Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dawno już...

czwartek, 30 sierpnia 2012 19:37

 

 

     ... tu nikt nie śpiewał.  Tak po mojemu ;-) Potrzebny ktoś na łagodny wieczór po ciężkim dniu.  Prawie zamierzchły, a wciąż tak niezwykły Monteverdi i jego ostatnia opera : Koronacja Poppei. Finałowy duet - Pur ti miro

 

Monteverdi, Koronacja Poppei - Pur ti miro (Nuria Rial, Philippe Jaroussky)

 

No dobra, to teraz nagranie koncertowe, żeby nie tylko słuchać, ale i popatrzeć ;-)

 

Pur ti miro (Monteverdi, Koronacja Poppei) - Rial, Jaroussky (wersja koncertowa)

 





komentarze (13) | dodaj komentarz

Trzy wystawy, dwa koncerty i teatr

niedziela, 26 sierpnia 2012 20:43

 

 

       Gdzie znaleźć współczesne malarstwo? Najlepiej u samego źródła, w Domu Artysty Plastyka na Mazowieckiej. Zaintrygowała mnie informacja, że Zofia Matuszczyk-Cygańska uprawiała nie tylko malarstwo, lecz wykonywała też gobeliny. Jej malarstwo jest wyraźnie zgeometryzowane, mimo tytułów sugerujących, że obraz przedstawia konkretne rzeczy i przestrzenie. Płótna zapełnione są  kolorowymi kwadracikami lub innymi kształtami geometrycznymi często z wyraziście zaznaczonym konturem. Można w nich czasem dopatrzeć się, o ile sama autorka tego chce, znajomych kształtów np. kwiatów. Dominują kolory jasne, żywe, choć malarka nie stroni od ciemniejszych tonacji.

   

Kanarki - gdzie one są?

 

Pejzaż górski - hmmm, trzeba wysilić wyobraźnię, żeby góry tutaj zobaczyć

 

Tutaj przynajmniej kwiaty przypominają kwiaty

 

       Gobeliny Zofii Matuszczyk-Cygańskiej  natomiast przykuwają uwagę liniami falistymi,  zaokrągleniami, kołową kompozycją i całkowicie abstrakcyjnie wyrażoną rzeczywistością o charakterze raczej emocjonalnym i wyobraźnią, co zresztą jest ujawnione w tytułach. Ich format jest znacznie większy niż obrazów i zostały powieszone dość wysoko, stąd na zdjęciach robionych od dołu wychodzi skrót perspektywiczny, ale i tak można dostrzec ich kolorowe, bajkowe  rozedrganie kolorystyczne.

 

Gobelin pod tytułem Żar

 

Gobelin Bajka


       W sali obok natomiast wystawa o znaczącym tytule Synestazja Sergiusza Pyrka Perkowskiego.  Obrazy również wykorzystujące  formy geometryczne, ale jakże inaczej. Autor nawiązuje w nich do zjawiska synestezji, chcąc poprzez obraz wywołać (?) w odbiorcy obok wrażeń wzrokowych także słuchowe, dźwiękowe. Wyraźnie czytelnym motywem jest perkusja i jej instrumenty, które rozpoznać można w kolistych kształtach na obrazach. Obok tego zaś mamy zestawienie mocnych, kontrastowych barw, w ogóle wielobarwność jest tutaj uderzająca. Obrazy nie są zatytułowane, więc przy okazji, uruchamiając wyobraźnię dźwiękową odbiorca może sam nadawać tytuły, co też uczyniłam.

 

Synestezja perkusyjna

 

Synestezja rytmiczna

 

       W zupełne inny nastrój wprowadza plenerowa wystawa plakatów i fotografii Leszka Mądzika prezentowana na ogrodzeniu Parku Łazienkowskiego. Leszek Mądzik w swojej działalności plastyczno-teatralnej od lat realizowanej poprzez Scenę Plastyczną KUL obraca się w kręgu najistotniejszych problemów człowieka: czasu, przemijania, śmierci, człowieczeństwa. Artysta przyznaje, że właśnie czas i związane z nim niepokoje egzystencjalne są najważniejszym motywem jego twórczości. Poruszające zestawienia życia i motywów vanitas, klasycznych rzeźb ze współczesnym pejzażem, postaci ludzkich z martwą naturą pobudzają do refleksji, do zatrzymania się w życiowym wyścigu. Twórczość Leszka Mądzika według mnie wpisuje się w kontynuację od wieków realizowanego nurtu  przypominającego od czasów biblijnych o marności wszystkiego, co nas otacza.

 

 

 

 

 

I na koniec dla mnie aboslutnie wstrząsające:

Zatytułowałabym jednym słowem: Vanitas

 

        Jan Lisiecki ma 17 lat i już podpisany kontrakt płytowy z Deutsche Grammophon. Na festiwalu Chopin i jego Europa wystąpił po raz piąty. O Lisieckim można znaleźć mnóstwo informacji na wielu internetowych stronach. O jego polskim pochodzeniu, przyspieszonej edukacji szkolnej, stypendiach, nagrodach, nagraniach i koncertach na całym świecie. W piątek 24 sierpnia w FN zagrał Koncert fortepianowy a-moll Roberta Schumanna, a na bis bardzo spokojne, wyciszające, delikatne Preludium z I Partity Bacha. Nie chodzi wcale o to, że ekscytujące jest słuchać jak gra młody pianista, którego kariera koncertowa rozpoczęła się w wieku 9 lat ani też doszukiwać się na siłę w jego występach szaleństw młodości. Dla mnie osobiście fascynujące jest śledzić jego rozwój, poznawać kolejne nagrania, a na koncercie Lisieckiego byłam po raz pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni.


 Jan Lisiecki mówi o sobie i muzyce

Zdjęcia z koncertu

 

       Występ Lisieckiego był jednym z trzech, środkowym, punktem programu koncertu. Na początek Sinfonia Varsovia pod Christianem Zachariasem zaprezentowała w sposób naprawdę porywający Uwerturę Es-dur Ignacego Jana Paderewskiego. Ten początek naprawdę wprowadził mnie, a myślę, że i innych słuchaczy w pozytywny nastrój i rozbudził oczekiwania na więcej. Niestety, po przerwie, IV Symfonia Roberta Schumanna niemal pozbawiła oddechu narzuconym przez dyrygenta tempem. Nie wiem, może fakt, że wcześniej w Koncercie fortepianowym podczas krótkiej przerwy między częściami paru osobom się zdawało, że to już koniec i zaczęli bić brawo, spowodował, że tym razem Zacharias w ogóle nie robił przerw, co najwyżej sekundowe na jedno zatrzymanie ręki w powietrzu. W trzeciej (chyba?) części a może i chwilami w innych momentach cały ten Schumann zabrzmiał mi prawie po wagnerowsku. W każdym razie było to dość oryginalne wykonanie, podobnie jak i sposób dyrygowania Zachariasa: coś między musztrą wojskową a poranną gimnastyką, co nie znaczy, że mi się nie podobało. Zawsze mi się podoba, jak ktoś ma swój własny osobisty, rozpoznawalny styl.

 

      Dla kontrastu następny koncert był bardzo kameralny. W roli głównej puzon z towarzyszeniem fortepianu – przedostatni z letnich koncertów na Grochowskiej w siedzibie orkiestry Sinfonia Varsovia. Na puzonie grali Ewa Harasimiuk i Marek Żwirdowski, na fortepianie Agnieszka Kopacka. Przyznam, że puzon w roli solowej słyszałam po raz pierwszy i nowością było dla mnie, ze na puzon pisano nawet specjalne kompozycje, jak Koncert B-dur na puzon i fortepian Rimskiego-Korsakowa czy Kazimierza Serockiego Sonatinę na puzon i fortepian. Tą ostatnią Marek Żwirdowski wirtuozowsko zakończył bardzo przyjemny i udany koncert. Udany tym bardziej, że organizatorzy sprawili mi dwa prezenty: wylosowałam płytę oraz wszystkim obecnym wręczano karteczki uprawniające do bezpłatnych zaproszeń na dwa koncerty w ramach wrześniowych Szalonych Dni Muzyki, ooo!

 

       Teatralne zwieńczenie kulturalnej soboty miało miejsce w Arkadach Kubickiego, gdzie w ramach  Królewskich Arkad Sztuki wystąpił teatr pantomimy Mimo. Na spektaklu pt. Komedianci naprawdę można było i pośmiać się i wzruszyć. Wiele spektakli oglądanych ostatnimi czasy wcale mi się nie podobało, reżyserzy silą się na jakąś wydumaną awangardę, nie wystawiając tego, co napisał Szekspir czy Molier, lecz tworząc z ich tekstów własne wariacje nie wiadomo o czym. Po ostatnich doświadczeniach już prawie dochodziłam do smutnego wniosku, że ja właściwie teatru nie lubię. Na szczęście występ Mimo przywrócił mi wiarę w to, że teatr może dostarczać także dzisiaj pięknych wzruszeń. Komedianci to spektakl składający się z kilku scen łączących się w opowieść o wędrownej trupie, która w pewnym mieście otrzymuje zgodę na występy. Widzimy jak aktorzy z większym lub mniejszym entuzjazmem przygotowują się do wyjścia na scenę, jak czasem im występ wychodzi, a czasem się nie udaje, jak życie osobiste przeplata się z wątkami granymi na scenie. Ponieważ była to pantomima, można było podziwiać całkiem zrozumiałą ekspresję ruchową i mimiczną aktorów, rozpoznając w kolejnych scenach klisze z filmów np. z Charliem Chaplinem, powszechnie znane komediowe gagi. Absolutną rewelacją było odegranie scenki, w której troje aktorów wcielało się w marionetki. Była to najbardziej wzruszająca scena, za którą aktorzy otrzymali największe brawa. A na zakończenie trupa powiększyła się o dodatkowego aktora, wciągniętego do zabawy z pierwszego rzędu widzów.

     Komedianci teatru Mimo przywrócili mi wiarę w teatr. To może jeszcze nie wszystko stracone?

   Bardzo niewyraźne zdjęcia, ponieważ nie umiem robić w ruchu.

 

 

 

 

PS Konkurs bez nagród :-)

Który obraz wstawiłam sobie jako tapetę na monitorze? Długo się zastanawiałam. Wstawiłam jeden, a potem zmieniłam. Więc ostatecznie który?...

 




komentarze (29) | dodaj komentarz

Dźwięk i elegancja

czwartek, 23 sierpnia 2012 22:33

 

       Leif Ove Andsnes gra na fortepianie i dyryguje Mahler Chamber Orchestra.  Gra I Koncert fortepianowy Beethovena. Ależ pędzi w pierwszej części.  Świetnie, dynamicznie, mocno, wyraziście, ale przy tym tak jakoś bardzo melodyjnie. Na zakończenie występu jeszcze III Koncert fortepianowy c-moll. Niedługo  wyjdzie płyta właśnie z koncertami Beethovena. Andsnes i ta sama orkiestra. Bardzo ciekawe.  Warto by było to mieć, posłuchać raz jeszcze.

      A w tej chwili właśnie słucham i oglądam jednym okiem na żywo na Medici.tv:  Nikolai Lugansky gra Chopina. No jak ktoś gra Nokturn Des-dur op. 27 nr 2 to już nic innego nie mogę robić, tylko słuchać. Dla mnie to najpiękniejszy i chyba najsmutniejszy kawałek Chopina. Zawsze mnie wzrusza.  A teraz  Ballada, to wracam do Andsnesa…

       Na zakończenie zagrał Strawińskiego muzykę baletową Apollo i muzy.  Nie znałam tego utworu. Bardzo ładny początek, interesujące zakończenie, jakby orszak Muz pod wodzą Apolla cicho schodził ze ceny i znikał w oddali. lecz w balecie występują tylko trzy Muzy: Caliope, Polyhymnia i Terpsychora, czyli okrojony ten orszak, choć tytuł pierwotny - Apollo Musagetes - wskazywałby na coś innego. Musagetes, czyli wiodący Muzy,  przewodnik Muz... Musagetes to jeden z tytułów Apolla stosowany w greckiej mitologii. W balecie Strawińskiego Apollo wprowadza wspomniane trzy Muzy na Parnas.

     Znalazłam fragment baletu w choreografii George Balanchine. No i teraz chciałabym obejrzeć całość, bo to musi być piękne.

 

Strawiński - Apollo Musagetes


No nie mogłam sobie odmówić jeszcze jednego kawałka, a właściwie dwóch króciutkich.


Strawiński - Apollo Musagetes, cz.2


      Leif Ove Andsnes to pianista, powiedziałabym, dyskretny. Odbieram jego grę jako niezwykle elegancką mimo wirtuozerii, która nie jest nachalna. Shadows of silence  - kompozycja napisana specjalnie dla niego - pozwala tę elegancję i wirtuozerię pokazać. Utwór strasznie mi się podoba. Początek przypomina mi zabawy z kijem deszczowym, który miałam okazję wypróbować: szybkie, dźwięczne, kaskadowe uderzenia, jakby ciurkiem deszcz na liście padał. Świetne! Nie ma, przynajmniej nie znalazłam, nagrania całości na youtubie, tylko niewielki kawałek wstawiony do wywiadu z pianistą i kompozytorem. Początek i koniec bardzo charakterystyczne, niezwykłe.

 

Leif Ove Andsnes - wywiad i fragmenty Shadows of silence


Leif Ove Andsnes… zapamiętać, słuchać, kupić płytę…

 

Andsnes gra i dyryguje - I Koncert Beethovena

 




komentarze (18) | dodaj komentarz

Inna bajka

niedziela, 19 sierpnia 2012 21:27

 

 

 

       Na szóstym z kolei (od 2007 r.) Jarmarku Jagiellońskim podobno zprezentowało się w tym roku 250 wystawców, rękodzielników, artystów ludowych z Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy.  Idea Jarmarku nawiązuje do dziejów Lublina jako miasta położonego na skrzyżowaniu szlaków handlowych i pograniczu kultur. Stąd też organizatorzy zapraszają nań nie tylko twórców z Polski, ale też wspomnianych wyżej krajów. Czego tutaj nie było?! Od wszlkiego rodzaju haftów, wyrobów dzierganych, wyszywanych, malowanych, przez wycinanki,  wiklinowe plecionki, koszyki, słomiane anioły i chodaki, wyroby kowalskie na oczach widzów wykuwane, tak samo naocznie lepione garnki, rzeźby, ceramika, po miody, mięsiwa, sery i pierogi św. Jacka.

 

Zachwycił mnie stragan huculski

 

Zatrzymałam się przy świętych i nieświętych figurkach

 

których pilnowała sowa

 

A tu inny ptaszek - kura jest symbolem jarmarku, więc kurczaków był dostatek. Wiklinowy...

 

 

oraz blaszany.

 

Zmieściła się i taka wystawa przy deptaku

 

Jarmark to także szereg imprez kulturalnych, w tym muzycznych. Grał kataryniarz z żywą papugą

 

Był też "uczeń" Jankiela

 

oraz... dudziarz, chyba szkocki, bo w spódnicy

Słabo widać, zdjęcie pod słońce robione. Ale grę było słychać z daleka.

I jeszcze taki duet: skrzypce i coś, co przypomina pomniejszoną wiolonczelę

 

Ale ja pojechałam właściwie na coś zupełnie innego. Na koncert tych panów:

 

Monodia Polska

 

Śpiewali jednak co innego niż w linku powyżej, bo pieśni "o wieczności", religijne, żałobne, pogrzebowe.  Jak wyjaśnił założyciel zespołu, Adam Strug, były to pieśni bardzo stare, barokowe, XVII-wieczne szlachty łomżyńskiej, jak np.  długaśna ("sto trzydzieści" zwrotek jak zwykle mówię w takich przypadkach) Zegar bije. Bardzo refleksyjna, pouczająca. Zegar bije... wieczność nadchodzi... a ty wciąż zyjesz pogańsko... Inny utwór, bardzo ciekawy, Żegnam was - pieśń pogrzebowa, w której podmiotem jest zmarły żegnający się ze wszystkimi po kolei: z rodziną, przyjaciółmi, potem nawet z królami i książętami. Każda zwrotka zaczyna się kolejną godziną, a więc: bije pierwsza godzina... bije druga godzina... itd. aż do jedenastej, a po dwunastej nie ma już nic. Po drodze zaś zmarły zawodzi: żegnam was wszystkie elementa i powietrzne ptaszęta... Pieśni te zebrane zostały w śpiewniku z 1871 roku, z którego korzystają śpiewacy.

       Monodia Polska  w składzie sześcioosobowym wypełniła mocnym śpiewem przepiękne wnętrze zabytkowej Bazyliki OO. Dominikanów. Pan Strug usilnie zapraszał słuchaczy do wspólnego śpiewania, ale to naprawdę nie takie łatwe, gdyż panowie stosują technikę śpiewu ludowego, z charakterystycznym urywanym, zawieszonym wygłosem. Dlatego słuchając raczej podziwiałam współbrzmienie ich głosów rozprzestrzeniające się w kościelnych murach. Wedle różnych świadectw i przekazów, obecność Dominikanów w Lublinie  datuje się co najmniej od połowy XIII wieku.  Pierwotna budowla kościoła i klasztoru wzniesiona została w stylu gotyckim, następnie dobudowywana, rozbudowywana w stylu renesansowym, i potem neoklasycznym, stąd też i dzisiaj nazywa się kompleks klasztorny "lubelskim Wawelem".  Z wielu stron obudowany kamienicami trudny jest do ogarnięcia, jego wielkość może pomóc objąć jednym spojrzeniem zamieszczona w bocznej nawie makieta.


 

Wewnątrz zaś można zaobaczyć prawdziwe niezwykłości:

figura Chrystusa w cierniowej koronie.

 

Ktoś w niebo wpatrzony

 

Fresk z Sądem Ostatecznym nad prezbiterium

 

Obraz upamiętniający odwrót Chmielnickiego spod Lublina w 1647 r., które to cudowne ocalenie zawdzięcza miasto relikwiom Krzyża Świętego, które przechowywane były w świątyni (skradzione w 1991r.)

 

 

I na koniec rzecz cudności wielkiej: konfesjonał, ale jaki!


 

A kiedy napasłam oczy i uszy, wycieczkę zakończyłam w ogródku ulubionej kawiarni:


 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Muzyczne sacrum

piątek, 17 sierpnia 2012 13:49

 

 

 

 

       Każdy ma swoją wersję historii opery, ale dla mnie zaczyna się ona od Monteverdiego. Claudio Monteverdi (1567-1643) urodzony w Cremonie, zmarły w Wenecji, pozostawił po sobie motety, madrygały i opery. Z około dziesięciu oper, jakie napisał, w całości zachowały się bodaj trzy: Orfeusz (1607), Powrót Ulissesa do ojczyzny (1640), Koronacja Poppei (1641), która to przeżywa obecnie prawdziwy renesans. Drugim sztandarowym gatunkiem Monteverdiego (a może raczej pierwszym) był madrygał. Świecka geneza tekstów madrygałowych wywodzących się z poezji miłosnej nie przeszkadzała wcale Monteverdiemu skomponować Madrigali spirituals. Tematyka religijna pojawia się w pierwszym wielkim utworze o tym charakterze kompozytora z Mantui: Nieszporach Maryjnych (Vespro della Beata Vergine z 1610). Monumentalny (półtoragodzinny) utwór składa się z psalmów, motetów, hymnów i końcowego Maginificat. I można by tu teraz wiele napisać o walorach utworu, niezwykłości brzmień, syntetycznym wykorzystaniu przez Monteverdiego szeregu wzorów muzycznych jego epoki, arcydzielnym połączeniu elementów religijnych ze świeckimi, wirtuozerii partii wokalnych, kunsztownych figurach, rewelacyjnym zastosowaniu efektu echa w partii tenora, ekspresywności, sensualistyczności tej muzyki, itp. itd.  Można, owszem, zwyczajnie utwór przegadać na amen. Tylko czy warto, skoro tak wiele już napisano. Tylko słuchając można poczuć się w przestrzeni sacrum.

 

Monteverdi Nieszpory, Sancta Maria ora pro nobis, Chór Monteverdiego

 

Monteverdi - Nieszpory, Duo Seraphim, Chór Monteverdiego

 

 

Uzupełniając zaległości, znalazłam tego Johanna Ludwiga Bacha (1677-1731), lecz nigdzie nie ma jego Mszy ( a napisał je dwie według znalezionych informacji), a już kompletnie nie udaje się znaleźć Gloria. Ten kapelmistrz (od 1711) w Sachsen-Meiningen na dworze księcia Ernsta Ludwiga I komponował także kantaty i motety. W zastępstwie za niedostępny utwór coś innego, równie  interesującego i bardzo ładnego, fragment duetu z kantaty:

 

Johann Ludwig Bach - Kantata - Ach, der Sunden

 



komentarze (13) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 074  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378074

Lubię to