Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 396 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Oczy dookoła głowy

piątek, 30 sierpnia 2013 14:53

      Plan wykonany, nieważne, że nie ten, który miałam spisany na kartce. No prawie nie ten. Bo ja elastyczna jestem. A bywają nieprzewidziane okoliczności i nagłe natchnienia. A natchnienie ważna rzecz. Jak nie posłucham go od razu, odchodzi i zostaję sama ze swoim lenistwem. Koszmarna nuda. 

      W ten ostatni szalony weekend  miałam jeden twardy punkt programu - koncert w FN. O nim napisałam najpierw. Bo to było clou wszystkiego. A co wcześniej? Ano, dałam się uwieść smutnym mimom z festiwalowego plakatu i powędrowałam, jak się okazało, do teatralnej szatni ;-) O tym we wpisie poprzednim. A potem nastąpiła sobota. Wieczorem czeka koncert, więc co robić wcześniej? Wypadałoby jednak zająć umysł innymi bodźcami. Taaak, wypadałoby... Najlepiej nie planować, tylko mieć oczy otwarte. Miałam i co z tego wyszło? Na pewno nic zgodnego z higieną pracy umysłowej.

       Staromiejski Dom Kultury w dniach 24-25 sierpnia organizował IX Spotkania z Tańcem Dawnym Korowód. Warsztaty dla amatorów tańca i pokazy dla widzów odbywały się w Teatrze WARSawy na Rynku Nowego Miasta (w niedzielę pokazy przeniosły się do Wilanowa). Pytanie zasadnicze: kto dziś tańczy dawne ronda, pavany, menuety? O, jakie zdumienie. Na scenie pojawiły się zespoły złożone przeważnie z młodych i bardzo młodych ludzi. 

       Obejrzałam taneczny spektakl Lord Hay`s Masque Zespołu Tańca Dawnego Uniwersytetu Wrocławskiego, który był po prostu baśnią o zaklętych w drzewa rycerzach Apollina. Rzecz w sam raz dla dzieci, gdyby chcieć je zapoznać choćby fragmentarycznie z charakterem dawnych tańców, rytmem muzyki, a  przy tym baśniowe stroje działały na wyobraźnię. Z profesjonalnym pokazem wystąpiło trio Varsavia Galante, prezentując tańce dworu Ludwika XIV. Sam król był przez wiele lat niezłym tancerzem, dla którego pisał kompozycje Jean-Babtiste Lully. Zobaczylismy więc próbkę tanecznych królewskich popisów. A przy okazji ciekawe rzeczy zaobserwowałam. Prezentowane układy były po kole, inne w kwadracie, albo spiralne. Ale najciekawszy dla mnie był fakt, że tańce parami (oczywiście bez obejmowania się, do walca jeszcze daleka droga) są zawsze lustrzane, to znaczy tancerze wykonują kroki i gesty jak w lustrzanym odbiciu. I są to bardzo precyzyjne lustra. Każdy gest skopiowany, każde poruszenie dłoni. Właśnie, bo jest to taniec tyleż oparty na krokach, co na choreograficznym rozbujaniu rąk, cały czas uniesionych, balansujących, zrytmizowanych w takt muzyki. 

     Aby zaś nikomu się nie wydawało, że to taka prosta sprawa, zrobiłam zdjęcie zapisu nutowego i choreograficznego barokowego tańca, który Sylwia Majewska w swoim komentarzu, jakże adekwatnie, nazywa ptasimi śladami. 

 

taniec barokowy.JPG

     

 

 

 

         

               

     Ciekawe, co sprawia, że bardzo młodzi ludzie, tak na oko średnia wynosiła lat 20 lub niewiele więcej, interesują się tańcem dawnym, chcąc go ćwiczyć. Na tle współczesnych aspiracji większości to przecież takie niedzisiejsze, niezwykłe. Ba, ale takie samo pytanie można postawić młodym kameralistom dającym koncert w siedzibie Sinfonii Varsovii na Grochowskiej, gdzie popędziłam zaraz po tanecznych pokazach. W roli głównej wystąpił klarnet umiejętnie prezentowany przez Andrzeja Cieplińskiego, studenta I roku Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Towarzyszyli mu Aleksandra Szlaga na skrzypacach, Katarzyna Stasiewicz na wiolonczeli oraz Paweł Czarny na altówce. 

       Do pierwszego utworu, Kwartetu klarnetowego Krzysztofa Pendereckiego młodzi muzycy podeszli skupieni i poważni, chociaż Maestra nie było na sali. W każdym razie surowe miny nie wróżyły niczego dobrego. Tymczasem muzyka okazała się bardzo przyjemna, absolutnie do słuchania, klarnet brzmiał donośnie, dźwięcznie, energicznie. W następnym króciótkim Preludium na klarnet solo tegoż samego kompozytora chyba już wszyscy na widowni polubili ten instrument. Po przerwie zabrzmiał radosny i bardzo melodyjny Kwintet na klarnet i kwartet smyczkowy Jeana Francaixa (w którym dołączyła do zespołu Katarzyna Seremak na skrzypcach). Młodzi wykonawcy pokazali emocje, radość muzykowania, co ważne, radość ze wspólnego muzykowania, a nie tylko każdy sobie nad własnym instrumentem. Zastanawiałam się wówczas, czy muzycy grają ze sobą stale, czy też tylko doraźnie, na okoliczność tego koncertu stworzyli kwartet i kwintet. Sprawiali wrażenie, że mogą z powodzeniem stworzyć pięknie rozwijający się kameralny zespół. Uśmiechali się porozumiewawczo, może w ten sposób dopingowali się nawzajem, w każdym razie publiczności udzieliła się atmosfera i na bis zagrali popularną melodię Śmiech Samuela. 

      Z Grochowskiej znowu do Centrum, do FN na wieczorny koncert. Czyli muzyka przez cały dzień. Oj, niedobrze dla mojej głowy, ale cóż zrobić, skoro takie atrakcje zewsząd czyhają na biedną prowincjuszkę? Toteż w niedzielę wypadało odpocząć. Ponoć człowiek najlepiej wypoczywa na tle zieleni, więc wybrałam się na Zielony Jazdów

      To już druga edycja weekendowych spotkań wakacyjnych organizowanych przez CSW. Od czerwca do września w kolejne weekendy podejmowane są akcje, warsztaty, kiermasze, dyskusje, pokazy filmowe, teatralne itp. kierujące uwagę na wartości ekologiczne, chyba mające zachęcić do wprowadzenia przynajmniej niektórych z nich do naszej codzienności. Choćby w dbaniu o sprawność ruchową poprzez udział w warsztatach tanecznych, albo w architekturze i wystroju wnętrz własnych mieszkań. Oczywiście w sposobie odżywiania się także, więc zajrzałam na kiermasz ziołowo-warzywny. Spróbowałam zupę z dyni i zakupiłam pęczek tymianku, którego akurat w swoim ogródku nie mam. Spacerując w cieniu parkowych drzew, obejrzałam kiermasz rzeczy używanych. Coś jak ciuchlandy, tylko że tam sprowadza się rzeczy z zagranicy, a tutaj sami mieszkańcy przynieśli rzeczy z własnej szafy, czasem własnoręcznie wykonane. Były oczywiście ubrania, torebki, ale też biżuteria, książki, eksponaty kolekcjonerskie, porcelana. Bardzo pożyteczna akcja. Taki bazar z rzeczami używanymi. Potrzebne jest miejsce, gdzie każdy może przynieść swoje niepotrzebne zasoby z szafy czy biblioteki lub kredensu, a inny poszukujący może je za przystępną cenę kupić. Na przykład satynowe poszewki na poduszki po 5 zł, albo fikuśne szaliczki i apaszki też w tej cenie. Różne torebki po 10 zł, porcelanowe filiżanki z talerzykami, w różnych wzorach, pojedyncze okazy po 20-30 zł. Byłam na targach kolekcjonerskich i widziałam, że tam ceny są cztery razy wyższe.

       A potem jeszcze kawa przed wyjazdem i  w drogę powrotną. Tak się skończył mój kulturalny weekend w stolicy, kawa podrożała, o! 

        

  



komentarze (18) | dodaj komentarz

Teatr absolutny

wtorek, 27 sierpnia 2013 21:28

       W radiu właśnie gra Xavier de Maistre, na bis, jakże by inaczej. A ja sobie myślę, że siadłabym tak gdzieś w pobliżu na poduszce, zamknęła oczy i się zasłuchała, mając przed oczami sceny z Szatni Wrocławskiego Teatru Pantomimy. 

       Zupełnie niespodziewanie - choć jest w tym jakaś ukryta logika, gdy popatrzeć z dalszej perspektywy - ostatni weekend rozpoczęłam od teatru. 23 sierpnia na Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego spektaklem Szatnia rozpoczął się XIII Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu. Zaskoczył mnie kolorowy tłum widzów, pełna po brzegi widownia, kolejka po ostatnie wejściówki.  Pierwszy raz będąc w Scenie na Woli zachwyciłam się najpierw obszerną salą z wieloma stolikami, co dla zamiłowanej kawoszki nie jest bez znaczenia. Ale przejdźmy do spektaklu.

       Długi, ponadpółtoragodzinny, skomplikowany, zróżnicowany choreograficznie, kostiumowo, bardzo ekspresyjny. W zasadzie całkiem inny niż potoczne i powierzchowne wyobrażenia o pantomimie jako teatralnej sztuce. Prawie bez charakteryzacji, przynajmniej tych typowych białokredowych twarzy z podkreślonymi czarną kreską oczami i brwiami nie było. Zgodnie z tytułem za scenografię służyły szatniarskie szafki na wiele sposobów przesuwane podczas przechodzenia ze sceny do sceny. Z szafek wychodzili aktorzy za każdym razem grając inne postacie. Tylko dwóch głównych bohaterów wciąż było sobą: młody adept aktorskiej sztuki, czytający na początku książkę, może historię teatru mimu właśnie, oraz tajemniczy, kolorowy w czerwonym fraku, niezwykle teatralny w gestykulacji prestidigator wyczarowujący kolejne sceny.

        Na scenie przesuwały sie fragmenty z archiwalnych spektakli Henryka Tomaszewskiego połączonych wspomnianymi dwiema głownymi postaciami. Na podstawie podanych w książeczce programowej tytułów udało mi się rozszyfrować sceny z  Hamleta (oczywista scena zamordowania starego Hamleta i groteskowy pokaz rozterek młodego księcia), Rycerzy króla Artura (zakładanie zbroi na tle dynamicznej bojowej muzyki), Kobiety (Marilyn Monroe przemieniająca się w wampira - aplauz i śmiech na widowni), Snu nocy letniej (eteryczne i abstrakcyjnie dowcipne). A poza tym oglądaliśmy zabawną historię konfliktu między kobiecością a męskością oraz rywalizacji między kobietami o to, która lepiej prezentuje swoje wdzięki i między mężczyznami o to, który ma więcej krzepy. I jeszcze inne, inne sytuacje, konflikty, dramaty, męki twórcze wiolonczelisty, budzenie się życia w ziarnie, przerażającą akcję Frankensteina, człowieka w labiryncie emocji.    

         Kalejdoskop charakterów, technik mimicznej ekspresji, zmienność emocji, choreograficzna precyzja zbliżały całość do baletu niż typowego teatru, tym bradziej, że i muzyka odgrywała ogromną rolę, z wyjątkiem jednej sceny zbiorowej bez podkładu. Sposób wykorzystywania ludzkiego ciała również oddziaływał  na mnie na sposób baletowy.

        Zdumiewająca jest siła przekazu teatru bez słów. Wszyscy na widowni chyba przeżywaliśmy równie mocno wzruszenie w scenach lirycznych, dramatyzm bohaterów uwikłanych w przemoc i zło oraz chwile radości z groteskowego dowcipu. Może to właśnie jest teatr w swej istocie najgłębszy, prawdziwy. Bo słowa czasami zaciemniają obraz, wprowadzają fałsz, tymczasem tutaj człowiek, bohater nie może niczego ukryć - jego gest, mimika, spojrzenie mówią wszystko, wyrażają całą prawdę.  Jedno trzeba przyznać - teatr mimu jest sztuką prawdziwie uniwersalną, ponad barierą językową podobnie jak muzyka. Dlatego nie przeszkadza, że kolejne spektakle są dziełem zespołów zagranicznych, to nie ma znaczenia.

       Festiwal trwa jeszcze do 31 sierpnia. Otwierał go w piątek dyrektor artystyczny i założyciel Teatru Pantomimy Mimo, Bartłomiej Ostapczuk, którego oglądałam w akcji w ubiegłym roku w ramach Królewskich Arkad Sztuki na Zamku Królewskim. Więc może to właśnie jest ta ukryta logika przypadku. Pierwszy kontakt ze sztuką mimiczną naturalną, choć niewidoczną dla mnie nicią skojarzeń, doprowadził mnie do kolejnego etapu. Było warto za tą nicią iść. 

 

Zajawka, migawki z różnych scen tego spektaklu



komentarze (14) | dodaj komentarz

Nokaut

niedziela, 25 sierpnia 2013 23:38

       To było nierówne starcie. Ich było pięcioro. Żadnego fair play. Wszystkie chwyty dozwolone. 

List gończy za winowajcami:

Piotr Anderszewski - pianista,

Belcea Quartet w składzie:

  • Corina Belcea - skrzypce
  • Axel Schacher - skrzypce
  • Krzysztof Chorzelski - altówka
  • Antoine Lederlin - wiolonczela

Nieuczciwe chwyty przeciwników: Mozart, Janacek, Britten, Szostakowicz.

Rezultat do przewidzenia: oni sobie poszli, a ja leżę na deskach znokautowana. I całkiem mi tu dobrze.

       Z 9. Międzynarodowego Festiwalu Chopin i Jego Europa mogłam być tylko na jednym koncercie. I jak tu wybrać spośród trzydziestu? Tak zwane okoliczności niezależne ode mnie nieco pomogły, bo nie dysponuję wolnym czasem podczas całego festiwalu. Trochę więc przypadkiem, trochę dzięki świadomej determinacji - bo przecież w końcu musiałam posłuchać Anderszewskiego na żywo -  zjawiłam się w Filharmonii Narodowej w sobotę 24 sierpnia na koncercie kameralnym. Nie nastawiałam się specjalnie na nic, nawet dokładnie programu nie zdążyłam przeczytać. I dobrze, bo oczywiście się zmienił. No, nie całkiem. Zmiana polegała bowiem na jego wzbogaceniu. Natomiast to, co zalanowane, oczywiście też zostało wykonane. I to jak wykonane!

       Na początek Belcea Quartet zaprezentował jeden z kwartetów Mozarta. Tak na rozgrzewkę. Nie zachwycił mnie za bardzo, choć wykonanie było bez zarzutu finezyjne. Ale to, co zdarzyło się potem, niestety, Mozarta przygasiło. O, tak, tym razem Mozart przegrał. Może to kwestia innego jednak podejścia do muzyki kameralnej w wieku XVIII, a innego później i współcześnie. Mozart jest piękny, perełkowy, śliczny, hmmm, niezobowiązujący. Dla słuchacza, czyli dla mnie. Natomiast Kwartet smyczkowy nr 1 Benjamina Brittena i Kwintet fortepianowy op. 57 Szostakowicza to muzyka z duszą; muzyka wciągająca; muzyka, która krwawi z otwartej rany.  Porażające to było.

        Kwartet smyczkowy Bejamina Brittena wydał mi się bardzo zmienny, różnorodny, o dużej amplitudzie emocji, ale przy tym jakby filmowy. Belcea Quartet wykonał go po prostu brawurowo. Śledziłam rozwój akcji  w napięciu jak na sensacyjnym filmie. A jak się siedzi w pierwszym rzędzie, to co prawda szyja boli, ale zobaczyć można i tajemne porozumiewanie się zawodników, i usłyszeć najcichsze drganie skrzypiec, i przechwycić pomruk wiolonczeli. Nie wiem, czy można ten utwór wykonać lepiej, słyszałam go po raz pierwszy, ale jak dla mnie było to wykonanie perfekcyjne i zapewne żadne inne już tak nie będzie mi się podobało. 

     Nie było czasu na zastanowienie się i przeżycie do końca ostatnich tonów, gdy wyszedł Piotr Anderszewski i zaprezentował się solo w kompozycji Janacka. Kompozycji niespodziewanie dodanej, nieprzewidzianej w pierwotnym programie. A Anderszewski wchodzi energicznym krokiem, idzie prosto do fortepianu i z marszu zaczyna grać. Nie ma przesadnego skupiania się, podkręcania napięcia i brania słuchaczy na wytrzymałość, oglądania paznokci, sprawdzania zapiętych mankietów (kto oglądał słynny skecz Gajosa na ten temat, wie, o co chodzi). Nie wnikając za bardzo w nazwę, tytuł i okoliczności, poddałam się muzyce... i znowu się zachwyciłam. Tym razem twierdzę z całą stanowczością, że to zasługa pianisty. Powiedziałabym, że wykonanie było eksperymentalne: czy fortepian wytrzyma? Czy wytrzymają słuchacze? A nawet jakby nie, to i tak zagram tak, jak uważam. No i co, panie Janacek, podobało się panu?  

      Widowni podobało się bardzo.

      Po przerwie słynny Kwintet fortepianowy op. 57 Szostakowicza. Z jednej strony cześci wolne, przesmutne, przejmujące dialogiem między smyczkowymi instrumentami, z drugiej energiczne tempo scherza, wręcz szaleństwo ekspresji. Współpraca muzyków doskonała. Fortepian gaworzył ze skrzypcami, altówka zawodziła żałośnie, wiolonczela dostrajała się to do skrzypiec, to do altówki.  Przepiękne wykonanie. I niepowtarzalne.  Z mojej strony nie miałam dobrego widoku na Anderszewskiego, ale widziałam jak opuszał swobodnie rękę w momentach milczenia fortepianu, natomiast słuchał ciałem, ramionami, głową melodiii smyczków. 

       Burza oklasków po zakończeniu tak naprawdę mi przeszkodziła. Byłam totalnie zasłuchana. A potem muzycy zasiedli jeszcze do bisu i prawdę powiedziawszy, byłam zła. Bo nie chciałam w tamtej chwili słuchać niczego więcej, mając w uszach jeszcze ostatnie akordy Szostakowicza. Ale wybór znowu łagodnego, delikatnego Mozarta na bis był chyba najwłaściwszy. Pozwolił uspokoić emocje, wyciszyć myśli. A potem już nic, mimo aplauzu publiczności.  Słusznie. Są takie koncerty, po których nie można przez czas jakiś słuchać niczego więcej. 

        To był jeden z najlepszych, jeśli w ogóle nie najlepszy koncert, na jakim w życiu byłam.  Belcea Quartet dokonał tego, czego jeszcze nikomu się nie udało. Przekonał mnie do muzyki kameralnej. A może to zasługa Brittena? Może Szostakowicza? Chyba jednak nie. Bo napisać muzykę to mało. Trzeba jeszcze umieć ją zagrać. 

 

 

PS

Internet nie jest wcale doskonały. Jest Britten, ale nie w wykonaniu Belcea Quartetu; jest Belcea, ale nie grający Brittena.  Co mam zrobić? Co wybrać jako załącznik?

Druga część Kwartetu Brittena - sensacyjna ;-)

 

 

Trzecia część Kwartetu Brittena - spokojna, ale zaskakująca.

 

 

 

A tu Belcea Quartet niezobowiązująco :-)

 

 

 

Bonus.

Janusz Gajos: Pianista :-)

 

 

Z Anderszewskim jest całkiem na odwrót. Nie podkręca stołka, bo siedzi na krzesełku. Mankietów nie ogląda, pazurów nie sprawdza. Połami nie zarzuca, bo nie miał fraka.

 

 

PS2

Radyjko zamieściło zdjęcia, komentarz i wywiad.

http://www.polskieradio.pl/8/192/Artykul/917809,Piotr-Anderszewski-kocham-Chopina-ale-w-malych-dozach



komentarze (15) | dodaj komentarz

Sierpień, szósta rano

piątek, 23 sierpnia 2013 9:15

mgły siadły na bagnach jak stare wiedźmy

i psami w olszynach zanosi się wieś

w cichości lasu wstaje dzień

 

bańki.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pies.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pobocze żółte.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pobocze 2.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wiesiołek 2.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pajęczyna.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wrony na szosie.bmp

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wrony na płocie.JPG

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Było się

piątek, 16 sierpnia 2013 23:28

        Było się tu i tam, byliśmy, byłeś, byłam...  Człowiek zmienia miejsca pobytu czy raczej miejsca wciąż te same goszczą coraz to innych ludzi? W drodze do TAM krzyżują się drogi. A wtedy TU zamienia się w rozjazdy i znowu jesteśmy od siebie daleko,  każdy gdzie indziej.

        Aż kiedyś, gdzieś, przelotnie uda nam się spotkać znowu. Co decyduje, że gdzieś zostajemy na dłużej? Czy tylko nasza decyzja? Czy może cały szereg innych okoliczności, a decyzję nadbudowujemy ex post. Czasem zaś dopada nas dręczący dylemat: wracać? Nie wracać? Trwać? Zmierzać gdzie indziej? Znowu do jakiegoś TAM.

        Czy możliwe jest przeniesienie przeszłości w teraźniejszość? Pytanie retoryczne, bo od przeszłości dzieli nas ogromna przepaść wspołczesnej zdystansowanej podejrzliwości.  I chociaż podobał się ogromnie egzotyczny dość korowód muzyków, żonglerów i szczudlarzy pod węgierską flagą, fascynacja gapiów w zasadzie ograniczała się do namiętnego pstrykania zdjęć. 

 

węgierscy kozacy.JPG

 

Z programu Jarmarku Jagiellońskiego wyczytałam, że zespół nazywa się Hollóének Hungarica. W ścisły skład muzyków wchodzą:

Bálint Lajos - średniowieczne dudy, flet, shawm, buzuki
Béke Csaba - średniowieczne dudy, wokal, lutnia, lira korbowa, buzuki
Gábor Sándork - średniowieczne dudy, flet, wokal
Pálvölgyi Ferencz - średniowieczne dudy, buzuki
Simonyi Vilmos - średniowieczne bębny
Kockás Zsolt - średniowieczne bębny, bębny, dzwonki
Pásztor Dániel - średniowieczne dudy, dudy

A ja przyjrzałam się na przykład jednemu bębniarzowi, którego tu na zdjęciu akurat nie widać. Bęben miał połatany czarną taśmą, na prawym bucie malutkie dzwoneczki, które dzwoniły z każdym krokiem. Perkusyjnie wielobarwny.  

        Tegoroczny Jarmark odbywa się (trwa do niedzieli)  pod hasłem muzycznych instrumentów. W kilku miejscach można zobaczyć, wypróbować i kupić instrumenty, o jakich się z reguły nie słyszało. Oczywiście najłatwiej perkusyjne. Bębniłam, grzechotałam, kręciłam dźwiękowymi misami, nawet machałam deszczowymi kijami.  Mimo to deszczu nie udało mi się wywołać. Z łupin kokosowego orzecha wyrabia się coś, na czym gra się palcami wprowadzając w drgania cienkie blaszki. Nie zapamiętałam nazwy, ale dźwięk był niezwykły. Cena mnie osłabiła, więc zdobyłam się tylko na glinianą litewską okarynę. Od lat marzę o kiju deszczowym, ale nie podobały mi się, bo te, które były do kupienia, wypełnione były kamyczkami, a jeden jedyny oryginalny z igłami kaktusa nie był na sprzedaż. 

        No i wreszcie zobaczyłam jak się gra na unikatowym instrumencie, który zaginął, a teraz został niejako wskrzeszony. Biłgorajska suka - paznokciowy instrument strunowy. Paznokciowy, bo dźwięk strun różnicuje się przyciskając je paznokciem, a nie opuszkami palców. Na zdjęciu gra na suce ten w środku trzymając ją pionowo.

 

suka biłgorajska.JPG

 

A poza tym było mnóstwo innych muzykantów,  śpiewaków, rzeźbiarzy, hafciarek, pszczelarzy, garncarzy, bajarzy, ikonopisów, gospodyń od wypieków regionalnych, wikliniarzy, plecionkarzy i plecionkarek, kataryniarzy, kowalów i jubilerów z Polski, Słowacji, Ukrainy, Litwy, Białorusi. Parę osób rozpoznałam z Gryczaków, więc sobie pogadaliśmy. I był jeden Ofelia - tak, ON Ofelia: w  zielonym wianku na głowie, z długim chwastem zwisającym do pasa, zaintrygował nawet strażników miejskich. 

        A baba się przyglądała i przysłuchiwała wszystkiemu. Może powstaną nowe bajki?

 

baba.JPG

 

Nie robiłam dużo zdjęć. Nie miałam siły. One nie oddadzą atmosfery, gwaru, zachwytu kolorowymi czajniczkami, pociesznej rozmowy z litewskim rzeźbiarzem, który pokazywał kufel misternie ukształtowany z jednego kawałka drewna,  długiej rozmowy z białoruskimi Wołyniankami w regionalnych strojach ludowych siedzących przy kołowrotku, gorączkowego rozbiegania oczu przy straganach hafciarek, smaku kawy w towarzystwie skrzypcowo-dudziarskiej kapeli. 

    Tak myślę, że ten bukłaczek na coś dobrego mi się jednak przyda:

bukłaczek.JPG

 

 

 

      Rekonstruktor suki, lutnik Zbignew Butryn z Janowa Lubelskiego, opowiada o jej charakterze i prezentuje sposób gry. Do czasów współczesnych nie przetrwał żadn egzemplarz, dlatego trzeba było instrument całkowicie zrekonstruowac na podstawie nielicznych opisów i rysunków. 

 

 

 

 

       



komentarze (17) | dodaj komentarz

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  409 402  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 409402

Lubię to