Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

"Niewzruszona trwała noc..."

poniedziałek, 30 lipca 2012 13:19

 

Dedykuję Czesławie

 

        Takiego Remarque`a czyta się jednym haustem, zachłannie, szybko. Daje wytchnienie w upalny dzień, ale na krótko i szybko przemija, choć bez wątpienia jest to piękna i wielka literatura. Ale czas akcji jednego roku w Łuku Triumfalnym tak nieoczekiwanie się kończy, że nagle zostajemy sami znowu ze swoim bólem, cierpieniem, zmęczeniem, wcale niewypoczęci. Krótkie zachłanne zdania, krótkie zachłanne życie nie uspokaja, nie wycisza. O ileż trudniej czyta się Śmierć Wergilego Hermanna Brocha, gdzie zdania ciągną się wielopiętrowo, falują, zataczają kręgi, tworzą przypływy i odpływy bez końca, bez końca. A jednak ten powolny rytm frazy, opis umierania poety z Andes na łożu śmierci daje niepomiernie większe wytchnienie od cierpienia własnego i bólu od dawna nawykłego.  Nie o śmierci jest ta książka, choć opisuje ostatnie 24 godziny życia Wergiliusza, lecz o życiu ze śmiercią. Czy to nie paradoks? A jednak wtedy życie jest życiem, a nie przemijaniem tylko, chwilą przekształconą w dźwięk. 

      Remarque w Łuku Triumfalnym opowiada o poszczególnych losach; jest to dobra powieść, a przecież człowiek marzy o czymś przekraczającym poszczególne istnienie, dąży do tego, co niewyrażalne. Broch, a może Wergili, nie daje nadziei na ogarnięcie rozkawałkowanego życia i osiągnięcie niemożliwego ładu: nadzieja taka byłaby zuchwalstwem śmiertelnika  i zgrozą wobec  bogów. 

       Nie przeczytałam jeszcze Brocha w całości, te 24 godziny autor rozpisał na ponad sześćset stron. Nawet nie dotarłam do połowy, ale czuję się już tak bogata, tak pochłonięta falowaniem tej prozy, w której jedno zdanie potrafi się ciągnąć przez kilka stron, że już wiem: jest to jedna z tych książek, nielicznych zresztą, którą można czytać bez końca za każdym razem odnajdując nowe skarby, gdy niewystarczająca jest tęsknota rąk, niewystarczająca jest tęsknota oczu, niewystarczająca tęsknota słuchu. 

       Dziwna to proza. Wielostronicowy monolog wewnętrzny umierającego poety, jego rozrachunek z życiem i twórczością, którą w przypływie niewyobrażalnego poczucia niemoty wewnętrznej i zewnętrznej chce zniszczyć: Spalić Eneidę! - woła z łóżka ostatkiem sił. Na szczęście wiemy, że do tego nie dochodzi. Śmierć Wergilego Hermanna Brocha jest próbą przeprowadzenia totalnego rozrachunku z przeszłością, rzeczywistością, marzeniami i ambicjami młodego Wergilego, który dla literatury zdradził plany zostania lekarzem; jest  opisem , wyrażeniem całego jestestwa wielkiego poety. Jest to wielka retrospekcja, ale nie przypomina taniej filmowej sztuczki, gdy w obliczu śmierci przed oczami bohatera przewija się całe życie. O, nie, to byłoby zbyt proste. W zasadzie akcji tu niewiele, prawie wcale: bohater rozmawia z kilkoma osobami, nocą wstaje z łóżka, podchodzi do okna, idzie do studni, łapczywie pije wodę, przez okno obserwuje gwiazdy, nasłuchuje strażnika chodzącego koło murów, obserwuje troje swarliwych i pijanych zakłócających nocny spokój, wraca do łóżka, każe spalić swoje dzieło... umiera. Informacje o zdarzeniach pojawiają się jakby mimowolnie, ukryte w gąszczu powikłanych zdań, których treścią, tematem, sednem jest zupełnie coś innego: myśl, uczucie, refleksja... może jakieś misterium, wtajemniczenie bohatera w najgłębszy sens istnienia? Czym ono jest? Czym jest życie? Miłość? Literatura? Czym jest człowiek? Na próżno dociekać. W ostatniej dobie swojego życia Wergiliusz powraca do różnych sposobów rozumienia, metod poznawania, aby wszystkie po kolei odrzucić, jako niewystarczające. Olbrzymi, głęboki pesymizm, wielkie rozczarowanie ostatniego dnia życia, rozpacz pisarza, który uświadamia sobie, że jego bohaterowie byli tylko czysto słownymi tworami, żyjącymi zaledwie w jego poemacie, lecz już martwymi, a on och, całe życie spędził w niespójności zmarłych, żył zawsze jedynie ze zmarłymi i żywych  tak samo do nich zaliczał, widział ludzi zawsze jako zmarłych tylko. Doprowadzony przez własną myśl, zintensyfikowaną ostatnimi godzinami życia, do przejmującej samowiedzy, poczuł się rzucony na kolana, jakby nigdy, przenigdy prosto mu stanąć już nie było wolno. Zamiast  satysfakcji ze swoich dokonań, zamiast poczucia spełnienia wieszczo-boskiego obowiązku,  któremu nawet Orfeusz był posłuszny, mimo że oczywistym była daremność walki z przeznaczeniem i śmiercią, Wergiliusz z minuty na minutę odczuwa coraz mocniej zacieśniający się krąg przerażenia, w którym dźwięczał najodleglejszy punktowy dźwięk sferyczny, dźwięczał nikły chichot, a był to pusty chichot pustki, chichot pustej nicości. Och, gdzież istniał ratunek?!

      Mylące być może wrażenie, że jest to książka tak straszliwie pesymistyczna, że nie warto jej czytać. Przedziwne zjawisko prozy Brocha, paradoksalnie pozwala intensywnie cieszyć się lekturą. Niezwykła proza-nie-proza Brocha w wielu miejscach jest właściwie poezją. Nurt refleksji filozoficznej, wręcz mistycznej, pochłania czytelnika, o ile zada sobie trud uważnego czytania, odnajdując wiele odkrywczych, a może tylko potwierdzających jego własną intuicję, myśli, sentencji, paradoksów. Można razem z autorem się zadumać nad relacją między mową a muzyką: czy faktycznie jest tak, że mowa nigdy nie dorówna muzyce? Czy nie trafną daje Broch definicję motłochu, gdzie wskutek braku jakiegokolwiek wspólnego rozeznania nikt nie kocha drugiego, nikt drugiemu nie pomoże, nikt drugiego nie rozumie, nikt drugiemu nie ufa, nikt głosu drugiego nie słyszy? Czyż nie odnajdujemy w tym opisie dobrze nam znanych zjawisk, poczucia osamotnienia w tłumie? A kiedy przewertujemy już wszystkie możliwe definicje miłości, a każda wyda się nam zbyt banalna i płytka, nie będzie racji w stwierdzeniu, że tak naprawdę jest ona obarczaniem-się-losem innych?

       Dla czytelnika przyzwyczajonego śledzić tylko akcję Śmierć Wergilego będzie lekturą nużącą i o niczym. Dla kogoś, kto  pod powierzchnią zdań umie znajdować inne światy, a słowo ma dla niego siłę zmieniania i stwarzania, będzie to lektura pasjonująca. Tenże czytelnik zapewne zgodzi się z autorem, że: 


zaprawdę, w swe zadanie poznawcze pogrążony jest człowiek

i nic go nie zdoła od tego odwieść,

nawet nieuchronność błędu,

przypadkowość bowiem jego zanika przed

wyzwolonym z przypadkowości zadaniem;

 

       

       Doprawdy, są książki, których przeczytanie otwiera oczy i nagle obudzeni z życiowego letargu zauważamy, że dookoła nieustannie trwa prześwietlona połyskiwaniem drzemka świata.  Jeśli będę mogła zadecydować, co chcę czytać w ostatni dzień swojego życia, będzie to Śmierć Wergilego Hermanna Brocha. Ale zanim ten dzień nastąpi, mam nadzieję przeczytać ją jeszcze co najmniej kilka razy.

 

 

Hermann Broch, Śmierć Wergilego, przeł. Maria Kurecka, Witold Wirpsza, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław.

 

PS No proszę, przeczytałam w jednej z recenzji, że Harmann Broch opisuje nie ostatnią dobę życia Wergiliusza, lecz zaledwie ostatnich 18 godzin. Jeszcze lepiej! 18 godzin na sześciuset stronach! Niezwykłe. Z kolei pewien zdegustowany czytelnik/krytyk zauważył, że książka pretenduje do najbardziej niejasnego i niezrozumiałego dzieła europejskiej literatury. Ale tak mógł stwierdzić tylko Amerykanin, a jakże, w dodatku na pewno nie czytał Joyce`a ;-)


 

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Ej! ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz, kozacze!...

niedziela, 22 lipca 2012 18:29

 

 

       Na egzamin z literatury romantycznej u prof. Aleksandrowicz nikt nie odważył się pójść bez znajomości Marii Antoniego Malczewskiego. Wiadomo było, że to jej ulubiony i kluczowy utwór. Do każdego niemal pytania Maria była potrzebna. Żadne omówienie heroin romantycznych nie mogło się odbyć bez Marii.  Problematyka kresowa? Jasne, że ukraińska Maria;  Gatunki romantyczne? Ależ Maria jako powieść poetycka. Romantyczna miłość? Też pytanie, oczywiście Maria i Wacław itd. Od biedy można było darować sobie każdy inny utwór, ale nikt nie odważył się pójść na egzamin, nie przeczytawszy Marii. I to słynne pierwsze zdanie poematu wyryte w pamięci do dziś, z archaicznym wołaczem: gdzie pędzisz, kozacze... Ten step ukraiński gdzieś nad Bohem, bezkresna przestrzeń  bodiaków, pogoń wiatru nad falą łąk szumiących ... Step -koń - kozak - ciemność - jedna dzika dusza ... Świat, który stał się legendą, z ktorego inspiracji powstało tyle niezwykłej literatury!

       Wacław, bohater bajroniczny, kocha na zabój: kochał, więc jedzie zabijać.  Po śmierci Marii, zamordowanej na polecenie jego ojca, Wacław zamienia się w mściciela - wsiada na koń i jedzie. Nie, nie jedzie, lecz leci, pędzi przez step. Dudnią trawiaste burzany, chylą się od wiatru czy od pędu pod kopytami konia. Krążą kruki złowieszcze nad stepem. Dudnią, dudnią kopyta, głucho zapada złowroga cisza. Poleciał!... Ej! ty na szybkim koniu, Wacławie, cóż chcesz uczynić?! 

        Jaka szkoda, że tutaj nie kończy się opera Romana Statkowskiego. Dzieje Wacława Malczewski w tym momencie urwał. Dobrze wiedział, że  to, co niedopowiedziane, przeraża bardziej niż wszelkie słowa, a Wacław przecież wyrusza zamordować ojca. Statkowski pisząc libretto, mimo wykorzystania dosłownego wielu fragmentów tekstu literackiego, dopisać musiał partię Wojewody (milczącego w utworze), bo przecież główna postać negatywna musi śpiewać! To zrozumiałe. Natomiast  dopisanie zakończenia losów Wacława, który wpada się mścić, a potem obezwładniony wizją ducha ukochanej Marii rezygnuje z zemsty i popełnia samobójstwo... Litości! Z mrocznego bajronicznego bohatera zrobił się cierpiętnik na wzór Wertera. 

       Tegoroczny 8. Festiwal Muzyki Polskiej zakończony został koncertową wersją Marii Romana Statkowskiego, skomponowanej niemal 110 lat temu (1903). Tym razem się przygotowałam. Czytałam i słuchałam: utwór Malczewskiego (reprint wydania z 1851 r. z oryginalną ówczesną ortografią), opera w nagraniu Borowicza (2008 r.), dokładnie śledząc libretto aż się książeczka załączona do płyty rozleciała (lekkie klejenie nie było przygotowane na tak intensywną eksploatację). Na kilkugodzinną podróż też wzięłam nagranie i jeszcze raz... I na nic! Dyrygent - Tomasz Tokarczyk -rozwalił wszystko! Nie dość, że wyglądał jak agrafka, taki cienki, frak na nim wisiał jak na wieszaku, jakby go tam wcale nie było, a jeszcze w momentach kulminacyjnych zwijał się w paragraf... To składał się w pół, to rozwijał długie ręce jak skrzydła, dźgał powietrze batutą jak floretem, jakby chciał z orkiestry wszystkie żyły wypruć i wszystką krew wytoczyć... Śpiewał razem  z chórem, a gdyby podest był większy toby i zatańczył, a byłoby co, bo i polonez, i mazur, i walc, i kawałek oberka jest w partyturze. Czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałam. Przez pierwszy kwadrans, a może i dłużej, nie mogłam się skupić na muzyce. A miałam słuchać uważnie, bo tam właśnie ten niesamowity polonez jest, a potem kwartet wiolonczelowy... A tu taka jednoosobowa pełna inscenizacja ponoć koncertowej wersji opery!  Kto śpiewa? Co śpiewa? Co grają? Nie wiem. Widzę tylko ten frak z fruwającą batutą. Szok. Normalnie szok. A po piętnastu minutach... polubiłam go. Bo ja w zasadzie lubię okularników ;-)

       No dobrze, to teraz całkiem serio.  Roman Statkowski napisał operę bardzo polską, z rozpoznawalnymi akcentami, motywami, symbolami. Świetny, potężny, radosny polonez prawie na samym początku, po arii Wojewody i poleceniu zabicia niechcianej synowej robi naprawdę wrażenie. To nie płaczliwie-nostalgiczny, ojczyźniany Ogiński ani też filmowy polonez Kilara, lecz dworsko-majestatyczny, biesiadny, radosny, potężny. Nie tęsknota w nim, lecz duch biesiady, wiwat i dostojeństwo. Zaraz potem, jeszcze w I akcie pojawia się mazur - porywajacy, skoczny, niemal brakuje tchu. Zastanawiam się, jak wyrabia się chór, bo do poloneza, jak i mazura są partie chóralne. Obok tego, w akcie drugim pojawiają się liryczne bardzo arie Marii oraz duety Marii i Wacława. Partia tytułowej bohaterki charakteryzowana jest przez towarzyszące jej delikatne dźwięki harfy. Mroczna dusza Wojewody z kolei ma silną linię wiolonczeli z przejmującym fragmentem wiolonczelowego kwartetu w I akcie. Sam w sobie ten kawałek jest niezwykły i swobodnie można go słuchać jako odrębny utwór.  

       Fantastyczny zupełne fragment to kulig.  Szalone tempo, dzikość, taniec weneckich masek, pod którymi kryją się nasłani przez Wojewodę zabójcy: dynamika i mroczne przeczucie, groza. Wszystko razem. W szalony rytm zapustów Statkowski wplótł także oberka, kolejny polski taniec. A żeby dopełnić wątek owej polskości opery, trzeba jeszcze wspomnieć o Bogurodzicy. A tak, jest nawet Bogurodzica, śpiewana (pierwsza zwrotka) a capella przez polskich wojaków wyruszających na wojnę z Tatarami. 

       Większość libretta Statkowski, jak wspomniałam, wziął żywcem z poematu Malczewskiego, np. arie Miecznika, Marii, Wacława, pieśń Pacholęcia, piosenka śpiewana przez maski. Tylko tam, gdzie romantyczna konwencja powieści poetyckiej wymgała tajemnicy zamiast słów, kompozytor musiał stworzyć własny tekst. Wojewoda w utworze jest postacią milczącą, nie odzywa się ani słówkiem. W operze nie mógł milczeć, to oczywiste. Ale zaletą opery jest też muzyka pomiędzy ariami, np. charakterystyczny wstęp do aktu II, w którym słychać tętent konia. Bogactwo motywów rozwijanych w całej kompozycji zawiera już uwertura. Od samego początku muzyka wprowadza in medias res, wciąga i już napięcie nie spada, nawet w partiach lirycznych. Da się to wytrzymać, ponieważ w sumie jest to dzieło niespełna dwugodzinne.  No i naprawdę można tego słuchać jak czegoś, co się zna, co jest mimo wszystko swojskie, a przy tym nienużące, dynamiczne. Jak ktoś chce się dowartościować patriotycznie, a z Moniuszką mu nie po drodze (jak mnie), Chopin go drażni (znam takich), od Pendereckiego bolą go zęby, a Lutosławski to kosmos, spokojnie może dać się uwieść muzyce Statkowskiego. Oczywiście,  żartuję. Mimo wszystko uważam, że Maria powinna być w repertuarze każdej polskiej opery i dziwię się, że jeszcze nie jest. To naprawdę dobra muzyka,  zawierająca mnóstwo hitowych fragmentów. Ponieważ o moim stosunku do Moniuszki można powiedzieć, że podchodzę do niego jak pies do jeża, to Maria stała się moją ulubioną polską operą.

        W krakowskiej wersji koncertowej obsada częściwo pokrywała się ze znaną z nagrania Łukasza Borowicza. Tytułową bohaterkę kreowała Wioletta Chodowicz. Osobiście wciąż nie mogę się do niej przekonać, ale i tak o wiele bardziej podoba mi się jako Maria niż jako Halka. Chór Polskego Radia również brał udział w nagraniu i wystąpił w sobotę w Filharmonii Krakowskiej. Jako Wojewoda Krzysztof Szumański, Tomasz Kuk jako Wacław, Adam Kruszewski w partii Miecznika dobrze wywiązali się z zadania. Może Tomasz Kuk w wysokich rejestrach trochę przesadził, ale to krótko trwało. Monika Korybalska jako Pacholę była dla mnie bardziej czytelna niż Katarzyna Rzymska w nagraniu płytowym. Natomiast orkiestra, no, skoro już opisałam, jaki był dyrygent, to można się domyślać, jak brzmiała - głośno. Ósmy rząd okazał się tym razem za blisko. W głowie huczały mi nie tylko blachy (strasznie dużo ich było), ale miałam wrażenie, że jeździ w niej cały tramwaj kotłów, bębnów i orkiestra dęta. A od czasu do czasu odzywały się dzwoneczki.  Nie, nie, znowu wpadam w jakiś sarkazm. Ale dzwoneczki były naprawdę. Jak miał tramwaj nie jeździć, skoro się spało trzy godziny, jechało sześć i trzy razy pod rząd wysłuchało tej samej opery?! Aha, jeszcze koncert Psalmów Gomółki do słów Kochanowskiego był w międzyczasie, ale to już innym razem. Padam z nóg ...

      Maria Romana Statkowskiego to dzisiaj moja ulubiona polska opera.

 

Roman Statkowski, Maria - Uwertura

 

 

PS Z podsłuchanej podczas antraktu w kuluarach rozmowy dowiedziałam się, że dla niektórych największą atrakcją koncertu był, no nie wiem, kilkuzdaniowy, ale za to w podwójnej roli Szlachcica i Kozaka posłańca (tego, który tak pędzi w pierwszym zdaniu utworu i tytule tego wpisu) występ Andrzeja Lamperta, niegdysiejszego laureata Szansy na sukces, który od tamtej pory zdążył był ukończyć Wydział Wokalno-Aktorski Akademii Muzycznej w Krakowie i został tenorem.


       

       

      



komentarze (22) | dodaj komentarz

Co się mogło było stać

poniedziałek, 16 lipca 2012 12:54

 

 

Mogłabym zacząć tak (wersja pierwsza):

 

      Ta książka jest o mnie. Nie ma w niej, rzecz jasna, wiernie opisanego mojego życia,  zdarzeń i fragmentów autentycznej biografii, dialogów, które prowadziłam. Nie ma w niej osób, z mojej rzeczywistości, a jednak mogę powiedzieć, że jest to książka o mnie w takim sensie, w jakim twórca sztuki słowa potrafi opisać to, co się mogło było stać, w jakim Arystotelesowska idea mimesis służy przedstawieniu prawdy ogólnej poprzez naśladowanie szczegółowych zjawisk rządzących rzeczywistością. Nie ma bowiem różnicy gatunkowej między fascynacją kinem peruwiańskim, tudzież norweskim a podziwianiem Antonioniego czy między wędrówkami po Dolomitach a peregrynacjami z opery na operę i z koncertu na koncert. Chociaż w powieści też koncert był, i to jaki! Koncert krowich dzwonków w tychże Dolomitach.

       Z bohaterką powieści Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp łączy mnie wystarczająco wiele: rozpoczynanie dnia od sprawdzenia poczty, pisanie maili o bardzo dziwnych porach dnia i nocy, nieumiejętność radzenia sobie z upałami, permanentne lekceważenie opinii ogółu na temat własnej osoby i swojego postępowania, poszukiwanie wyzwań intelektualnych po prezentację ukrytych nieoficjalnych osobowości oraz perwersyjną łatwość, z jaką jestem w stanie zaprosić faceta do teatru, ponieważ wiem, że jak ja nie załatwię biletów, to nikt tego za mnie nie zrobi. Dodajmy, faceta piętnaście lat młodszego.

      Na psychodeliczny absynt co prawda się nie zdecydowałam (jeszcze?), ale tylko z powodu, że pożałowałam forsy na ten trunek artystycznej bohemy. No cóż, nieobca mi leciutka nuta dekadencji jak dotąd doskonale sobie radzi bez zielonego napoju Toulouse-Lautreka i demona Przybyszewskiego. Szczegół nieistotny, gdy czytając wciąż zadawałam sobie pytanie: kto siedzi w mojej głowie i pisze to wszystko?...

 

       A można też inaczej (wersja druga):

 

      Helena Rotwand Opętaniu, czyli zgubnych skutkach masażu stóp żongluje powieściowymi konwencjami, kulturowymi znakami i stylistycznymi kliszami, wciągając czytelnika w swoisty labirynt detektywistycznych dociekań.  Rzecz zaczyna się klasyczną inwersją czasową, notatką z procesu sugerującą jakoby mamy do czynienia z powieścią śledczą, której akcja będzie się rozgrywać  w sali sądowej. Tu i w kolejnych sądowych odcinkach pojawia się stylistyczna konwencja języka prawniczo-dziennikarskiego z typowymi zwrotami wzmagającymi gonienie za sensacją: zapowiada się sprawa bez precedensu, pikanterii sprawie dodaje fakt itp.

      Już następny fragment utworu gwałtownie cofa nas sześć miesięcy wstecz, do pierwszego kwietnia, co od razu pozwala na niejakie wzięcie całej fabuły w nawias primaaprilisowego żartu. Nie tylko proces ostatecznie okazuje się jedną z wielu konwencji literackich, wykorzystywanych przez dwoje głównych bohaterów jako swoisty kod porozumiewawczy.  Autorka bowiem wyposażyła ich w nieprzeciętną łatwość językową, pozwalającą na iście lawinową produkcję mailowej korespondencji (mimo współczesnej technologii mamy do czynienia z powieścią typu epistolograficznego), która raz po raz przeradza się w nowe formy: są tu notatki, kwestionariusze osobowościowe, dowcipne opowiadania w stylu science fiction jakby żywcem wzięte z Lemowskich Opowieści o pilocie Pirxie, groteskowe short story ataku plemników na żeńską gametę, czyli komórkę jajową, który z kolei przypomina fragment scenariusza ataku na Gwiazdę Śmierci z Gwiezdnych wojen czy równie stylistycznie parodystyczne opisy życia jaskiniowców przeniesione czy to z Walki o ogień, czy naśladujące Pamiętniki Adama i Ewy Marka Twaina.

      Żonglowanie aluzjami literackimi i filmowymi to dominująca cecha wielopiętrowej narracji powieściowej. Kontekstualność mailowej korespondencji zmusza do ciągłej gotowości pamięci, dzięki czemu razem z bohaterami możemy się bawić pseudonimami (Hrabia Dracula,  Alicja i Królik, Wanda, co nie chciała...,  Kapitan Nemo,  Eleonora, Jawnogrzesznica, Mistrz, Quasimodo i Esmeralda - to tylko niektóre z szeregu pierwowzorów literackich), aluzjami (np. filmy Masz wiadomość, Młody Frankenstein, Matrix itp.). Część z nich zostaje przez autorkę przywołana wprost, inne pozostają w sferze domysłów czytającego, zostaną rozpoznane, albo nie, w zależności od stopnia znajomości konwencji, rozmiaru oczytania. Osobiście miałam większe problemy z odczytywaniem aluzji filmowych, ponieważ moja znajomość kinematografii przywoływanej przez autorkę zdecydowanie nie dorównuje wachlarzowi zastosowanych skojarzeń.  Weźmy takiego Frankensteina, który  wraz z pomocnikiem Igorem umiejscawia się w kontekście filmu Młody Frankenstein, gdy tymczasem w mojej pamięci najpierw sytuuje się on w odniesieniu do pierwowzoru literackiego Mary Shelley. Podobnie nie jestem pewna czy wzmianka o prof. Higginsie została wprowadzona jako odniesienie do Pigmaliona George Bernarda Shawa czy raczej filmu My Fair Lady zrealizowanego na podstawie dramatu. Prawdopodobnie nie jest to aż takie ważne. Zastosowane gry konwencjami, aluzjami kulturowymi umacniają umowność całej sytuacji, potęgują fikcyjność zdarzeń. 

      Dodatkową zaletą powieści Heleny Rotwand jest lekki, dowcipny i reporterski i poetycki zarazem język, widoczny zwłaszcza w opowieściach wykraczających poza granice Warszawy. Można zakwalifikować je jako konwencję podróżniczą. Świetne opisy wędrówek po Dolomitach, Górach Świętokrzyskich, zdobywania Łysicy, wyjazdu na Mazury zawierają i plastyczne opisy, i celne obserwacje obyczajowe, a przy tym podszyte są dużą dozą humoru, jak np. Rano świata nie było, ukradli. Wszystko zasnuła gęsta mgła lub Pijani powietrzem, wysiłkiem i merlotem z Trentino padliśmy... albo Nie znam się na wołach, ktoś musi mi podpowiedzieć, jaka jego część jest najtwardsza zaraz po kopytach. No, to tę część nam podano.

      Czytać Opętanie można na wiele sposobów. Można śledzić losy bohaterów, zastanawiając się, na ile  możliwa jest perwersja że dwoje dorosłych ludzi może spędzić ze sobą dwa dni i dwie noce z dala od świata, w dodatku pijąc alkohol i wylegując się na kanapie…. bez pójścia na całość. Czytelnik spodziewający się owego pójścia na całość, zapewne będzie zawiedziony.

       Można też jak detektyw wczytywać się w meandry korespondencji bohaterów rozszyfrowując kody kulturowe, konwencje literackie i razem z nimi bawić się językiem, skojarzeniami, dowcipem.  Można też potraktować rzecz całą serio, jako przyczynek do refleksji o zjawisku socjologicznym portali randkowych, o psychologii relacji damsko-męskich, o kulturowej zmienności pojęć normalności i aberracji.

       Zamiast zakończenia historia zostaje przeniesiona w sferę absolutnej fikcji powieściowej, a może raczej odwrotnie: fikcja staje się rzeczywistością, gdyż bohaterka postanawia… wydać listy jako książkę pod tytułem Opętanie… Helena Radwańska staje się Heleną Rotwand piszącą powieść. Mistrzem  tego typu metod demistyfikacji był Teodor Parnicki, którego Zabij Kleopatrę to majstersztyk przekraczania granic czasowych, narracyjnych i fabularnych.  Po lekturze utworu Parnickiego pozostajemy z pytaniem, kto tak naprawdę napisał Zabij Kleopatrę, które de facto nigdy nie powstało. Po lekturze Opętania za Heleną Radwańską/Rotwand możemy zapytać: gdzie jesteś, Fryderyku? A odpowiedź?  Fryderyka nie ma. On nie istnieje. Nigdy nie istniał.  Różnica między historykiem a poetą polega raczej na tym, że jeden opowiada o tym, co się rzeczywiście stało a drugi, co się mogło było stać (Arystoteles). 

 

Helena Rotwand, Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia 2012

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Mozart, MOZART... i MOOOZAAART

poniedziałek, 09 lipca 2012 10:35

 

 

      Plany układa się  po to, żeby je zmieniać. Jedni uznają to za niekonsekwencję, brak systematyczności i niesłowność, inni docenią spontaniczność, elastyczność i kreatywność. Dla jednych szklanka jest w połowie pusta, dla innych do połowy pełna, a przecież to ta sama szklanka i ta sama woda, która w upalne lipcowe dni uratowała mi życie.

       Łyk pierwszy: Wolfgang Amadeus Mozart Requiem d-moll w Kościele Seminaryjnym 

      Jak ja dawno nie słyszałam całego Requiem!  Niby się zna, każdy wie, a jeszcze jak się oglądało Amadeusza Formana, to ten siedzący na łóżku ciężko chory Mozart, ostatkiem sił piszący, a kiedy już nie mógł własnoręcznie, dyktujący nuty Lacrimosa wciąż się ma przed oczami.

       Koncert w ramach XXII Festiwalu Mozartowskiego zagrała Orkiestra Warszawskiej Opery Kameralnej z solistami: Anną Wierzbicką (sopran), Dorotą  Lachowicz (alt), Leszkiem Świdzińskim (tenor), Robertem Gierlachem (bas) oraz Chórem WOK pod dyrygentem Tadeuszem Karolakiem.

      Odświeżające było to przypomnienie, po którym znowu się dziwiłam, dlaczego zawsze bisuje się Lacrimosa. Jest przejmujące, delikatne i wzruszające, ale pozostałe części dorównują mu pięknem. Nie wnikając w szczegóły nieukończenia dzieła przez samego Mozarta i uzupełnienia braków przez Sűssmayera, każda część zasługuje na odbiór pełen skupienia. Tak sobie słuchałam, siedząc bardzo blisko, bo w pierwszej ławce, i nie mogłam zdecydować, który fragment podoba mi się najbardziej. Spopularyzowane i bisowane, także w piątkowym koncercie Lacrimosa, przyćmiło popularnością Kyrie, Dies irae, Rex tremendae czy  Recordare całkiem niesłusznieW każdym razie się zasłuchałam potężnie, nie chciało się na koniec wychodzić.

       Publiczności, w części także zagranicznej, bo z tyłu słyszałam głośny francuski, też się podobało aż się poderwała do oklasków na stojąco. Stąd ten bis, tylko dlaczego nie inny?

 

 Mozart, Requiem - Kyrie eleison

 

Mozart, Requiem - Recordare

 

      Łyk drugi: Wolfgang Amadeus Mozart Idomeneo, re di Creta w WOK. Kiedyś przecież trzeba obejrzeć te wszystkie dzieła sceniczne Mozarta (czyli 24, w tym porzucone i niedokończone, jak L`oca del Cairo czy Lo poso deluso), a  całość ma w repertuarze właśnie Warszawska Opera Kameralna i przedstawia je podczas corocznego Festiwalu Mozartowskiego.

       Idomeneo, re di Creta to pierwsza w pełni dojrzała opera Mozarta wystawiona w Monachium 29 stycznia 1781 roku. Nie należy do kanonicznego zestawu pięciu największych oper kompozytora z Salzburga (Uprowadzenie z Seraju, Wesele Figara, Don Giovanni, Cosi fan tutte, Czarodziejski flet) dlatego jest rzadziej grana i mało rozpoznawana. Ponad rok temu słuchałam Idomeneusza w jakiejś transmisji radiowej, niestety, nie zapisałam szczegółów. Wówczas zwróciłam uwagę na tytułowego bohatera uciekającego przed synem Idamantem, którego obiecał złożyć w ofierze Neptunowi za ocalenie życia w morskiej nawałnicy. I wydawała mi się ta sytuacja taka dramatyczna. W realizacji Warszawskiej Opery Kameralnej nastąpiło pewne przesunięcie akcentów, które oddać można w słowach:

       Miłość i nienawiść kobiety oraz głupota mężczyzny…

    Miłość – to uczucie między Idamantem a Ilią, księżniczką trojańską będącą na wygnaniu na Krecie. Idamante (Sylwester Smulczyński) kocha Ilię, ona odwzajemnia uczucie, ale się do tego nie przyznaje. Dopiero w trzecim akcie decyduje się wyznać uczucia. Ostatecznie zaś potwierdzi je poświęcając siebie w zamian za życie ukochanego. Marta Boberska delikatnie i lirycznie rysowała rodzące się uczucie bohaterki, ale generalnie ta postać jest dość typowa. Tęskni na wygnaniu, co całkiem normalne, płacze w ukryciu, jak na dumną księżniczkę przystało, kocha potajemnie, bo tak nakazuje przyzwoitość, ujawnia prawdziwe uczucia i jest gotowa poświęcić się dla ukochanego dopiero w sytuacji ostatecznej.

    Nienawiść – druga kobieta – Elektra, wiadomo kto, córka Agamemnona. O, ma charakter i temperament. Też kocha Idamanta, niestety, bez wzajemności. Ale walczy i ma nadzieję. Magdalena Schabowska w partii Elektry przykuwała uwagę. Głos duży, w małej przestrzeni WOK sprawiał wrażenie potężnego,  o ciemnej fascynującej barwie. Z arii na arię coraz więcej w nim było dramatyzmu,  rosnących emocji. Kiedy okazuje się, że Idamante zostanie królem z Ilią u boku jako królową, Elektra szleje z wściekłości. Końcowe D`Oreste e d`Aiace ho in seno i tormenti zagłuszyło wszystkie skrupuły, a widownia nagrodziła arię największą owacją. Magdalena Schabowska po prostu zawładnęła sceną, teatrem, uczuciami.

     Głupota mężczyzny  - tym razem mądrość nie jest przymiotem władcy. W chwili strachu Idomeneo obiecuje Neptunowi złożyć ofiarę z pierwszej osoby, którą spotka po ocaleniu z nawałnicy. Pech (a może złośliwy chichot boga) sprawia, że tą osobą jest jego syn Idamantes. Idomeneo (Leszek Świdziński) najpierw nikomu nic nie mówi, tylko gryzie się w sobie całą sytuacją. Zwierza się najwierniejszemu słudze (Arbace), z którym w nardzie postanawia wysłać syna w daleką morską podróż w celu odwiezienia Elektry do Grecji. Bogowie antyczni może nie byli wszechmocni, ale prób oszustwa nie tolerowali, więc Neptun nasyła na Kretę potwora. Szlachetny książę Idamante go zabija, ale przecież Arcykapłan nie jest w ciemię bity i żąda wyjaśnienia gniewu morskiego boga.  Idomeneo nie ma wyjścia, wyjawia prawdę, ma złożyć w ofierze własnego syna. Przez swoją własną głupotę i lekkomyślną, bezsensowną obietnicę złożoną w chwili strachu. Nie mógł obiecać wołu na przykład?

        Szczęśliwe zakończenie… Neptun się chwieje i głos zaświatów oznajmia, że Idomeneo ma zrzec się tronu na rzecz syna. Uff! Nikt nie zginie. Miłość triumfuje – Idamante i Ilia szczęśliwie zostają małżonkami i władcami Krety. Tylko Elektrą… wstrząsają furie. Nie znalazałm satysfakcjonującego mnie nagrania arii, więc nie chcę sobie psuć wrażenia i wspomnień zamieszczajac cokolwiek.

        Obok solistów wspaniałą partię Mozart napisał dla chóru, który bierze udział w akcji. Z jednej strony jest to chór uwolnionych trojańskich jeńców (Godiam la pace), z drugiej zaś marynarze walczący z żywiołem (Pieta! Numi, pieta!)  oraz Kreteńczycy zrozpaczeni wiadomością, że ich książę ma zostać stracony w ofierze Neptunowi (O voto tremendo!). Słowem, wielkie wrażenie, na dodatek bardzo ciekawa instrumentacja, której nigdy nie przysłuchiwałam się tak dokładnie. A tu proszę, rogi, klarnety, kwartety z instrumentami dętymi (flet, obój, fagot i róg),  płynne przejścia z uwertury do pierwszej arii, następnie z recytatywów do arii,  między kolejnymi numerami, fantastyczne trio Pria di partir i jeszcze bardziej wstrząsający, niezwykły kwartet w akcie trzecim.

        W realizacji Warszawskiej Opery Kameralnej scenograficznie akcja zostaje umiejscowiona w czasy współczesne Mozartowi. Stroje bardzo charakterystyczne, piękne suknie, fraki, peruki, buty z klamerkami – akcesoria rozpoznawalne historycznej epoki. Natomiast deseń sukni, np. Elektry, z motywami w stylu greckiego malarstwa ceramicznego (jeźdźcy, konie, wojownicy), posąg Neptuna z olbrzymim trójzębem, aluzyjnie ewokowały skojarzenia antyczne. Opera, teatr w ogóle to sztuka umowności, nie jest dokumentem historycznym. Najważniejsze było dla mnie odkrycie strony muzycznej rzadko grywanego dzieła Mozarta,  ciekawej instrumentacji,  chwile zasłuchania się w muzykę.

 

Mozart, Idomeneo - Pieta! Numi, pieta!

 

       Łyk trzeci - po powrocie pierwszy odruch to włączenie radia i co słyszę? Wolfgang Amadeus Mozart: Msza C-dur KV 262 „Missa longa”, Litaniae de venerabili altaris sacramento KV 243  (Litania do Najświętszego Sakramentu) z 1776 r.  Na Mszę się spóźniłam, ale Litanię wysłuchałam w całości. Nie znałam tego. I znowu byłam pod wrażeniem. W ogóle, jak się okazuje, tak wielu jeszcze jego utworów nie znam. Jeśli upały potrwają dłużej,  będzie czas poszerzyć wiedzę i posłuchać.


        Mozart orzeźwiającym łykiem na upalne lato? Czemu nie?

 

Mozart - Pignus futurae glorie

 (świetne!)

 

W. A. Mozart, RequiemKościół Seminaryjny, 6 lipca 2012, g. 20:00

Warszawska Opera Kameralna

Ana Wierzbicka - sopran

Dorota Lachowicz - alt

Leszek Świdziński - tenor

Robert Gierlach - bas

dyr. Tadeusz Karolak

 

W. A. Mozart, Idomeneo, re di Creta

Warszawska Opera Kameralna, 7 lipca 2012, godz. 19:00

Idomeneo - Leszek Świdziński

Idamante - Sylwester Smulczyński

Ilia - Marta Boberska

Elektra - Magdalena Schabowska

Arbace - Krzysztof machowski

Arcykapłan - Zdzisław Kordyjalik

Głos - Andrzej Klimczak

Zespół Solistów Warszawskiej Opery kameralnej

Warszawska Sinfonietta

dyr. Kai Bumann

 

W. A. Mozart: Msza C-dur KV 262 „Missa longa”, Litaniae de venerabili altaris sacramento KV 243

Transmisja ze Stainz Dwójka PR 8 lipca 2012, godz. 20.30    

Festiwal Styriarte 2012
Koncert Chóru Arnolda Schönberga i Concentus Musicus Wien pod dyrekcją Nikolausa Harnoncourta,

soliści:

Sylvia Schwartz – sopran,

Elisabeth von Magnus – mezzosopran,

Jeremy Ovenden – tenor,

Florian Boesch – bas

 




komentarze (26) | dodaj komentarz

Przebudzenie...

niedziela, 01 lipca 2012 22:33

 

      Nie mam problemów ze snem, potrafię spać wszędzie, co w przypadku podróżowania gdziekolwiek jest zbawienne. Znam ludzi, którzy potrafią zasnąć tylko u siebie w domu i to "na swoim tapczaniku".  Nigdy tego nie rozumiałam, bo spałam w hotelach, w namiocie,  pod gołym niebem, w gościnie, no i w autobusie, samochodzie czy pociągu. A raz, dawno temu, udało mi się zasnąć... na stojąco na łące! 

     Jak wiem, że mam spać, to  śpię, Z drugiej strony nie mam też problemów ze wstawaniem. Budzik nastawiam pro forma, z reguły budzę się i tak zanim zadzwoni. Dotyczy to także tak niezwykłych okoliczności jak zbiórka o drugiej, trzeciej czy czwartej w nocy przed dalekim wyjazdem. No więc problemów nie mam (chyba że akurat choruję na lenia, ale to zupełnie inny problem).

      Potrafię się też obudzić ot, tak, w środku nocy, bez budzika, bez nastawionej w głowie godziny na poranne wstawanie, bez konieczności i przymusu. Budzikiem jest... muzyka, a właściwie coś, co dzieje się w mojej głowie, kiedy jej słucham. Sama nie wiem, jak to się dzieje, ale kiedy mam nastawione radio i pojawia się MOJA ulubiona muzyka, jakiś szczególnie ulubiony utwór lub wykonawca - budzę się momentalnie, no, powiedzmy, po trzech taktach. To jeszcze da się wytłumaczyć: przecież ZNAM dzieło, nazwisko jest zapisane w pamięci,  tkwi głęboko w podświadomości i domaga się wysłuchania, gdy akurat rozbrzmiewa. To takie cudowne przebudzenia. 

      A co powiedzieć, gdy nie znam ani utworu, ani wykonawcy, a nagle budzę się i... jestem zachwycona. Potrafię się zasłuchac przez sen? I to tak bardzo, że sam ten fakt mnie przwraca do rzeczywistości? Czy muzyczny odbiór może być tak intensywny? Widać może, bo doświadczyłam go nieraz. Tak było wczoraj. Po prostu obudziłam się, słysząc piękny głos i cudowne piosenki.

      Zespół nazywa się Madredeus,  pochodzi z Portugalii.  Obudziłam się, wysłuchałam do końca, po powrocie siadłam do komputera i znalazłam to, czego słuchałam. No i czeka mnie kolejny wydatek.  A jest ku temu moment szczególny 25-lecia istnienia  zespołu, który z tej okazji wydał płytę Essencia.

 


 

Madredeus - O Sonho

 

Madredeus - Estrada da Montanha

 

Madredeus - Ao Longe O Mar


No i  czy nie warto się było obudzić? 




Tagi: Madredeus

komentarze (28) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 057  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378057

Lubię to