Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mistycznie się zasłuchałam

niedziela, 21 lipca 2013 1:48

 

(Ciąg dalszy wrażeń z Krakowa na  http://zapiskizkultury.blogspot.com/)

 

      Do znudzenia będę powtarzać, że muzyka barokowa powinna być wykonywana w miejscach, do jakich ją stworzono, czyli w świątyniach. A jeszcze gdy jest to gotyckie sklepienie z niebem Wyspiańskiego, to niczego więcej nie trzeba. Zasłuchałam się mistycznie, w czym nie przeszkadzała nawet fruwająca marynarka Vaclava Luksa. 

      Nie mogę wyjść z podziwu, że Collegium 1704 wraz z Collegium Vocale działa dopiero od 2005 roku. W tak krótkim czasie dojść do mistrzostwa i stać się jednym z najlepszych europejskich zespołów wykonujących muzykę barokową, niebywałe. Niemała w tym zasługa założyciela zespołu i jego dyrygenta, Vaclava Luksa, który po ukończeniu Konserwatorium w Pilźnie i Akademii Muzycznej w Pradze, swoje zmiłowanie do muzyki dawnej rozwijał dodatkowo w Schola Cantorum Basiliensis, renomowanej szwajcarskiej uczelni i zarazem instytucji badawczej, z której między innymi wywodzą się Rene Jacobs, Jordi Savall, Andreas Scholl, Andrea Marcon czy Gustaw Leonhardt. 

       Muzycy Collegium tworzą jeden żywy grający organizm. Siedząc blisko widziałam, jak porozumiewają się wzrokiem,  często uśmiechają się do siebie nawzajem,  cały czas są tacy rozradowani. Jedna ze skrzypaczek uśmiechała się z zadowoleniem po każdym utworze, podobnież grający na organach. A dobór głosów w Collegium Vocale zachwyca harmonią, a przy tym każdy ze śpiewaków z powodzeniem radzi sobie jako solista. O Hanie Blažikovej (sopran) to ja już słyszałam i jej głos znam, ale w piątek 19 lipca okazało się, że każdy z zespołu świetnie sobie solowo radzi. Na skutek zmian programowych i zarazem zmian w obsadzie obok Hany Blažikovej wystąpili Vaclav Čížek (tenor) oraz Tomáš Král (bas). To znaczy tak mi się wydaje, bo w końcu trudno było się połapać. Inaczej jest w pierwotnym programie, inaczej na ulotce z wprowadzonymi zmianami, inaczej na stronie samego zespołu, a z zapowiedzi przed koncertem niewiele zrozumiałam. Jednak, jak było widać i słychać, nie ma to wielkiego znaczenia, bo wszyscy są doskonałymi muzykami, śpiewakami. Kiedy chór odpoczywał, siedząc sobie na krzesełkach z tyłu za orkiestrą, widziałam jak Vaclav Čížek w porywających fragmentach muzycznych "grał" sobie w powietrzu rękoma, próbując jeszcze wciągnąć do tej pantomimy kolegę. A tymczasem przejmująca muzyka wybrzmiewała wraz z  basowym nawoływaniem proroka Jeremiasza: Jerusalem, convertere ad Dominum Deum tuum. 

       To był Zelenka, główny powód do chwały Collegium 1704, zwany czeskim Bachem. Ale koncert odbył się w ramach Festiwalu Muzyki Polskiej, byli  więc kompozytorzy polscy: Marcin Mielczewski i Bartłomiej Pękiel. Mielczewski strasznie mi się podoba, odkąd go odkryli dla mnie Francuzi, o czym już pisałam. Czesi zaśpiewali równie porywająco, ale dopiero Vaclav Luks uświadomił mi - paradoksalnie, nie grając, nie śpiewając, tylko poprzez swój ekspresyjny sposób dyrygowania - ileż się dzieje w tej muzyce. Na pozór wygląda on na nieśmiałego chłopca w okularach, ale za pulpitem zamienia się w wulkan energii. Bo czegóż on nie wyprawiał: stawał na palcach, wyciągał ramiona w górę i do poszczególnych muzyków, chcąc prawie razem z nimi grać, odchylał się do tyłu i do przodu, robił młynka dłońmi  dla podkręcenia lub zmiany tempa, śpiewał oczywiście razem z chórem. 

        W filmie Dzieci gorszego Boga jest scena, gdy głuchoniema Sarah  prosi Jamesa, który słucha muzyki, by jej wytłumaczył, czym jest muzyka. On próbuje to zrobić, ale nieudolnie. Jego gesty są tak niedoskonałe. Myślę, że Vaclav Luks świetnie by sobie z tym poradził. Momentami niemal przeczył grawitacji. Bo jak można zachować równowagę, gdy się stoi na palcach, mając ugięte nogi w kolanach i jednocześnie tułów odchylając do tyłu, a rękami wymachując w górze, jakby chciał objąć wszystkich w ramionami. No nie wiem, to jakaś wyższa szkoła dyrygenckiej akrobatyki. A jeszcze nadążał z przewracaniem kartek partytury. 

      Po Triumphalis dies i Missa Tirumphalis Mielczewskiego, w których tyle się działo, nastąpił  - po zmianach programowych, bo pierwotnie miał być Gorczycki - Bartłomiej Pękiel (Missa a 14, Kyrie, Gloria). Mileczewski  dramatyczny, dynamiczny, pełen ekspresji, natomiast Pękiel jakby bardziej stonowany, dramatyczny, ale inaczej. Z większym dostojeństwem wznoszący modły pod gotyckie sklepienie Bazyliki Franciszkańskiej rozgwieżdżone freskami przez Stanisława Wyspiańskiego. 

      A na koniec, na koniec, oczywiście, jakżeby inaczej, Miserere c-moll, sześcioczęściowa kantata Jana Dismasa Zelenki na sopran solo, chór i orkiestrę. Tutaj zaprezentowała się w pełnym brzmieniu Hana Blažiková. Drobna, szczuplutka, burza długich ciemnych włosów, czarna suknia i głos. A gdzie ona sama? 

 

Nie znajduję zadowalających nagrań. Szkoda. Wszystko to tylko atrapy tego, co zabrzmiało w piątkowym koncercie.

Fragment Miserere c-moll

 

 

A tak śpiewa Hana Blažiková

 

 

 

A ja mam ich teraz wszystkich razem na płycie: Jana Dismasa Zelenki Missa votiva i Collegium 1704, Collegium Vocale 1704 oraz Vaclav Luks. 



komentarze (17) | dodaj komentarz

Kiedy zaczyna się starość

poniedziałek, 15 lipca 2013 22:03

 

       Pannę Marple podziwiałam zawsze za to, że umiała w nowo ujrzanych osobach zobaczyć starych znajomych. Pozwalało jej to dokonywać całkiem trafnych ocen. Zawsze mnie zdumiewała ta jej umiejętność i nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek będę w stanie uczynić to samo. Oceniać ludzi od pierwszego wejrzenia nadal nie potrafię, ale coraz częściej łapię się na tym, że patrząc na kogoś dostrzegam podobieństwo  - postawy, spojrzenia, gestu, uczesania, mimiki, sposobu mówienia - do już wcześniej kogoś mi znanego. I nie jest to wcale wynik żadnego porewieństwa, bynajmniej. Po prostu weszłam już w wiek, kiedy zbiór poznanych w ciągu życia typów ludzkich osobowości nieubłaganie się zapełnia i teraz można dostrzegać między pojedynczymi egzemplarzami tylko analogie.  

       Co prawda panna Marple w Hotelu Bertram ma jakieś 66-67 lat, mnie jeszcze do tego trochę brakuje, ale to nie rzecz metryki, tylko doświadczenia. Całe życie  byłam typem samotnika, ale z racji zawodu ciągle mam nowe kontakty z ludźmi. To wyczerpuje. A po tych latach zaczynam widzieć, że mimo zmiany imion, nazwisk, pokoleń, środowisk, liczba charakterów jest jednak ograniczona. Dotąd zawsze pojawało się nowe: nowe twarze, nowe osoby, nowe biografie, nowe doświadczenia... Tak było przez te minione lata. Teraz zaczyna być powtarzalne: podobne zdarzenia, podobne uwikłania, podobne konflikty, podobne osobowości, podobne reakcje, zachowania... Nastąpiło to całkiem niedawno, lecz niezauważalnie. Ot, jedno, drugie skojarzenie: aha, patrzę na kogoś całkiem nieznanego i widzę, że przypomina mi tego a tego. Nie, wcale nie sobowtór, tylko podobny typ. Całościowo. Ten to typ intelektualisty; tamten choleryczny pieniacz; ta znowu to typ wiecznej malkontentki szukającej dziury w całym; albo intrygantka. Oczywiście jest tych podobieństw więcej, nie potrafię wyliczyć wszystkich niuansów składających się na całościowe podobieństwo. To, co piszę jest tylko bardzo uproszczonym schematem działania łańcucha skojarzeń.

       Tak właśnie panna Marple patrzyła na nowych ludzi, a wzrok miała mimo wszystko bystry i pamięć żywą, z czego robiła użytek nadzwyczajny. Wygląda  zupełnie jak Kenny Rusell, myślała, wyławiając, jak zwykle, z przeszłości prototyp. W Karaibskiej tajemnicy zaś: Na przykład Molly Kendall była podobna do miłej dziewczyny, której imienia nie mogła sobie przypomnieć, a która pracowała jako konduktorka w autobusie Market Basing. Tamże także, na jednej z karaibskich wysp, o niejakim Jacksonie: przypomina  mi trochę  - odparła zamyślona - młodego mężczyznę z miejscowego  urzędu, niedaleko którego  mieszkam, Jonasa Perry`ego. Czy podobieństwo to potwierdzały także zapał i determinacja Jacksona w zdobywaniu pieniędzy, nie zostało dopowiedziane. Przypuszczać należy, że tak.  Bo panna Marple nigdy się nie myliła.  Zwykły numer rejestracyjny, co prawda niezwykłego samochodu wyścigowego, którego marki jednak panna Marple nie znała, obudził w niej odległe wspomnienie, pewien łańcuch skojarzeń. FAN 2266. Przypomniała się jej kuzynka Fanny Godfrey. Biedna Fanny, która jąkała się i mówiła: Dddosttaa-łam dd-wa.

        Im dłuższy łańcuch skojarzeń wywołuje zdarzenie czy ujrzana twarz, tym większe prawdopodobieństwo, że właśnie weszliśmy w okres starości. Chyba właśnie zaczęłam swoją starość. To się zaczęło jednak dość dawno, nie wczoraj, nie przedwczoraj.  Może wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam dziewięciocyfrowy numer i nie mając niczego pod ręką do pisania musiałam wymyśleć sposób, żeby go zapamiętać od razu. Udało się: dwie pierwsze cyfry po prostu zapamiętałam mechanicznie, dwie następne w kolejności malejącej poniżej 9, na której kończy się przecież zbiór cyfr, kolejne dwie dawały sumę poprzedniej, i trzy ostatnie to numer pokoju w akademiku, w którym mieszkałam ileś tam lat temu: 158752309. Proste, prawda?

       Ciągle mi jeszcze daleko do pedantycznej drobiazgowości panny Marple: Kupiła  mały rozkład jazdy autobusów, a także plan metra i układała swoje wycieczki starannie. W pierwszej kolejności raczej kupuję plan miasta po prostu, z metrem, nawet warszawskim, słabo sobie radzę, ale wycieczki układam czasem dość metodycznie zaliczając po drodze wystawy, galerie sztuki, kawiarnie i kończąc na jakimś koncercie. Tak, to się zdarza. No właśnie, czas sprawdzić, jakie atrakcje czekają w najbliższy weekend w Krakowie i wyznaczyć marszrutę. Beznamiętnie, jak generał planujący kampanię lub jak księgowy wyceniający przedsiebiorstwo, panna Marple rozważyła i posegregowała w myślach wszystko, co przemawiało za i przeciw jej ewentualnemu przedsięwzięciu (4.50 z Paddington).

       No tak to ja jeszcze nie potrafię. Beznamiętnie? Jak księgowy? Przesada. Raczej jak bankrut albo hazardzista stawiający wszystko na jedną kartę: jechać! Za i przeciw?! Ależ wszystko jest przeciw, tylko jedno za: Collegium 1704!

 

  Oto oni cały zespół Collegium 1704 i dyrygent - Vaclav Luks - niesamowici.  



komentarze (20) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 894  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403894

Lubię to