Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

"Oklaski są uczuciem miłości do artysty"

wtorek, 27 września 2011 23:52

 

 

 

      Oklaski nie są opinią. Oklaski są uczuciem miłości do artysty. - Wacław Niżyński

    Nie ma chyba artysty, który nie lubiłby oklasków.  Artyści na nie czekają w tej krótkiej chwili niepewnej ciszy, kiedy zasłuchana jeszcze publiczność nie wie, czy to już koniec.  Ale to nie oklaski są miarą wielkości i siły oddziaływania sztuki. One są tylko wyrazem miłości do artysty,  artysty ulubionego, wielbionego, podziwianego, którego obdarza się nieraz irracjonalnym kredytem zaufania. Czy to źle? Skoro artystom i publiczności sprawia to przyjemność, czemu nie? Oklaski długie, owacyjne i gorące nie dlatego, że coś jest genialne, lecz dlatego, że nam się zwyczajnie podobało, że na chwilę  zapomnieliśmy o sobie, że przez chwilę poczuliśmy się lepszymi ludźmi - to wystarczający powód. Albo orchidea - Jaroussky kiedyś się przyznał, że to jego ulubione kwiaty, więc po najbliższym koncercie dostał, jakże by inaczej, orchideę. Żartował później, że gdyby wiedział, jaki wywoła skutek swoim wyznaniem, powiedziałby, że najbardziej lubi Rolexy ;-)

        To tylko uczucie miłości do artysty. A kiedy bywa inaczej? Wtedy, gdy po występie zapada cisza i nikt nie śmie jej przerwać. Taka cisza znaczy o wiele więcej niż owacja na stojąco i zdarza się niezmiernie rzadko. Taka cisza, w której rozbrzmiewają jeszcze ostatnie akordy, ostatnie słowa, w której zamierają oddechy.  Albo wtedy, gdy po wieczorze autorskim do poetki podchodzi czytelniczka  z wyznaniem , że jakiś wiersz pozwolił jej podjąć ważną decyzję: Teraz już wiem, jak żyć - oto jest prawdziwy literacki Nobel.

        Albo wtedy, gdy na szerokiej i dalekiej amerykańskiej autostradzie nagle zaczynają na pobocze zjeżdżać samochody i tak stoją przez kilkanaście minut, gdy nikt z nich nie wychodzi. Bo w tym czasie w jednej ze stacji radiowych leci muzyka tak piękna, że wzruszenie nie pozwala kierowcom się skupić na jeździe. Niemożliwe? Ależ tak, to się zdarzyło naprawdę, a autorem tamtego kawałka był jeden z największych polskich kompozytorów wszech czasów - Witold Lutosławski (1913- 1994). 

       

Witold Lutosławski, Chantefleurs et Chantefables

 




komentarze (29) | dodaj komentarz

Koncert niespokojny

poniedziałek, 26 września 2011 21:50

 

 

 

      Nie uspokaja, nie wycisza, nie łagodzi obyczajów, jak mówi przysłowie o muzyce... Wciąga, wsysa w głąb, wysysa energię, rozwałkowuje... Fascynuje. Wibruje. Pochłania.  Jakieś rozedrganie roznosi się po całym mieszkaniu, drżenie powietrza, chaos myśli... Gdzieś w ukryciu czai się tajemnica. 

      Czemu słucham, zatrzymując się w biegu życia? Czemu słucham, choć wcale nie zamierzałam? Co jest ważniejsze niż dzień jutrzejszy? Dziś, tylko dziś się liczy. Jutra może nie być. 

 

 

Henryk Mikołaj Górecki - Koncert na klawesyn (lub fortepian) i orkiestrę smyczkową

 

Górecki, Koncert op. 40




komentarze (15) | dodaj komentarz

Przypadki rządzą zdarzeniami?... A może odwrotnie...

niedziela, 25 września 2011 16:31

 

 

      Wpadłam przypadkiem w Wilanowie na Szekspira. On nawet tego nie zauważył, ale mnie wpadł w oko afisz. Sonety poety ze Stratford będą w Sali Białej. Śpiewa Michał Sławecki, uczeń Jadwigi Rappe - ha! - znać doświadczenie śpiewania do muzyki maestro Mykietyna. Po pierwsze, Pałac w Wilanowie może ma nieco mniejsze żyrandole niż Wersal, ale zawsze to pałac. Po drugie, Szekspir w każdej postaci jest niezniszczalny i mało co może mu zaszkodzić ;-), a muzyka Mykietyna w tym wypadku raczej wznosi niż szkodzi czemukolwiek. Po trzecie, męski sopran... Po wysłuchaniu interpretacji Laszczkowskiego nabrałam ochoty na więcej, ale nigdzie nie mogę dostać nagrania na własność, więc zostaje łapanie okazji takiej, jak ta wczorajsza. Po czwarte, byłam akurat w Warszawie. Takim to zbiegiem przypadków się zdarzyło, że tychże "Sonetów" w interpretacji  Michała Sławeckiego, z towarzyszeniem Joanny Wicherek na fortepianie, w kompozycji Pawła Mykietyna wysłuchałam, ryzykując, że nie zdążę na właściwy cel mojego przyjazdu, czyli wieczorny spektakl w TW-ON. Byłam już gotowa darować sobie balet wraz z wykupionym biletem. Dla Szekspira - wszystko! Na szczęście nie było to konieczne. A "Sonet VIII" mam wciąż w uszach. I w sercu.

 

 

Śpiewa Jacek Laszczkowski


William Shakespeare

Sonnet VIII

Music to hear, why hear'st thou music sadly?
Sweets with sweets war not, joy delights in joy.
Why lov'st thou that which thou receiv'st not gladly,
Or else receiv'st with pleasure thine annoy?

If the true concord of well-tuned sounds,
By unions married, do offend thine ear,
They do but sweetly chide thee, who confounds
In singleness the parts that thou shouldst bear.

Mark how one string, sweet husband to another,
Strikes each in each by mutual ordering,
Resembling sire and child and happy mother,
Who, all in one, one pleasing note do sing;
Whose speechless song being many, seeming one,
Sings this to thee: "Thou single wilt prove none."

_______________________________________________________

Sonet VIII

Ty-muzyka, ale w muzyczne tony
Wsłuchana toniesz w rozterce okrutnej.
Czemu ty kochasz wszystko, co jest smutne,
Czemu z radością witasz ból szalony?
Gdzież utajona przyczyna tej męki?
Czy nie dlatego serce smutkiem strute,
Że harmonijnie zespolone dźwięki
Dla samotności twojej brzmią wyrzutem?

Słuchaj, jak struny, w jeden akord zgodny
Łącząc się, pięknie, melodyjnie grają,
Jak gdyby matka, ojciec i syn młody
O swej szczęśliwej jedności śpiewają.
Mówi nam zgodna owych strun muzyka,
Że równa śmierci droga samotnika


Tłum. Stanisław Barańczak

 


 


komentarze (13) | dodaj komentarz

Tylko ten...

czwartek, 22 września 2011 22:15

 

 

 

               Czegokolwiek bym słuchała nie wiem, ile razy; cokolwiek mnie zachwyci nie wiem, do jakiego stopnia; jakiekolwiek były i będą jeszcze wspaniałe utwory... i tak zawsze będę wracać do Chopina. Nie rozumiem go wcale, nie umiem jego muzyki rozbierać na części pierwsze jak zawodowi chopiniści, nie śledzę wykonawczych niuansów kolejnych wirtuozów, choć mam wśród nich także swoich ulubionych.  Nie wiem, z czego wynika, że ktoś gra go lepiej lub gorzej. Nie wiem, co to znaczny grać Chopina dobrze.  Nie potrzebuję tego wiedzieć. Nie pamiętam, kiedy w ogóle Chopina zaczęłam słuchać. Wydaje mi się, że byłam w nim zasłuchana od zawsze,  a pierwsze dziecięce wspomnienia związane z jego muzyką to rok 1975 i pierwsze miejsce Krystiana Zimermana  w  IX Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim. 

            Mogę całą noc słuchać Händla i Vivaldiego na przemian, mogę podziwiać Beethovena i Mozarta, mogę pojechać przez pół Polski posłuchać Bacha, mogę jedną trzecią swoich poborów wydać na płyty i koncerty, mogę... 

             A kiedy już wszystkiego się nasłucham do syta i przestanie mi się podobać, zostanie tylko Chopin i jego Nokturn Des -dur, op. 27, nr 2.            

               Najpiękniejsze wykonanie jest Ewy Pobłockiej, ale mam tylko na płycie. W zasobach internetowych nie znalazłam.  Dlatego jest  Maurizio Pollini (I miejsce w Konkursie Chopinowskim 1960 r.), też bardzo dobry.

 

 Fryderyk Chopin - Nokturn Des-dur, op. 27

 

 


 




komentarze (19) | dodaj komentarz

Mistyfikacje

wtorek, 20 września 2011 16:50

 

 

      W 1765 roku ukazało się – od 1760 r. publikowane w częściach - jedno z najsłynniejszych „odkryć” romantyzmu – Pieśni Osjana, rzekomo odnalezione i przetłumaczone z języka gaelickiego jako średniowieczny zabytek celtycki z XIII wieku. Byli nawet tacy „znawcy” tematu, którzy utrzymywali, że Pieśni powstały znacznie wcześniej. Liczni wielbiciele utworu, który szybko zyskał  rangę równą współczesnym bestsellerom, zaczęli poszukiwać innych legend, wydobywali na światło dzienne ułamki często ustnie przekazywanych opowieści, szukając w nich korzeni kultury. Żadne jednak z tych odkryć nie dorównywało artyzmem dziełu Osjana, celtyckiego barda, opowiadającego o przygodach Fingala, króla Morwenu (Szkocji), żyjącego w III wieku i prowadzącego walki z królem Lochlinu (Norwegii), Swaranem. Nic dziwnego! Pieśni Osjana były bowiem całkowicie własnym utworem Jamesa Macphersona (1736 - 1796), poety szkockiego, który niczego nie odkrył, nie przetłumaczył, tylko po prostu napisał oryginalny utwór, częściowo czerpiąc natchnienie z ludowej twórczości szkockich górali.

      Pieśni Osjana zauroczyły ówczesnych czytelników i adeptów pióra, próbujących naśladować osjanowy styl i szkatułkową kompozycję. Otwierały przed odbiorcami nowy, nieznany świat średniowiecznych rycerskich zmagań, wprowadzały mitologię ludów północnych, ukazywały, jakże odmienny od grecko-rzymskiego, zimny i melancholijny pejzaż. Napoleon na przykład traktował Pieśni jak talizman zawsze mając je przy sobie i zabierając na Wyspę Świętej Heleny, gdzie spędził ostatnie lata życia.  Trzeba przyznać, że Macphersonowi mistyfikacja się nad podziw udała, zapoczątkowując całkiem nowe spojrzenie na rodzimą kulturę ludów Europy.

 

      Śmierć Krugala

        Mój duch jest na moich wzgórzach, Konnalu - moje ciało na piaskach Erynu!. Nie będziesz już nigdy rozmawiał z Krugalem ani na rozłogach spotykał jego samotnych kroków. Lekki jestem jak podmuch na Kromli. Przemykam się jak cień mgły! Konnalu, synu Kolgara, widzę chmurę śmierci - czarno wisi ona nad równinami Leny; synowie zielonego Erynu muszą odejść. Odejdźcie z pola duchów. Uleciał, niby zaćmiony księżyc w poświście wiatru.


        Adagio Albinoniego również nie jest tym, czym się wydaje, że jest, a przynajmniej nie jest dziełem  tegoż kompozytora. Tomaso Albinoni (1671 -1751) wenecki kompozytor, był twórcą oper, kantat i koncertów. Słynne Adagio g-moll na smyczki i organy natomiast jest w rzeczywistości dziełem dwudziestowiecznego autora Remo Giazotto (1910-1998), który twierdził, że w ruinach zbombardowanej drezdeńskiej biblioteki odnalazł fragment partytury

partii basu nieznanego koncertu Albinoniego. Następnie część brakującą dopisał, całość zorkiestrował, zharmonizował i opublikował w 1958 roku jako dzieło osiemnastowiecznego kompozytora.

       Z notatek Giazotto wcale jednoznacznie nie wynika, aby rzeczywiście natrafił on na autentyczną partyturę Albinoniego. Jeśli nawet, to w Adagio jest znacznie więcej oryginalnej twórczości samego Giazotto, choć zapewne wenecki kompozytor był jego inspiracją. Niemniej ta mistyfikacja do tego stopnia się utrwaliła, że do dzisiaj można kupić płyty z nagraniem, przy którym widnieje tylko nazwisko Albinoniego jako jedynego autora kompozycji. Ma na to wpływ także niezwykła popularność samego utworu, często wykorzystywanego w filmach, telewizji, muzyce popularnej, reklamach, a nawet w sporcie (np. w tańcach na lodzie).


      Kolejna mistyfikacja… no cóż?... na koncie jeszcze coś mam, mam na tyle poczucie własnej wartości, że nie muszę się z nikim porównywać, nie noszę (w zasadzie) szpilek, telewizji nie oglądam wcale, torebkę mam jedną - czarną - do wszystkiego, paznokci nie maluję... No, może ego mam nieco rozdmuchane;-)

       Ostatni dzień życia mam zaplanowany0:-)

 




komentarze (24) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 888  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403888

Lubię to