklepienia i grube mury odbijające ponurym echem ludzkie kroki. Część tego podziemnego labiryntu jest jeszcze w remoncie. Co w nich zostanie odkryte, nie wiadomo. 

          Po powrocie do górnego początku ulicy głównej skręcam w stronę pałacu i okrążając go dochodzę do przystanków, skąd wracam do domu. Tym razem jednak utknęłam w samym pałacu. Był wieczór i znajoma namówiła mnie na zwiedzanie. W pałacowych krużgankach szykowała się jakaś impreza, koncert połączony z pantomimą i tańcem. Wyglądało to wszystko jeszcze dość chaotycznie: Ciężkie kotary zwisały ze stelaży, damy w klasycystycznych i barokowych sukniach przebiegały w pośpiechu szukając a to rękawiczki, a to wachlarza. Minęłyśmy ten rejwach, wchodząc do środka. A tam groza! Kosze rozkawałkowanych na części manekinów wytrzeszczających oczy... krwawe kałuże... Scena do jakiegoś horroru? Nową wersję "Dantona" będą kręcić czy co??? Opuszczam pomieszczenia i idę w głąb, za jakieś kulisy. Korytarze, puste alabastrowe sale, jakieś pozostałości po ekipie remontowej: wiaderko po farbie, malarska drabina, zachlapane gazety... Widzę ukryte przejście dokądś, Idą tamtędy dwaj lokaje w liberii, więc ja za nimi. Przechodzę przez kwadratowe wyjście zasłonięte od tyłu czymś ciężkim, wielkim obrazem. Po drugiej stronie oszklony taras? patio? coś jakby zejście do ogrodu. odwracam się: co za obraz tak skrzętnie ukrywa tajemne przejście? Mało nie padłam: królewski portret Stanisława Augusta. No tak, to już wiem, jaki film tu będę kręcić. Chcę wrócić z powrotem, ale nie mogę się wgramolić na wysoki parapet ukryty za obrazem. Podstawiam sobie stojący obok królewski podnóżek obity aksamitem. Ha! na coś się przydał. Jak mnie ci kustosze w lokajskich liberiach przyuważą, będzie afera. Stoją zaraz za wejściem do pałacu, ale widzę, że to dzieci, mali paziowie. Mówię do nich: "Tylko nie mówcie nikomu" i przykładam palce do ust. Śmieją się i kiwają głowami. 

        Wracam do głównego wyjścia. Słychać dynamiczną muzykę, coś się zaczęło. Wpadam do ogromnej sali, gdzie górale przytupują zbójnickiego. Skądś wibruje natarczywy rytm "Krzesanego". Rewelacja! Tańczą, wirują, kierpce, ciupagi, parzenice, bufiaste koszule, kolorowe chusty. Energia udziela się i próbuję przebrnąć przez roztańczony tłum po dudniącym parkiecie. Naprzeciwko widać olbrzymie czarne okna - zapadł zmierzch. Przez któreś z nich zagląda światło baniastej lampy ulicznej. Przechodzę przez roztańczone pary do na wpół otwartych drzwi. Zamykam je za sobą, intensywny dźwięk góralskich skrzypiec cichnie, za to z lewej strony, gdzieś spod pałacowej oficyny dochodzi delikatny dźwięk fortepianu. Nie widać instrumentu ani pianisty, idę za dźwiękiem. Przenika mnie chłód i chociaż to nieodpowiednia pora roku, w powietrzu zaczynają fruwać pojedyncze drobne płatki śniegu. Jak te delikatne tony spod klawiszy. Niemożliwe po prostu. Nie schodzę schodami, lecz idę okrążając pałac. Noc ciemna zasnuła ulice w dole, poniżej pałacowego wzgórza. I widzę: pałacowe skrzydło osłania tarasowy prostokąt, w którego rogu stoi fortepian. Pianista w czarnym fraku - czy mu nie zimno? - pochylony nad klawiaturą nie zwraca uwagi na płatki śniegu spadające na włosy i barki. Gra... 

 

PS Jeśli ktoś ciekawy, co to za miasto, odsyłam do eseju Josifa Brodskiego "Miasto jak każde"



komentarze (7) | dodaj komentarz

Przypomnienie

środa, 02 listopada 2016 22:52

       W tym życiu nikt z nas nie uniknie śmierci i nikt nie wie, kiedy przyjdzie jego kres. A jednak jako małe dzieci  oczekujemy, że staniemy się chłopcami; jako chłopcy, że młodzieńcami; jako młodzieńcy, że dorosłymi; jako dorośli,  że dojrzałymi, a jako dojrzali wyglądamy starości. Czy się doczekamy, nie ma pewności, ale zawsze jest coś, czego się wygląda. Atoli człowiek stary nie ma przed sobą kolejnego etapu życia. - Święte słowa wypowiedział biskup Hippony, ale zapomniał dodać, że nadal pozostało człowiekowi oczekiwanie - na śmierć. (...) Przyjmij nicość. To sleep. To die. (Ryszard Przybylski)

Czy to stoją cherubiny pobite na niebie

Całe we łzach?

(Jarosław Iwaszkiewicz)

 

Zmarli w ostatnim roku od 1 listopada 2015 do 1 listopada 2016:

Czesław Kupisiewicz - 5 listopada

Monika Szwaja - 22 listopada

Janusz Odrowąż-Pieniążek - 8 grudnia

Kurt Masur - 19 grudnia

Zmarli w 2016 roku:

David Bowie - 10 stycznia

Umberto Eco - 19 lutego 

Karl Dedecius - 26 lutego

Nikolaus Harnoncourt - 5 marca

Marian Kociniak - 17 marca

Maria Podraza-Kwiatkowska - 5 kwietnia

Janusz Tazbir - 3 maja

Ryszard Przybylski - 10 maja

Janusz Ekiert - 1 czerwca

Peter Shaffer - 6 czerwca

Włodzimierz Odojewski - 20 lipca

Franciszek Macharski - 2 sierpnia

Gene Wilder - 29 sierpnia

Alicja Kubacka-Bazan - 11 września

Neville Marriner - 2 października

Andrzej Wajda - 9 października

Andrzej Kopiczyński - 13 października

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 903  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403903

Lubię to