Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Odbijam się w lustrze nonsensu

czwartek, 26 września 2013 21:15

Randka

 

Na krańcach mojego ciała,

tam gdzie skóra,

czekaj na mnie.

 

Przyjdę,

ale to tak daleko.

 

Największa miłość

 

Ma sześćdziesiąt lat. Przeżywa

największą miłość swego życia.

 

Chodzi z miłym pod rękę,

wiatr rozwiewa ich siwe włosy.

 

Jej miły mówi:

- Masz włosy jak perły.

 

Jej dzieci mówią:

- Stara wariatka.

 

Zdumienie

 

Wczoraj

przypadkiem pocałowałam się z innym.

I wtedy dopiero

dowiedziałam się ze zdumieniem,

 że ty

już dawno nie jesteś dla mnie mężczyzną.

 

Czysta

 

Ilu wesołych kochanków

zdoła zamordować we mnie pamięć.

 

Sprężyna

 

Największe szczęście, które mi dajesz,

to szczęście, że cię nie kocham.

Wolność.

 

Idź do kina

 

Cieszę się jednakowo,

gdy cię witam i kiedy cię żegnam.

Więc dajesz mi

dwie radości.

 

Lecz dziś nie przychodź.

mam gości. Odwiedziło mnie

Znudzenie Miłosnym Rytuałem,

Drwiące Spojrzenie Wieczności oraz

Wstręt.

 

To cudzoziemcy, nie znasz ich języka.

Idź lepiej do kina na western.

 

Kobieta mówi o swoim życiu

 

Idę, ciągle idę,

czasami przyłącza się do mnie mężczyzna.

 

Idziemy razem,

on mówi, że to do śmierci,

a potem gubi się o zmroku

jak rzecz nieważna.

 

 

      Anna Świrszczyńska - 1909 - 1984. Miłosz napisał o niej: wolno uznać propozycje tej poetki za odwrotność świata mężczyzn. Nazywa ją starą czarownicą, ale przez wiele lat robił wiele dla spopularyzowania jej twórczości w świecie, tłumacząc jej wiersze na angielski. I napisał książkę Jakiegoż to gościa mieliśmy. O Annie Świrszczyńskiej.

       Trochę się rozczarowałam. Noblista skupił się na kilku - trzech, czterech punktach twórczości Świrszczyńskiej, jakoś tak przeskakując od jednego do drugiego. Może oczekiwałam zbyt wiele, bo przecież nie było jego zamiarem pisanie wyczerpującej monografii. To zadanie jeszcze czeka na swojego autora, na badacza, który podejmie wyzwanie zmierzenia się z twórczością poetki niemieszczącej się w żadnym jednolitym wzorcu. Największym błędem byłoby, i Miłosz także to zauważa, zaliczać ją do tzw. poezji kobiecej. Określenie to wyrządziło być może najwięcej szkody w percepcji autorki tomiku Jestem baba.

      Początki jej zmagań ze słowem przypadają jeszcze w czasach dwudziestolecia, kiedy na fali radości z odzyskanego śmietnika nastąpiła erupcja nowych form poezji szukającej natchnienia w nowoczesności, codzienności i nonszalanckim zrzuceniu z ramion płaszcza Konrada.

     A Świrszczyńska pisała o obrazach, malarzach, tworzyła miniatury poetyckie prozą, naśladując staropolszczyznę (ukończyła polonistykę):

 

Gotowały się góry,

drzewa oliwne śpiewały barzo cudnie.

Człowiek boży

przyszedł ku dziewkam u studniej.

                              (Południe)

 

Albo taka prawie rubensowska scenka:

 

Jedzie ogrodem na wozie

Wenus w apoteozie.

Blondyna soczysta jak marchew,

z rąk wyskakuje jej szarfa.

                         (Groteska)

 

W innym wierszu z kolei za inspiracje mogły posłużyć dzieła Hieronima Boscha, Hansa Memlinga i inne malarstwo apokaliptyczne, z którym, jak w ogóle z malarstwem w ogóle, poetka od dzieciństwa miała styczność jako córka namiętnego, choć niedocenianego malarza. 

 

Tysiąc zmartwychwstałych do aktu,

miotające się dziewice

i młodzieńcy z listkiem.

Jan oszalał na wyspie Patmos.

Nazbyt wcześnie, Panie, na wieczystość.

 

W debiutanckim tomiku Wiersze i proza, wydanym nakładem autorki, Miłosz dostrzega i ceni zjawiska, które stały się modne dopiero przy końcu stulecia: stylizacje, intertekstualność, naśladowanie, udawanie, parodiowanie, igranie kontekstami, znaczeniami i przede wszystkim językiem. 

      Drugi powód do chwały Świrszczyńskie, według Miłosza, to unikatowy zbiór wierszy  powstańczych Budowałam barykadę, który poetka opublikowała w 1974 roku - równo 30 lat po upadku powstania warszawskiego, podczas którego była sanitariuszką i salową w szpitalu. Musiała odczekać 30 lat, aby wyrazić to, czego była świadkiem i znaleźć język, w którym można było opisać niewyrażalne, jak sama napisała: Wojna zrobiła ze mnie innego człowieka. (...) Temat mnie przerósł. Dopiero teraz, po trzydziestu latach, odważyłam się na napisanie zbioru wierszy o powstaniu warszawskim.

      Czesław Miłosz w ocenie artystycznej i uznaniu rangi tomiku Świrszczyńskiej stawia go na równi z Pamiętnikiem z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Tomik ma dedykację: Mojej córce i wszystkim synom i córkom, co nabiera szczególnego znaczenia w kontekście choćby takiego wiersza, jak Dwudziestu moich synów, którym nosiła baseny w powstańczym szpitalu. Wiersze te są mocne, bardzo mocne. Są w nich harcerze i harcerki, młodziutcy powstańcy w za dużych hełmach, mieszkańcy piwnic w strachu chcący zagrzebać się głęboko w ziemi jak stonoga, żeby przeżyć, głodni złodzieje, których Niemcy zastrzelili w składzie mięsa, dwunastoletni żołnierze, ranni śmierdzący gangreną, zakochani zasypani żywcem w piwnicy... Całość układa się w dramatyczną kompozycję z prologiem, rozwinięciem akcji i zakończeniem:

 

 W tym mieście

nie ma już ludzi. Czasem kot

któremu ogień wypalił ślepia

wyczołga się z bramy

żeby zdechnąć.

      (Zostały szczury)

 

W umarłym mieście, w jednym z umarłych domów niemiecki oficer siada przy fortepianie i gra Chopina.

 

Tyle tu było krzyku

krzyczały samoloty i ogień i rozpacz

krzyczało do chmur

uniesienie.

 

Teraz milczy

ziemia i niebo.

      (Ziemia i niebo)

 

      I wreszcie trzeci wątek, kobiecość tak nachalnie i bezwstydnie obwieszczona w zbiorze Jestem baba. Owe wiersze cytowane na początku wpisu.  Świrszczyńska napisała go będąc po sześćdziesiątce. I chyba to właśnie zadecydowało o skandalicznym milczeniu, jakie zapanowało wokół tomiku. Tu też mamy szereg mocnych obrazów żon, kochanek, kobiet pokiereszowanych emocjonalnie w patriarchalnym świecie dominujących mężczyzn. Czesław Miłosz interpretuje je jako wyraz współczucia. Ale są też takie, jak cytowane na wstępie, wyznania kobiet świadomych siebie, swojej odrębności, niezależności, które z kolei Noblista klasyfikuje jako dzieła wyzwolonej Telimeny. Tak zresztą Świrszczyńską nazywa, zwracając się do niej w bezpośredniej apostrofie zakończenia swojej książki: Biedna moja, odważna, wspaniała Telimeno! 

       W tym też rozdziale ostatnim Miłosz odnosi się, aczkolwiek bardzo pobieżnie, ledwie muskając, o ostatni za życia wydany tomik Świrszczyńskiej Szczęśliwa jak psi ogon (1978), który łączy sensualistyczność doznań podmiotu lirycznego z niezwykłą kondensacją językowego wyrazu, poetyckością zbliżoną do paradoksu koanu rodem z buddyzmu zen. Budowę koanu ma przecież sam tytuł: szczęśliwa jak psi ogon. Jeszcze krótszy paradoks, jak wierszu Portret: Krzyczysz/ oczami. 

       W krótkich dwu-, trzywersowych wierszach uchwycony zostaje cały świat doznań chwili. Niełatwo jest pisać o szczęściu, którego doświadcza się całym sobą tak głęboko,  że przenika i wykracza poza naszą cielesność. A jednak Świrszczyńskiej się to udaje:

 

Na szczycie

 

Rozlegam się

od horyzontu do horyzontu

jak okrzyk

przedłużony echem.

 

Na szczycie kiedy indziej

 

Oddała mi się przestrzeń na własność

niby uległy kochanek.

 

Noc w lesie

 

Jest tak ciemno, 

że widać sny ptaków

w półksiężycach gwiazd.

 

W górach wieczorem

 

Wypijemy z jednego kubka

szczęśliwą wodę

samotności.

 

Porównania i metafory tak nieoczekiwane, że zabawne i zachwycające

jednocześnie:

 

O rozkoszy jedzenia truskawek

trzeba pisać na złotym aksamicie.

 .................

Kiedy stoję na głowie,

moje pięty świecą w górze

nade mną

jak dwa dowcipy.

 ................

Jestem kłębek

z felerem. Nie mam

końca.

 

      Potężna dawka autoironii, której nie sposób tu przytoczyć,  pozwala autorkę tych wierszy zestawiać z Diogenesem z beczki czy Sokratesem, których zresztą tutaj znajdujemy czy to bezpośrednio, czy pośrednio przywołanych. Można by orzec, że w tym zbiorze Świrszczyńska wreszcie odnalazła ostateczną harmonię istnienia:

 

Kiedy zgasło nade mną

słońce,

musiałam sama

stać się słońcem.

 

To było trudne, ale teraz

jaka wygoda.

 

       W książce Miłosza nie ma natomiast ani słowa o innym niezwykłym tomiku z 1967 roku Czarne słowa. Stylizacje murzyńskie.  Jest on niewielki, ale chyba ważny, choćby z tego względu, że poetycki język, jaki tutaj się pojawia, znajdzie swoją kontynuację w zbiorze Jestem baba. Z drugiej zaś strony dramat matki, która urodziła dziecko w porze suszy tak bliski jest matkom, które cierpiały w powstaniu warszawskim:

 

Urodziłam dziecko

w porze suszy.

Wykopię w ziemi jamę,

położę do niej dziecko.

Nasypię piasku

w jego usta.

Nasypię piasku

w jego oczy.

Żeby umarło.

 

Urodziłam dziecko w porze suszy,

kiedy nie ma mleka w piersiach kobiety.

 

            Dlaczego jestem rozczarowana książką Miłosza o Świrszczyńskiej? Ponieważ, mimo że mowa w niej o tym, co poetkę wyróżnia wśród masy poezji kobiecej, która to nazwa akurat do niej zupełnie nie pasuje, zbarakło mi calościowego oglądu fenomenu jej twórczości. Oczywiście oboje znali się przez wiele lat, niestrudzona działalność translatorska Miłosza, aby jej twórczość wypuścić w świat świadczy, że ją cenił, jednak mimo zrozumienia zasad poetyki brakuje mi w tym POROZUMIENIA między nim a poetycką wizją świata Świrszczyńskiej. Nic dziwnego, Miłosz pisał wiersze zupełnie, zupełnie inne.



komentarze (13) | dodaj komentarz

Staliśmy jak dwa sny

wtorek, 17 września 2013 22:24

     Zapewniam, że do dzisiaj jeszcze nie wiemy, kto jest Majstrem przez duże EM. Marksa o radę prosiliśmy, i Hegla, i Nietzschego, Orygenesa rzezańca i nowochrzczeńca Spinozę. Izajaszy aż dwu, a doktorów nawet więcej jeszcze (Zygmunt Freud z Wiednia, arcybiskup metropolita Anzelm z Canterbery, Whitehead z Harvardu w Bostonie, a ze Lwowa Twardowski i Ingarden), jak też trójgłos Sokrates - Kalikles - Gorgiasz,  Spenglera Oswalda wreszcie, a równocześnie i Arnolda Toynbee, i Jerzego Santayana - owszem musi ktoś przecież z nich znać Majstra przez duże EM tożsamość, nie uznali oni nas jednak za godnych choćby i napomknięcia w sprawie właśnie tej.  Tylko Ortega y Gasset stał się był wobec nas na jakiś czas zarówno osiągalny, jak wypłacalny, ale i on, niestety, też ufundował nam tylko młoty do rozbijania ołtarzy, uprzednio czczonych, nie zaś także i cegły do budowania nowych tam, gdzie rozwalane znajdowały się. Ostatecznie postanowiliśmy uznać, że Majster przez duże EM po prostu nie życzy sobie, ażeby i nam też została objawiona jego tożsamość.

      Czas nasz naprawdę kurczy się.  Ustaje już zreszta ruch. Rozumiem jeszcze mowę nawet i królewską, choćby i twarda była, i ciężko żelazem podkuta... Tak właśnie jak skóra obcasów władzy. Od takiej, jasna rzecz, konstytucji nie dostaniesz, gwarancji też żadnej...  Klaszcze połowa sali, a i to niecała. Idiotów wcale pięknie dobrany bukiet większość spomiędzy was stanowi! Olbrzymia większość... Mickiewicz tylko okazał się być całkowicie na zarazki idiotyzmu odporny... najwidoczniej jednak geniusz to geniusz, czy wiersze pisze, czy technice wyborczej jako znawca, a i smakosz też, przygląda się. Przeniknął cały bezsens sentymentalizmu, a i sensacyjności też taniej.... Jedno więc już tylko pozostaje tobie, nieboże: rewolucję zrobić.  Nie ustanie ruch, nie skończy się niepokój... Statki przychodzą i statki odchodzą, statki toną i statki buduje się. Coś się komuś podoba albo się coś komuś nie podoba, tak czy owak przecież navigare necesse est...

       Zbliżamy się do kropki już... ciszy nieodwracalnej nadciąga czas.



komentarze (19) | dodaj komentarz

Idźmy, bóg czasu znów postąpił krokiem...

poniedziałek, 16 września 2013 0:00

      W fiolet wszystko swoje przyodzialiście już?  Naprawdę wszystko? Zaraz sprawdzimy. Basy do tyłu, mezzosopran na lewe skrzydło, tenor na prawe. A i akompaniować sobie możecie też.

     - I owszem! Ale wiolonczela na promie odpłynęła przecież.

     - Ciekawa niezaradność, sabotaż czy co? Otoście byli i pełnomocni, i nadzwyczajni, a nie potraficie smyczka czy to awansować, czy zdegradować. Wstyd!

      - I owszem, mam drążki już teraz w rękach. (śpiewa akompaniując sobie uderzaniem drążków w klawisze): Gorzkie żale przybywajcie, serca nasze...

      - Raczej jednak sugerowałbym, iżby śpiewano... oto chociażby na przykład De profundis clamavi...

       Jakże adekwatnie! Książka, którą autor uparcie nazywa wazą z obrazkami układającymi się koliście czy koncentrycznie, czyli mające punkt dojścia w punkcie wyjścia. Ale czy autor?! Nie, raczej jeden z bohaterów się przy tym upiera. Pozostali natarli na niego, by się wytłumaczył z tego nazewnictwa uparcie stosowanego. Bo autor w osobie kapitana statku kręcącego się koliście wokół kotwicy ma wrogów. Zarzut jaki? Wielce, wielce poważny zarzut, hmmm, że jakieś pięć procent tekstu stanowią cytaty z dzieł przez kogo innego napisanych, natomiast chyba aż ponad dwadzieścia procent to są parafrazy motywów też z cudzych dzieł. Że właśnie parafrazy? Ukradziony świecznik przetapiając w miskę do zupy, nie staje się pan przez to niewiniątkiem, także i dalej jest pan złodziejem.

       I kto patronuje złodziejstwu temu? Słowacki niewątpliwie, i Mickiewicz przed napisaniem "Pana Tadeusza".  Ba, hrabia Krasiński Zygmunt jako autor powieści historycznych (gdy tymczasem Słowacki w Meksyku siedzi i do czwartej Rzeczpospolitej wracać nie chce), i cała masa bohaterów Sienkiewicza, Hoffmannowe opowieści w wersji Offenbacha... Aaaa, prawda, prawda, pytanie istotne o wadze być albo nie być: czy Pasek mieści się w arcydziełach dziesięciolecia?  To nie ta epoka, powiadacie? A cóż to szkodzi, gdy powieściopisarstwu patronuje muza podróży dalekich.  Bardzo dalekich, tylko na Kamczatce nie była, ale poza tym, wszędzie. 

       Ale obrońcy  gotowi do ostateczności wszelkiej: To go pomścimy przynajmniej! (bo na obronę za późno może się okazać). Na szczęście Krasiński smyczek do wiolonczeli znalazł. 

      - Istotnie, smyczek w ręce już trzymam, wiolonczeli nie widzę jednak.

Ale... wysłano po nią prom! I przybyła!

Ktoś tu wpadł w stan maniakalny tropienia ... tropienia zwodniczych śladów.  Gdzie się rozejrzeć, cytaty, kryptocytaty, złudzenia, parafrazy, aluzje. Esej. Esej to ponoć tekst o tym, co inni już napisali. Rzeczywistość eseistyczna. Nie, to nie brzmi dobrze. Świat składa się ze znaków odsyłajacych... nie, nie do rzeczywistości - do innych znaków. O, mam! Matrix!  I znowu się powtarzamy. Jak ten Mickiewicz i my z niego wszyscy, tak po Bachu nie powstała już żadna całkowicie oryginalna muzyka.  A więc też cokolwiek byś miał powiedzieć, namyśl się dobrze pierwej: jest sens czy nie ma sensu, ażebyś właśnie to coś koniecznie musiał przełożyć z mowy myśli na mowę głosu.

      Tak, tak, milczeć wypada o wiele częściej niż to się praktykuje w epoce informacji czy też dezinformacji raczej, nadinformacji, wielogłosowego bełkotu. Są rzeczy na niebie i ziemi, o których pisać ani mówić nie warto. Które? Rozstrzygnąć musimy w cieniu nie byle jakiego znaku zapytania.

 

Aaaa, godzina! Godzina tego wpisu! Godzina, której nie ma - 0:00

Duch Parnickiego czuwa ;-) I jak tu nie wierzyć w rzeczy na niebie i ziemi?



komentarze (14) | dodaj komentarz

Spadam!

piątek, 13 września 2013 16:35

 

      Rozwiązanie części zagadkowego wpisu poprzedniego.

 

      W Mieście Hetmańskim (spytajcie Stokrotki, jeśli ktoś nie wie, o jakie chodzi) kupiłam nową mapę, ponieważ na starej już małam nieaktualne ulice. Chodząc na skróty między osiedlowymi blokami, przemierzyłam przez błonia, drewnianym mostem nad suchą fosą - pozostałościami dawnych murów obronnych. Oczywiście skrótów na mapie nie było, ale od czego tak zwany nos i ogólna orientacja w terenie.

 

drewniany most.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po drodze odkryłam pomnik śpiewaka psalmów:

grający Dawid.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dawid mu było na imię.  Za wysoko siedzi i nie mogę dojrzeć, na czym gra. 

      Zaczął padać deszcz, więc wstąpiłam do pijalni czekolady.  Mało ludzi, kameralny nastrój, spokój. Wyciągnęłam mój najnowszy kalendarz z programem koncertów na kolejne  tygodnie i miesiące.  Szykuje się kilka podróży na północ, na południe i na wschód. Na okładce kalendarza jest obraz Gryglewskiego "Kaplica Świętkorzyska", którą pamiętam z kilku krakowskich spacerów i zwiedzania w czyimś towarzystwie.  Niestety, program ewentualnych marzeń jest zbyt bogaty, by się zmieścił w moim pojedynczym czasie istnienia. Wybierając jedno, rezygnuję z czegoś innego.  Muzyka odlatuje jak smutne ptaki pozbawione gniazd. A może to ja czasem krążę jak ten ptak bez gniazda? I wtedy wspaniały jest wieczór, kiedy odbieram niespodziewany, choć oczekiwany telefon i rozmawiamy... do północy.  A potem słucham Vivaldiego.

 

 

A potem rano wstaję z trudem, z bolącą głową, bez planu na kolejny dzień. Wiem tylko, że czeka mnie podróż. Jakaś, gdzieś, po coś.

 

 

 

 

 

 



komentarze (12) | dodaj komentarz

synapsy

środa, 11 września 2013 19:19

synapsy początek.png

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

synapsy część 2.pngsynapsy część 3.png

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  



komentarze (18) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 874  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403874

Lubię to