Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 396 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Polska muzyka klasy światowej, czyli Wojciech Kilar

piątek, 22 lipca 2011 19:44

 

 

 

      17 lipca urodziny obchodził Wojciech Kilar. Nie będę tu pisać, kto zacz i jaki ma dorobek. W dobie internetu takie wiadomości są powszechnie dostępne. Mam ulubione kawałki wśród jego kompozycji, ale nawet trudno by mi było wymienić, bo gdy zaczęłam... okazało się, że wszystko mi się podoba i to bardzo.  Nie umiem wyjaśnić, dlaczego jego muzyka wywołuje we mnie taki pozytywny rezonans. I nie ma znaczenia, czy jest to utwór symfoniczny czy też jakiś kawałek filmowy. A`propos filmów,  zapytano kiedyś kompozytora, czemu uparcie mieszka w tych prowincjonalnych polskich Katowicach, skoro mógłby zamieszkać gdziekolwiek na świecie, gdzie reżyserzy bez trudu mogliby go znajdować, zamawiając u niego muzykę do swoich filmów. A on na to: "Jak zechcą mojej muzyki,  to niech mnie szukają w Katowicach". Komponował do ponad 130 filmów, w tym Andrzeja Wajdy, Romana Polańskiego, Francisa Forda Coppoli czy Jane Champion. 

      Od dawna jestem pod wrażeniem Orawy czy Krzesanego, ale dzieła te sam kompozytor uznaje również za najlepsze w swoim dorobku. Z okazji niedawnych urodzin Dwójka przypomniała utwór z 1981 roku - Exodus. No i odleciałam... Porwało mnie...  Zasłuchałam się i czas się dla mnie zatrzymał. 

 

Kilar - Exodus - wersja skrócona, koncertowa

Dla niecierpliwych - tylko 10 minut, ale za to jakich! A to mój "spis treści":

1 minuta 23 s - nieruchomieję i wstrzymuję oddech;

3, 32 - wzruszenie;

4, 25 - napięcie rośnie;

5, 43 - koniec??...

5,45 - ... ależ nie!! wchodzą wiolonczele i kontrabasy;

7,48 - smyczki full!!! Rosną! Rosną! Rosną!

8.53 - Potęga!

9,40-41 - ... i co dalej???... tu się urywa. kto chce wiedzieć, jak się kończy, link poniżej z pełną wersją.


Wojciech Kilar - Exodus - pełna wersja

 

Końcówka - 21 minut 30 sekund - Hosanna - no ryczę, po prostu ryczę jak bóbr...

 

      Ja się nie nadaję do słuchania muzyki. Za bardzo się wzruszam. Kiedy słucham, świat może nie istnieć. Podobnie jest z książkami: kiedy czytam, nic innego nie istnieje. Rodzina zawsze miała ze mną problem. Dlatego mieszkam sama ;-) Jak się palą bułeczki w piekarniku, jak się coś przypala i wygotowuje, albo na odwrót - coś stygnie, a nie powinno, gdy żelazko nie wyłączone, gdy nie słyszę stukania do drzwi, gdy woda zalewa łazienkę z pralki... to tylko ja ponoszę później konsekwencje. 

 

      23 lipca

       Co robi normalny czlowiek, gdy wyjeżdża o piątej rano? Idzie wcześnie spać. A co ja robię? Słucham muzyki. Właśnie zdałam sobie sprawę, że skoro za niecałe pięć godzin wyjeżdżam, to ten utwór o znamiennym przecież tytule - Exodus - świetnie się nadaje, aby spędzić przy nim resztę nocy. Na szczęście będę jutro - ach, to już dzisiaj! -  nieświadomą upływającej drogi pasażerką, więc może nieco odeśpię. A jakby co, to biorę termos z kawą. Co ja robię? Przecież nie mam już dwudziestu lat! A co tam! Fra le procelle del mar turbato...

 

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Pieśń o Bogu ukrytym

sobota, 16 lipca 2011 0:50

 

 

      Jan Dismas Zelenka (1679 -1745) był czeskim kompozytorem późnego baroku. Za życia był ceniony, jego twórczość jednak na wiele lat została niesłusznie zapomniana. Chociaż przez większość życia mieszkał i komponował w Dreźnie (pełniąc porównywalne stanowisko jak Johann Sebastian Bach w Lipsku, tylko że Bach  dbał o oprawę muzyczną świąt i nabożeństw prostestanckich, a Zelenka katolickich), odkryli go sami Czesi, próbując upowszechnić i spopularyzować jego muzykę. A przecież ze względu na specyfikę swojego talentu był porównywany z największymi i nazywano go już to "katolickiem Bachem" (ze względu na dzieła religijne), albo "czeskim Vivaldim" (ze względu na wirtuozerię skrzypcową). Komponował msze, psalmy, oratoria... w sumie około 150 dzieł. Są wśród nich utwory zaskakujące, trudne, niezwykłe. Na pewno jest to kompozytor warty poznania. Barok, jak się okazuje, jest w ogóle epoką, której muzycznej głębi do dziś chyba całkowicie nie spenetrowano, nie odpoznano. Wciąż jest wiele do odkrycia i przywrócenia zbiorowej pamięci, włączenia w nurt żywej kultury.

      Ave Deus recondite jest dla mnie hymnem na cześć Boga ukrytego, ukrywającego się przed ludzkim poznaniem; Boga nigdy do końca całkowicie niepoznanego i niepoznawalnego. Wpisując hasło "pieśń o Bogu ukrytym" otrzymamy ponad trzydzieści tysięcy stron na temat poematu Karola Wojtyły o tym tytule i o tym, co z tym poematem zrobiono: wersje recytowane, śpiewane, deklamowane, instrumentalizowane, przerobione na religijne piosenki. A przecież to poemat niezwykle trudny, głęboki teologicznie, wymagający od odbiorcy wielkiego skupienia. Ale jak to zwykle bywa, to, co zostaje wchłonięte przez tak zwaną masową kulturę, automatycznie zostaje spłycone, uładzone, spłaszczone. Pojęcie Boga ukrytego nie jest pomysłem Karola Wojtyły. Czy poza niewątpliwą osnową teologiczną można przypuszczać, że Wojtyła znał także utwór Zelenki? Chciałabym myśleć, że tak.

      Wspaniały i majestatyczny, niezykle uduchowiony i zarazem anielsko łagodny hymn czeskiego kompozytora urzekł mnie z jednej strony prostotą (ale czyż wobec  Boskiej Tajemnicy cokolwiek może być równie skomplikowane?), a z drugiej przepięknym wykonaniem. To było rzeczywiście moje przypadkowe odkrycie ;-(0:-):-]

 

Ave Deus recondite (Jan Dismas Zelenka) - Philippe Jaroussky

- moje szczególnie ulubione kawałki to moment, kiedy Jaroussky wchodzi na początku  oraz piąta minuta 33 sekundy do pięć czterdzieści pięć: cudowne współbrzmienie głosu z instrumentem. 

 




komentarze (17) | dodaj komentarz

W szczelinie rzeczywistości

piątek, 15 lipca 2011 17:55

 

 

 

        Czy pisarz musi pisać tylko o tym, co gnębi przeciętnego homo sapiens? Czy pisarz współczesny musi, opisując świat współczesny, sięgać po język, którym posługuje się masowy użytkownik, czyli ten najmniej na piękno języka wrażliwy? Czy literatura musi być tak samo brudna, szara, trywialna, dosadna, twarda, tępa, śmierdząca, "mięsożerna", wulgarna, bebechowata, psychopatyczna, zidiociała... jak poszczególne przypadki ludzkich osobników i ich codziennej egzystencji? Czy jeśli współczesny człowiek w takim wydaniu zdemokratyzowanej normy (norma demokratyczna to zawsze równanie w dół, a nie w górę) nie myśli o niczym innym, tylko o forsie, karierze i seksie, to literatura automatycznie musi być taka sama? Czy jeśli każdy dzień zaczyna się od wiadomości o tym, kto kogo zamordował (o ile wiadomo, kto i kogo),  gdzie kto i dlaczego zginął (o ile wiadomo, dlaczego), kto kogo i za ile podsłuchiwał, na czyje zlecenie,  kto z kim spędził noc i kogo zdradził (o ile wiadomo kto i z kim), kto komu podłożył świnię, kto kogo okradł, zgwałcił, kto na kogo doniósł... to czy literatura musi automatycznie powtarzać te historie, bo samo czytanie newsów nam nie wystarcza? Czy jeśli mass media potrafią z dewianta i wielokrotnego mordercy zrobić bohatera, przysparzając mu popularności i dochodu, to pisarze, żeby również być na topie i wydawać tak zwane bestsellery, muszą zrobić to samo?

      Zawsze uważałam, że na wszystkie te pytania jest jedna odpowiedź: nie. I wiem, że jest to odpowiedź idąca na przekór temu, co dzisiaj jest terendy w ogóle w sztuce, nie tylko w literaturze, bo także w filmie, teatrze, muzyce tzw. popularnej. Najczęściej jako argument pada: bo takie jest życie, a sztuka ma dotykać życia, ma je pokazywać,  opisywać, interpretować. Nie zgadzam się! Od opisywania i intepretowania psychopatów jest kryminalistyka i psychiatria, od opisywania i naprawiania patologii społecznej jest socjologia, psychologia i prawo i tak dalej. Sztuka musi wykraczać poza to, co zwykliśmy nazywać codziennością, materialistycznym ograniczeniem do napełniania brzucha i dorabiania się. To, owszem, jest częścią naszego życia, ale do tego sztuka nie jest wcale potrzebna, no bo po co?

     Mojej intuicji i organicznemu sprzeciwowi, jaki zawsze odczuwam, gdy czytam teksty (prozatorskie czy poetyckie), które dotykają tak zwanej rzeczywistości a poza tym nic z nich nie wynika, przychodzi w sukurs Roberto Calasso w najnowszej książce Literatura i bogowie, której obszerną recenzję Dariusza Czai wraz z refleksją o całej twórczości włoskiego pisarza zamieszcza Tygodnik Powszechny w dodatku Conrad 02. Przede wszystkim Calasso - pisze Dariusz Czaja - umieszcza literaturę (mit, opowieść, poezję, narrację) w przestrzeni "długiego trwania", może też i dlatego tak mocno podkreśla ścisłe powiązanie literatury ze sferą egzystencjalną i - aż strach powiedzieć - duchową.

      W dzisiejszym świecie wszystko jest tymczasowe, krótkotrwałe, a jeśli się czyta, to też szybko, pobieżnie i po łepkach; im krótsze newsy, tym lepiej, bo współczesny czytelnik się nudzi, dłuższego tekstu po prostu nie zrozumie. Im krótsze migawki z kataklizmów i sensacji, tym lepiej, bo widz przełącza kanały, na jednej wiadomości może się skupić zaledwie dwie sekundy. Calasso proponuje natomiast coś, co znajduje się w całkowitej sprzeczności ze współczesnymi trendami. Dlatego też Czaja pisze o nim, że literalnie rzecz biorąc, jest eks-centryczny, bo z  całą pewnością znajduje się  p o z a  humanistycznym centrum (czyli tym, co się właśne nosi).  Przyczyną owej ekscentryczności jest wyrażone wprost przekonanie o metafizycznej esencji literatury. A w tym jednowymiarowym, zredukowanym świecie, w jakim żyjemy (o pleniących się dewocyjnych ateizmach nie mówiąc), taka deklaracja musi zabrzmieć jak gruby nietakt. (...) literatura odsłania rzeczywistość inną niż ta, której wszyscy doświadczają zmysłami. Że za szczelinami  t e j  rzeczywistości (...) istnieje bliżej nieokreślona, ale nie mniej przez to realna  i n n a  rzeczywistość.

       O czym więc jest Literatura i bogowie? Ściśle rzecz biorąc to osiem wykładów, które Calasso wygłosił w Oxfordzie w 2000 roku. Ale są to wykłady akademickie tylko z pozoru, a ich tematyka mówi o tym, jak w wybitnych dziełach zachodniego świata odciskały się błyski niewidzialnego. Do wyjaśnienia tej kwestii Calasso posługuje sie terminem literatury absolutnej, której definicja brzmi następująco: Jest to  l i t e r a t u r a, ponieważ chodzi w niej o taki rodzaj wiedzy, która ma przekonanie i do tego dąży, aby nie być dostępną w żaden inny sposób, jak tylko za pośrednictwem utworu literackiego - jest  a b s o l u t n a, ponieważ jest wiedzą, która przypomina poszukiwanie absolutu i dlatego nie może dotyczyć niczego częściowego, tylko musi ogarniać wszystko; a jednocześnie jest  ab-solutum, czymś uwolnionym od wszystkich nakazów posłuszeństwa i od więzów przynależności, od jakiegokolwiek funkcjonowania na rzecz grupy społecznej. Jak rozumiem więc, Calasso nadaje literaturze wartość poznawczą, taką, której nie można zdobyć w żaden inny sposób (posługując się analizą psychologiczną, socjologiczną, opisem statystycznym, prawniczym ani językiem naukowym). Jest to funkcja poznawcza, która docieka, szuka odpowiedzi na pytanie: co TAM jest? Poza nami? Poza światem? Poza codziennością? Tam, po drugiej stronie lustra. Podstawowe pytanie egzystencjalne to nie jest kwestia za co przeżyję następny tydzień i gdzie zarobię więcej (to raczej kwestia społeczna), lecz  p o  c o  w  o g ó l e  ży j ę. Jeśli literatura nie będzie poszukiwać odpowiedzi na to pytanie, to czym się stanie? ... Przypuszczam, że jeszcze jednym dwusekundowym newsem tylko.

       A co mają do tego bogowie, biorąc pod uwagę dzisiejszy zlaicyzowany świat, a przynajmniej ten oficjalny wymiar świata, w którym mówienie o duchowym wymiarze egzystencji, o religii w sensie jej osobistego przeżywania, o wierze zostało zrównane z pojęciem obskurantyzmu. Co szczególnie godne podkreślenia: Calasso ujmuje bogów jako zjawiska mentalne, ale przeciwnie do współczesnych przesądów uznaje, że to siły psychiczne są cząstką bogów, a nie bogowie cząstką sił psychicznych. 

      Szukając jakiegoś akcentu muzycznego do tego wpisu, sięgnęłam po Ombra mai fu Haendla, jedną z najbardziej znanych jego arii w wykonaniu Andreasa Scholla, który wprost i wielokrotnie przyznaje, że jego głos jest darem  Boga, a on tylko go używa, przekazując ten dar innym w formie śpiewu.

 

 

Ombra mai fu, Haendel - Andreas  Scholl (klip fotograficzny)

 

Ombra mai fu 2 - Andreas  Scholl (nagranie z występu)

 

Ombra mai fu 
di vegetabile, 
cara ed amabile, 
soave più

_________________________

Nigdy nie było cienia

żadnej rośliny,

droższego i piękniejszego

ani bardziej słodkiego

 

Jest to tylko fragment całej arii, ostatni i śpiewany da capo przez wykonawców. Bohater (Kserkses, władca Persji) sławi platan - drzewo, życząc mu, aby omijały go burze, nie naruszając jego spokoju.

 




komentarze (10) | dodaj komentarz

Polonica

piątek, 15 lipca 2011 10:36

 

 

Sposa non mi conosci - Philippe Jaroussky

Niech śpiewa, a ja będę pisać...

 

 

      Stara i nowa muzyka polska, około Polski, dla Polaków... Tu i tam można natknąć się na przedziwne powiązania. Arcyciekawe.


     Francesca Caccini (1578 -1640) być może nawet jako piewsza kobieta skomponowała operę Uwolnienie Ruggiera z wyspy Alcyny, wystawioną 4 lutego 1625 roku. (Ach, Ruggiero, wdzięczna postać w wielu operach) Ciekawe są okoliczności powstania utworu. Otóż opera została zadedykowana polskiemu królewiczowi Władysławowi Wazie, późniejszemu królowi Władysławowi IV, który w tym czasie przebywał we Florencji na dworze Medyceuszy. Dzieło bardzo mu się spodobało, czego efektem było późniejsze wprowadzenie opery na polski dwór królewski ( zdaje się gdzieś koło 1628 r.)

 

      Jedyną jak dotąd polską operą wystawioną w Metropolitan Opera  (14 lutego 1902 r.) w Nowym Jorku jest Manru Igancego Jana Paderewskiego.  Libretto osnute zostało na wątkach z opowiadania Józefa Ignacego Kraszewskiego "Chata za wsią".

 

      III Symfonia D-dur Piotra Czajkowskiego, zwana Polską ze względu na  finał w rytmie poloneza, prezentowana była 15 maja w Barbican w Londynie. Dyrygował Walery Giergiew, dyrektor Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu.

 

     Pietro De Maria - włoski pianista ma w swoim repertuarze całego Chopina (!), który, jak łatwo się domyślić, jest jego ulubionym kompozytorem. Niedawno, 13 lipca, podczas recitalu w Ernen w Szwajcarii artysta zaprezentował Poloneza fis-moll op. 44, Berceuse Des-dur op. 57, Barkarolę Fis-dur op. 60, Poloneza As-dur op. 53.




komentarze (2) | dodaj komentarz

Miało nie być... komentarza...

środa, 06 lipca 2011 16:50

 

 

 

Sposa, non mi conosci....
Madre... tu non m'ascolti !
Cieli, che feci mai!
E pur sono il tuo cor...
Il tuo figlio... Il tuo amor...
La tua speranza!

Parla... ma sei infedel!
Credi... ma sei crudel!
Morir mi lascerai.. mi lascerai morir...
o Dio, manca il valor e la costanza.


Sposa non mi conosci (Giacomelli) - Jaroussky


Recital w Wersalu. Mało znana opera Merope (nawet Kamiński w swoim potężnym kompendium Tysiąca i jednej opery o niej nie pisze). A aria Epitide wspaniała. Nawet gdy nie zna się słów, przeżycie jest mocne. Czyja to zasługa? Kompozytora? Librecisty? Wykonawcy? Skąd ta siła oddziaływania? Niezwykły kontrast między przepięknym wnętrzem z tysiącem żyrandolowych kryształów, luksusem i królewską estetyką a tragizmem pieśni. Przejmujące. Wspaniałe. Nic więcej powiedzieć się nie da, poza wysłuchaniem... Jeszcze raz... i jeszcze raz...

 

     8 lipca     

      Siedzę nad tą arią, przed nią, z nią i z... kawą już trzeci dzień.

      Nad nią to znaczy nad różnymi wersjami tekstu. W tym roku minie (w grudniu) dokładnie 300 rocznica premiery Merope, ale z muzyką Francesco Gaspariniego i sam tekst arii różni się od tego, co śpiewa Jaroussky: jest krótsza o jeden wers. Jaroussky śpiewa wesję rozbudowaną i na pewno z korzyścią dla wymowy tekstu, dla jego dramatyzmu - chodzi o wers la tua speranza. Pozostałe różnice dotyczą raczej zmiany w pisowni języka włoskiego.

      Nie wiem, jak śpiewał podobno tę arię Farinelli (w jeszcze innej wersji opery skomponowanej przez jego brata Riccardo Broschi - pożyczanie muzyki i arii przez twórców czasu baroku było nagminne, prawo autorskie to wymysł współczesności), ale trzeba  było czekać prawie 300 lat na to właśnie wykonanie. I jakoś wcale nie ciągnie mnie do słuchania innego.

     A tę tutaj muzykę skomponował Geminiano Giacomelli (Jacomelli).

     Przed nią to znaczy przed monitorem, słuchając rano i wieczorem...

     Z nią to znaczy chodzę cały dzień mając w uszach tę muzykę i ten śpiew. 

     Z kawą... wiadomo! 

A miało nie być komentarza...

 

     10 lipca

 

     Przeczytałam gdzieś o dwóch teoriach śpiewu: według jednej, polegającej na swobodnej ekspresji słownej, kiedy śpiewak koncentruje się wyłącznie na tekście i w zasadzie w ogóle nie powinien myśleć, zastanawiać się nad muzyką, i drugiej, zwanej akademicką, która jest przeciwieństwem pierwszej, czyli najważniejszy jest tekst. Jak w tym kontekście określić śpiew Jaroussky`ego? Biorąc pod uwagę, że najpierw uczył się gry na skrzypcach i miał być po prostu muzykiem, zapewne o muzyce myśli. Zresztą, wśród wielu jego wypowiedzi na temat początków zaintrersowania się śpiewem jest i taka, w której snuje analogie pomiędzy ludzkim głosem a dźwiękiem skrzypiec. Chciałby swoim głosem naśladować po prostu skrzypce.  No cóż, sądzę, że czasami śpiewanie wychodzi mu znacznie lepiej niż tylko naśladowanie skrzypiec czy fletu, ale... jak to jest? Więcej koncentruje się na muzyce czy na tekście? Sama ekspresja słowna, jak to ktoś okreslił, byłaby dla mnie li tylko aktorskim popisem. Dopiero w połączeniu z muzyką powstaje coś innego, nowego, co działa też inaczej na słuchacza. Z doświadczenia wiem, że nawet mierny tekst właściwie podany, właściwie zinterpretowany, nabiera większej wymowy artystycznej. A w przypadku arii, gdy właściwie muzyka jest ważniejsza, ten efekt jest jeszcze bardziej widoczny. 

      Sądzę, że Jaroussky cały czas myśli jednak o muzyce. Początek tej arii coraz bardziej mnie w tym utwierdza. Tekst tekstem, ale la tua speranza po pierwszej zwrotce to muzyczna perełka. Trzeba myśleć, JAK to zaśpiewać, a nie tylko co. Podobnie w powtórzeniu całej pierwszej zwrotki, gdy za każdym razem snuje się inna fraza muzyczna. Wsłuchuję się też w  sposób, jak Jarosussky róznicuje raz za razem powtórzony wers cieli, che feci mai.  Oczywiście nie tylko ten moment jest tutaj istotny.  Interesująca jest całość, której swoistą interpretację można ocenić, mając porównanie z innymi wykonaniami. Na przykład w przeciwieństwie do Cecilii Bartoli Jaroussky śpiewa ciszej, na pozór spokojniej, co jednak nie oznacza mniejszego dramatyzmu.  Bartoli według mnie przerysowuje. W tym właśnie ujawnia się owo myślenie o muzce.  Jaroussky nie śpiewa tutaj na maksymalnych możliwościach swojego głosu. Zresztą, jak stwierdził pewien krytyk, jak na razie w ogóle nie widać, żeby Jaroussky kiedykolwiek zbliżył  się do granic swoich możliwości głosowych i tak naprawdę jeszcze nie wiadomo, na co go ostatecznie stać.  Świadczy to o doskonałym wyczuciu repertuaru oraz o wielkiej artystycznej samoświadomości. Właściwie nigdy nie przerysowuje, nie nadużywa niewątpliwej techniki, jaką dysponuje. Jeśli miałabym oceniać w kontekście tych dwóch wspomnianych teorii jak rozumiem jego śpiewanie, to dla mnie Jaroussky jest śpiewakiem, który myśli jak muzyk. Głos jest instrumentem, na którym można zagrać.  On gra.  I to jak.  A przy tym rozumie, co śpiewa.

 

      15 lipca

 

     Dziesięć dni z arią. Wciąż tą samą... Kawa się skończyła... i jeszcze nie jadłam śniadania... 

 

 




komentarze (19) | dodaj komentarz

piątek, 24 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  409 405  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 409405

Lubię to