Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Kupiłam i się zastanawiam

środa, 29 września 2010 13:38

     Kurier przywiózł paczkę - osiem numerów "Zeszytów Literackich".  Pakiet archiwalnych numerów "przewodnikowych" po literackiej mapie Europy, numer monograficzny poświęcony Chopinowi oraz dzieło nagrodzone właśnie nagrodą Fundacji Kościelskich - "Oleander" Marcina Kurka. Na literackiej mapie jest coś o Berlinie, Wenecji, Budapeszcie, Pradze, Petersburgu, Trieście, Mediolanie, Wilnie... Jak zechcę pojechać do któregoś z tych miast, zajrzę najpierw tutaj. Jak nie pojadę, to też zajrzę i przeczytam. Może chociaż duchem pospaceruję Złotą Uliczką, Newskim Prospektem, z gondoli popatrzę na Złoty Dom, w Peszcie zajrzę na bazar, a w Wilnie... A w Wilnie pomodlę się przed Matką Boską Ostrobramską. (O ile jej do reszty nie zdwastowali, bo czytałam o niedawnych pracach "konserwatorskich", które zamiast chronić i odnowić zabytek, całkiem go zdewastowały.)  Chopin ma stać aż przyjdzie na niego kolej. Nie umiem przewidzieć, kiedy to będzie. Najpierw zajrzę do "Oleandra". Kto dzisiaj pisze takie poematy? Wydawałoby się, że poezja współczesna odeszła od trudnej i nieco archaicznej formy długiego wierszowanego tekstu, który stanowi odrębną książkę. Ostatnim takim utworem, który czytałam, było dzieło Miłosza "Orfeusz i Eurydyka". Ale Miłoszowi uchodziło wszystko, nawet sięgnięcie po porzuconą przez współczesnych formę. A tutaj, proszę,  rocznik 1970 i coś takiego!  Kto by się spodziewał.  Może jednak prawdziwa sztuka poetycka nie zaginęła całkiem, wypierana przez kolorowy i hałaśliwy pseudowierszowy bełkot.
     No i temat dni ostatnich, artykuły w tygodnikach,  audycje radiowe, wielkie zdarzenie w Krakowie - pierwszy tom "Dzienników" Sławomira Mrożka. Ciągnie mnie do nich, oj, ciągnie, ale odstrasza cena. W sumie za dziewięć pozycji do czytania na długie jesienno-zimowe wieczory zapłaciłam 92 zł, a "Dzienniki" to prawie trzydzieści złotych mniej, ale... to tylko jdna książka. Owszem, gruba,  stron chyba z osiemset, ale jakoś mnie ten fakt nie uspokaja. Stoję, zaglądam, przeglądam, czytam recenzje - zdecydowanie przeważają pozytywne, entuzjastyczne wręcz - jednak się zastanawiam: kupić? nie kupić? Na bibliotekę żadną nie ma co liczyć. Wątpię, by w najbliższym czasie jakakolwiek - miejska czy pedagogiczna - zakupiła dzieło Mrożka. Dlatego jestem w dylemacie. Kupić? Nie kupić?



komentarze (1) | dodaj komentarz

Wzruszenie

wtorek, 28 września 2010 20:08

     Dawno już nie zdarzyło mi się przeżyć wzruszenie podczas lektury. Doświadczyłam tego dzisiaj na 134. stronie Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. Długo stał on na półce zanim przemogłam się i zaczęłam czytać. Początek był jakoś mało zachęcający, choć obraz dwóch mężczyzn skupionych na łuskaniu fasoli, nie powiem, intryguje. Zaczęłam zaraz po zakupieniu książki, ale odłożyłam na półkę. Niedaleką, co prawda, tuż nad łóżkiem, ale długo nie sięgałam ponownie. Aż kilka dni temu pomyślałam: "A czemu by nie?" No i wsiąkłam na amen.

     Cudowny, wspaniały język Myśliwskiego, momentami w swych lapidarnych, sentencyjnych uogólnieniach ma w sobie coś z metafizycznego traktatu. Bohater dzieli się z przygodnym  gościem, a zarazem z czytelnikiem, całym życiowym doświadczeniem, w którym obok celnych obserwacji obyczajowych sąsiadują filozoficzne rozważania o sensie życia, tajemnicach człowieczej duszy,  o meandrach psychicznych załamań i zmartwychwstań. Co rusz natrafiam na konstatacje, o których się myśli: "To takie oczywiste! Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?" Odczytywanie prawd, których potwierdzenie znajdujemy w swoim życiu jest dla mnie zawsze miarą wielkiej literatury. Wypisuję co celniejsze zdania,  cytaty,  olśnienia... sama stając olśniona głębią spostrzeżeń przy użyciu tak prostego języka.

     O, niełatwo jest żyć z tyloma twarzami w sobie, nie wiedząc o nich nic. - Ilekroć będę teraz mijać setki twarzy na ulicach, zawsze będzie mi się to zdanie przypominać.

     ... to, że się rodzimy i umieramy, jest już porządkiem, który nakazuje nam żyć.

     ... człowiek sam dla siebie jest najbardziej dokuczliwym przymusem.

     Nieraz gdy się rano zbudzę i pomyślę, że muszę do wieczora żyć, mam wrażenie, jakby to było znów od urodzenia do śmierci.

     Śmiech to zdolność człowieka do obrony przed światem. -
Jak najbardziej nadaje się na życiowe motto.

     Tymczasem jednak przeżyłam wzruszenie, czytając opis bezdźwięcznego koncertu pod batutą pijanego muzyka, alkoholika, któremu z całej przeszłości pozostała tylko ogromna miłość do instrumentów.  Jest coś tragicznego w tej postaci nauczyciela muzyki w powojennej szkole, gdzie skoszarowano bezdomnych, osieroconych, okaleczonych psychicznie przez wojnę młodych ludzi, ucząc ich od podstaw nauki czytania i pisania. Przypominają równie okaleczone, połamane, przestrzelone instrumenty zebrane bez ładu i składu w świetlicy.  Dziurawe, bez strun, niekompletne jednakowo wywołują w nauczycielu wzruszenie, który je kocha nieodwzajemnioną miłością. Nadchodzi moment, kiedy pociągając co rusz z płaskiej piersiówki, nauczyciel każe chłopcom wziąć instrumenty do rąk i ustawia ich jak w wielkiej symfonicznej orkiestrze. Oni śmieją się, traktują jak okazję do zabawy, bo przecież nie da się na nich grać, zresztą nie potrafią. Ale nauczyciel nie każe im grać. Każe tylko w ciszy stanąć i się nie ruszać, a on zaczyna dyrygować:
    
Te jego ręce wyciągały się hen, hen, aż cała orkiestra zadzierała głowy. Kuliły się, kreśliły jakieś koła, jakieś zygzaki, cięły od lewej do prawej, od prawej do lewej, z góry na dół, na ukos. Teatr rąk. (...) Same ręce, a wszystko, co na tym łez padole. (...) Muzyką były tylko te jego ręce. A że nie słyszeliśmy, nie miało to znaczenia! On na pewno słyszał. My byliśmy mu potrzebni po to jedynie, żeby słyszał to, co chciał słyszeć.
     To ściągał ręce ku piersiom i w tej samej chwili jakby je uwalniał z niewoli pijanego ciała, wyrzucając daleko przed siebie. Czasem miałem wrażenie, że te ręce krążą nad nim. Nad nim, przed nim, bliżej niego, dalej, odlatują, przylatują, a on tylko słuchem śledzi ich ruchy. Może zresztą  i tak było, kto wie. Bo my jako orkiestra tylko staliśmy, jak nas poustawiał. Skrzypkowie trzymali skrzypce wciśnięte pod brody, a smyczki na strunach, fleciści flety przy ustach i tak wszyscy z tymi instrumentami staliśmy jak zaklęci. Jakby tymi swoimi rękami nas zaklął. Nie, nikt się już nie śmiał. (...)
     I niestety, gdy w pewnej chwili znów się wspiął na palce, nagle zachwiał się. Byłby upadł. Na szczęście któryś z bliżej stojących chłopaków podskoczył i podtrzymał go. Osunął  mu się na rękach. Podnieśliśmy go, położyli na ławce. Był blady jak ściana, zlany potem, nie słychać nawet było, czy oddycha. Któryś chciał biec po komendanta. Któryś dzwonić po karetkę. Wtem jakby uśmiechnął się do nas spod przymkniętych powiek.
- Nic, przejdzie mi, chłopcy - wyszeptał. - Za dużo wypiłem jak na taką muzykę. Gdybyście słyszeli, coście grali, chłopcy. Gdybyście słyszeli. Czasem warto, chłopcy, żyć.

    
I w tym momencie czułam, jak ściśnięte mam gardło. Co trzeba przeżyć, żeby pisać takie sceny? Co trzeba wiedzieć o człowieku, żeby tak pisać? Nie wiem, ale takiej książki nie napisze ktoś młody, ktoś na początku drogi. Taką książkę może napisać tylko ktoś, kto naprawdę przeżył kawał życia.



komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 864  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403864

Lubię to