Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 141 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Czytam w dopadki

czwartek, 31 lipca 2014 11:51

       Czytam w dopadki, to znaczy w krótkich chwilach wolnego czasu, albo zagrażającej nudy. Na przykład czekając w kolejce do lekarza. W Notatniku osobistym Josepha Conrada zgłębiam tajemnicę pierwszej powieści, momentu inspiracji, pierwszego zdania, które po latach zaowocowało wspaniałaym powieściopisarstwem. Jestem w rozdziale, w którym Conrad analizuje początek swojej literackej przygody, czyli genezę Szaleństwa Almayera. Na przykład jak to wstał pewnego dnia, zjadł śniadanie w wynajętym pokoju, a potem zrobił awanturę z powodu zaginionego pióra do pisania. Nie wiem, czy pióro się znalazło, ale powieść przecież powstała. A przy okazji ciekawe rozważania o sobie,  swoim chrakterze,  istocie pisania w ogóle. Innym razem anegdota jak to mecząc się nad budowaniem całej rzeczywistości Costaguany w Nostromo, wszystko mu się rozspypało za sprawą niespodziewanej wizyty córki generała. Mimo to grzecznie powitał niespodziewanego gościa, choć świat powieściowy legł w gruzach: "Czułem, że nigdy nie zdołam pozbierać kawałków - i w tej samej chwili pytałem grzecznie: "Zechce pani usiąść?"

      Wędrując wspomnieniami po początkach swojej twórczości, Conrad odkrywa rodzinne historie, na przykład stryjecznego dziadka, który wracając z nieudanej rosyjskiej kampanii wojska napoleońskiego zjadł z towarzyszem jakiegoś wiejskiego psa, który wszedł im w drogę gdzieś w wiosce pośród litewskiej puszczy. Zdarzenie to, a właściwie opowieść o nim mocno utkwiła w pamięci dziecka, które słyszało ją po raz pierwszy. Tenże stryjeczny dziadek, Mikołaj Bobrowski, opowiadał, że był ostatnim żołnierzem, który przeszedł po moście w Lipsku zanim nadgorliwy saper wysadził go w powietrze, czego konsekwencją była śmierć księcia Poniatowskiego w wodach Elstery.

      Ciepłe wspomnienia o wuju Bobrowskim są naturalne i zrozumiałe.  Interesujące z kolei opisy najdawniejszych lektur, jeszcze jako chłopca, czytanie Szekspira w przekładach ojca, Apollona Korzeniowskiego, powoływanie się na odkrywcze uwagi Anatola France`a czytanego później, w wieku dojrzałym. Zresztą, z całości wniosek nasuwa się oczywisty, że Conrad był człowiekiem oczytanym, siebie zaś nazywa "pisarzem wybitnie nieliterackim".

       Niedużo mi jeszcze zostało do końca tej intymnej lektury kieszonkowego wydania w nowym przekładzie, gdyż poprzedniego, jeszcze przedwojennego dokonała najbardziej znana tłumaczka Conrada - Aniela Zagórska. Zobaczymy, czym jeszcze zaskoczy mnie chłopak z ukraińskch stepów, który zamarzył o bezkresnym morzu.

       Drugim biegunem, a może i przekornym dopełnieniem jest równoległe czytanie Listów z podróży do Ameryki Henryka Sienkiewicza. Wstyd przyznać, ale nigdy dotąd ich nie czytałam.  Teraz odnajduję w nich takie pokłady humoru i dystansu wobec samego siebie, wobec spotykanych ludzi, rodaków i obcokrajowców, wobec wydarzeń, jakie spotykają pisarza w tej transoceanicznej i transkontynentalnej podróży, że  zaczynam inaczej też patrzeć na ściśle literacką, powieściową jego twórczość. Jeśli Sienkiewicz napisał Trylogię tak, jak napisał, to nie dlatego, że nie umiał inaczej! Listy świadczą, że potrafił podejmować różne literackie konwencje. Nieobca mu była ironia, sarkazm, błyskotliwe analizy społeczno-psychologiczne, rozważania o naturze ludzkiej i kształcie społeczeństwa, zmienności obyczajów itp. itp. To wszystko jest w Listach, ale nie o tym i nie w tym celu pisał powieści historyczne. Był to świadomy wybór innej, specyficznej konwencji literackiej, mającej spełniać określone funkcje narzucone przez historyczne okoliczności. Sienkiewicz powieściowy i Sienkiewicz  felietonowy ujawniający się w Listach to dwie strony tego samego człowieka, ale jakże różne, dwie strony bogatej osobowości. Wiele, wiele rzeczy jest tutaj dla mnie niejakm zaskoczeniem, choć po prawdzie, należało się tego domyślać. Na przykład fakt, że Sienkiewicz podczas całej podróży, w kolejnych - trzeba przyznać - dość długich listach - zdradza niesamowitą ciekawość świata, ludzi, funkcjonowania innego społeczeństwa. Jest niesamowicie otwarty na poznawanie nowości i odmienności obyczajowej. Widząc na przykład siedzących w okręgu Indian podczas krótkiego postoju pociągu co robi? Namawia swojego towarzysza, aby przysiedli się do nich i zdążył wypalić z nimi "fajkę pokoju". 

       Gdy tylko znajduje towrzystwo, z którym może porozumieć się po francusku (angielskiego wówczas nie znał), wykorzystuje to, by zdobyć jak najwięcej informacji, dociekliwie wypytuje o wszystko, co dostrzega dookoła. Ten głód wiedzy, otwartość, a zarazem dociekliwość, unikanie łatwych podsumowań, w pewnym stopniu jednak są dla mnie szokiem.  Chyba nie doceniałam Sienkiewicza jako człowieka, widziałam go tylko przez pryzmat określonego pokroju twórczości. W Listach okazuje się bystrym obserwatorem, dociekliwym badaczem kultury, społeczeństwa, cywilizacji wręcz, zdystansowanym i otwartym, z drugiej zaś strony ironicznym komentatorem rzeczywistości i ludzkich charakterów, w tym samego siebie także. Patrzenie na niego tylko przez pryzmat lapidarnego Gombrowiczowskiego określenia jako na "pierwszorzędnego pisarza drugorzędnego" skrajnie zawęża rozumienie tej, jak się okazuje, niezwykle bogatej osobowości.  Gombrowicz narzucił pewien chwytliwy slogan, stworzył poniekąd mit jako odpiwedź na inny mit, obecny w powieściopisarstwie Sienkiewicza, gdy tymczasem uczciwie należy powiedzieć, że jest jednak nadal tylko stereotyp. 

      No więc odkrywam dwie twórcze osobowości, zagłębiając się w inne formy niż powieściowa fikcja. Bardzo pouczające to lektury. 

 

Joseph Conrad: Notatnik osobisty. Ze wspomnień. Przekład Hanna Pustuła-Lewicka. Czuły Barbarzyńca 2014. Warszawa.

 

Henryk Sienkiewicz: Listy z podróży do Ameryki. PIW (wydanie bardzo stare, dotąd leżące bezużytecznie u mnie na półce ;-)



komentarze (10) | dodaj komentarz

Na marginesach Owidiusza

niedziela, 20 lipca 2014 17:59

      Ogrom szczegółów nie do ogarnięcia. Niby zna się grecką i rzymską mitologię, ale gdyby nie objaśnienia w przypisach, niewiele mogłabym zrozumieć. Wówczas pozostałoby tylko rozkoszowanie się samym słowem elegijnego metrum. Nie sądzę, abym i teraz zdołała zapamiętać wszystkie imiona rzymskiego panteonu, ich wzajemne powiązania uzupełnione legendarnymi i historycznymi wyjaśnieniami, okraszone kilkoma wersjami poetyckiej etymologii. Zapisuję więc pokrótce przegląd interesujących zagadnień do wykorzystania, może kiedyś, w przyszłości, przy innej okazji, czyli mój notatnik na marginesach Owidiusza pisany.

      Najczęstszym boskim imieniem wzywanym bezpośrednio bądź wspominanym przy okazji jest Westa, o której w ostatniej szóstej Księdze poeta pisze, że jej wizerunku nie ma w świątyni. Czy to by oznaczało, ze postaci bogini nie przedstawiano? Chyba jednak nie, skoro w innym miejscu jest mowa o pożarze, w którym zagrożony był posąg Westy.

       Innym bogiem równie często wymienianym jest Mars. To jemu poświęcony był Rzym, a to za sprawą podania, że był ojcem Romulusa i Remusa. Z jednej strony, jak wiadomo, jest on przedstawiany jako bóg wojny oraz Mściciel, pod którym imieniem miał nawet poświęconą osobną świątynię, ale z drugiej Owidiusz pisze o nim jako patronie pomyślnie zawieranego pokoju. Zupełną nowością natomiast jest prezentowanie Marsa jako patrona rozkwitającej wiosny, co wiąże się z marcem, który to miesiąc został od imienia boga nazwany.

       Jest jeszcze Wenus na równi z Marsem odbierająca cześć i wielbiona wieloma poetyckimi wersami. Mnie jednak zaintrygowały bóstwa zgoła nieznane lub mało utrwalone, przynajmniej w mojej pamięci, jak Moneta, Rozum (co ciekawe, było to bóstwo żeńskie), Konkordia (Zgoda), Terminus (bóg granic), Autumnus (bóstwo jesieni), przydomek Junony - Sospita, a inne jej imię to Lucina od słowa "lux" - światło - jako patronki porodów i tak dalej, i tak dalej. Wiele współczesnego słownictwa i to w różnych językach dałoby się uzasadnić pochodzeniem od łacińskich form i imion bóstw. Jeszcze jeden dowód na przydatność znajomości łaciny.

      Ciekawostka zgoła nieuzasadniona to przekonanie, któremu Owidiusz kilkakrotnie daje wyraz, o zamierzchłym pochodzeniu mieszkańców Arkadii, którzy ponoć są starsi niż Księżyc. Zdumiało mnie wyjaśnienie rzeki Tyber. Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Od imienia Tyberinus - legendarnego władcy Alba Longa. Przedtem rzeka nosiła nazwę Albula.

       Nadal nie wiem jednak, dlaczego Italia figuruje często jako Auzonia. Nie zamierzam się tym za bardzo przejmować, skoro i Owidiusz w zabawny sposób przyznaje się do niewiedzy na temat pewnej postaci:

w tym dniu niegdyś świątynię otrzymał Summanus,

choć nie bardzo wiadomo, kim był ów Summanus.

       Większość opisywanych stosunków damsko-męskich opartych jest na gwałcie. Mars gwałci śpiącą westalkę Reę Sylwię, która w następstwie rodzi Remusa i Romulusa. Janus o dwóch twarzach gwałci nimfę Krane, Hermes Larę, która powiła bliźnięta znane potem jako lary - bóstwa opiekuńcze. Także małżeństwa były często skutkiem gwałtu, bo przecież Persefona nie z własnej woli została panią świata podziemnego. najsłynniejszy zbiorowy gwałt to porwanie Sabinek przez męskich mieszkańców Rzymu, w wyniku czego zapewnili sobie żony i założyli rodziny. 

       Nic dziwnego, że w tym okrutnym świecie częste są opisy zbrodni, wojen, krwawych bitew i porachunków, przelewu krwi i zemsty tak miedzy bogami, jak i między ludźmi. W szeregu zbrodniarzy pojawia się także pierwowzór Lady Makbet - Tullia, która najpierw zamordowała męża i siostrę, aby wyjść za mąż za jej małżonka, następnie zaś namówiła go na zamordowanie swojego ojca (czyli miał zabić teścia):

W posagu wniosłam berło oraz głowę męża.

Jeśliś mężczyzną, nuże, korzystaj z posagu!

Zbrodnia to sprawa królów. A więc weź królestwo

zabiwszy teścia.

      Tullia była córką Serwiusza, legendarnego władcy Rzymu z V w. przed Chr., toteż po jego zamordowaniu jej mąż, Tarkwiniusz został kolejnym królem.

       Wiele to mówi o roli i postrzeganiu kobiet w rodzinie, małżeństwie, życiu społecznym. Jest jednak zastanawiający wyjątek. Najwyższy kapłan Jowisza, tak zwany Flamen Dialis nie mógł  rozwieść się z żoną, a w razie jej śmierci musiał zrezygnować z pełnienia urzędu.

      Nie wyczuwa się, aby Owidiusz darzył bogów szczególną estymą. raz po raz pozwala sobie na bezpośredniość, czasami familiarność lub opisuje zdarzenia wręcz ośmieszające. Jedną z bardziej zabawnych opowieści jest relacja z rozmowy między Jowiszem a Numą Pompiliuszem , drugim po Romulusie władcą Rzymu. Najpierw co prawda królowi "krew uciekła z ciała  i włosy nagle dęba stanęły an głowie", ale zaraz na żądanie groźnego bóstwa: "Zetnij głowę" odpowiada niby pokornie: "Dobrze, lecz cebuli, co wzeszła na mym polu". Kiedy bóg uściśla: "Chcę ludzkiej", król odpowiada: "Zetnę włosy". A na trzecie żądanie ofiary z życia, niezrażony Numa znowu niby pokornie ofiarowuje życie ryby. Toteż w następnych wersach Numa zostaje określony jako "człowiek godny stawać w szranki z bogami".

       W innym miejscu dwie boginie, Junona i Juwentas wręcz sprzeczają się o to, która z nich użyczyła swego imienia na nazwanie czerwca (Junius). Dopiero zjawienie się Konkordii łagodzi spór, ale jednocześnie wprowadza zupełnie inne, trzecie wyjaśnienie. ostatecznie geneza nie zostaje rozstrzygnięta.

       Wiele razy poeta podaje mniej lub bardziej fantastyczne genealogie. Dotyczy to tak nazw miesięcy, świąt, jak i imion bóstw. Ciekawostka jest Określenie Herkulesa jako Stróża - Custos, co znowu podprowadza do współczesnego "kustosza" - strażnika muzealnych zbiorów. Popularne święto rzymskie Luperkalia od słowa "lupa", czyli wilczyca w nawiązaniu do legendy o wykarmieniu przez wilczycę Romulusa i Remusa.

        Najciekawsze są osobiste wątki tu i ówdzie przemycane przez poetę, jak wspomnienie córki, której zdrowie leży mu na sercu, apostrofa do własnych utworów, niejako bezwiednie wyrywająca się z piersi wygnańca: "Elegie moje! Teraz czas nadszedł, by żagle poniosły was wydęte." W innym miejscu zwracając się do Wenus wspomina swoją twórczość wcześniejszą o tematyce miłosnej, bogini zaś jako znająca sprawy ukryte pyta o powód udręki:

Czy więc w twojej piersi

jątrzy się jakaś dawna rana?

Ty, bogini, wiesz o mojej ranie.

(...) Ranny czy wyleczony, czy cię porzuciłem?

(...) Ty wiesz, Wenus, że twój

jest ten miesiąc, a także twój jest i poeta.

      Na koniec pojawia się dumne przekonanie o źródłach poetyckiego natchnienia i wieszczym posłannictwie:

Jest w nas bóstwo, to jego siła ans rozgrzewa,

to jego impuls daje nam ziarno natchnienia.

Szczególnie to mnie wolno spojrzeć w twarze niebianom,

bom wieszczem, bo opiewam bóstwa święte sprawy.

Słyszycie, widzicie to "ja" - "mnie wolno", "bom wieszczem"? Podobnie jak Horacy Owidiusz jasno wyraża przekonanie o nieśmiertelności swojej poezji, a nawet idzie w tym przekonaniu znacznie dalej. Horacy bowiem wiązał znajomość własnej poezji przez następne pokolenia czytelników z istnieniem Rzymu ("dum Capitolium"), natomiast Owidiusz wykracza poza czas historycznego istnienia swojej osoby i Rzymu. Naprawdę ma na myśli wieczność.

      Mimo to jak smutno brzmi refleksja o upływie czasu nie tylko kalendarzowego, ale i własnego spędzanego na wygnaniu życia:

Czas przemija, a starość cicho nas dopada,

żadna uzda nie wstrzyma dni galopujących.

 

 Owidiusz: Fasti. Kalendarz poetycki.



komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 028  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378028

Lubię to