Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Słodka harmonia

poniedziałek, 27 czerwca 2011 23:36

 

 

 

      Od tego utworu wszystko się zaczęło: zachwyt, fascynacja, wzruszenie, miłość i... determinacja, że pojadę na jego koncert gdziekolwiek będzie - słowem Andreas Scholl. 


How sweet the moonlight sleeps upon this bank!

Here we will sit, and let the sounds of music

Creep in our ears: soft stillness and the night

Become the touches of sweet harmony.

________________________________________

 

Jak słodko
Na tym pagórku śpi światło księżyca!
Siądźmy tu sobie i niech dźwięk muzyki
Wypełni nasze uszy: miękka cisza i noc
Obejmują się w słodkiej harmonii.

(Spoetyzowane tłumaczenie na podstawie Józefa Paszkowskiego)

 

 

 

      Słowa - William Shakespeare z utworu The merchant of Venice (Kupiec  wenecki  - wypowiada je Lorenco do ukochanej Jessyki).

     Muzyka - Jocelyn Pook

     Aranżacja - Harvey Brough

     Instrumentaliści: harfa  - Siobhan Armstrong; teorban - Elizabeth Kenny; psalterion - Harvey Brough

     Śpiew - Andreas Scholl z towarzyszeniem Baroque String Quartet


 

  Utwór znajduje się na składance z największymi przebojami Scholla z 2006 r. Cały The Merchant of Venice zaś wydany został w roku 2004.  Kiedy po raz pierwszy usłyszałam wznoszące się sweet harmony, dałam się unieść jego głosowi bez zastanowienia.  A określenie sweet harmony traktuję i używam jako najlepsze określenie fenomenu głosu właśnie Andreasa Scholla. Nikt nie śpiewa tak słodko (przypomnę tutaj choćby Habanerę); nikt nie śpiewa w takiej harmonii z muzyką i orkiestrą (niezwykła harmonia odczuwania i fantastyczna współpraca np. z Accademia Bizantina).                I jeszcze jedno, rzadko kiedy artysta tak doskonale wyczuwa nastroje publiczności, a po wyczerpującym koncercie ma taką cierpliwość do fanów, łowców autografów, zadawnych wciąż tych samych pytań... Scholl jest nie tylko wspaniałym śpiewakiem; jest też niezwykłym człowiekiem. No i bardzo przystojnym mężczyzną ;-)

       

Sweet harmony (The merchant of Venice) - Andreas Scholl

 

 




komentarze (17) | dodaj komentarz

W tym szaleństwie jest metoda?...

poniedziałek, 27 czerwca 2011 14:33

 

Wacław Niżyński

 

      Czytam Dziennik Wacława Niżyńskiego. Przeczytałam Zeszyt 1. W sumie w ciągu sześciu tygodni zapisał trzy zeszyty, pisał całymi dniami, aż do bólu ręki, o czym zresztą nieraz wspomina. Pisał, bo musiał. Jest Dziennik zapisem postępującej choroby,  z dnia na dzień, ze zdania na zdanie Niżyński zagłębiał się w siebie. Schizofrenia mąciła umysł, chwiała równowagą ducha, a kolejne strony są tego niemal rentgenowskim prześwietleniem. Oto czytając patrzymy jak ludzki umysł popada w obłęd, niemal na równi uczestniczymy w tym dramatycznym procesie. Prawie słychać krzyk, jaki rozlega się gdzieś pod czaszką zmąconej świadomości.

      Kiedy  19 stycznia 1919 roku Wacław Niżyński rozpoczął pierwszy zeszyt, używa zaimka "ja": Chcę grać, ale zostało mi mało czasu. Albo: Jestem uczuciem w ciele, a nie umysłem w ciele. Jestem ciałem. jestem uczuciem. Jestem bogiem w ciele i uczuciu.  Z czasem poczucie własnego "ja" niezmiernie się rozrasta, rozszczepia na wiele osobowości aż zaczyna występować w drugiej osobie: Wiem, że cię boli. Żona cierpi z twego pwodu. (...) Niech myślą, że jesteś egoistą. Niech cię wsadzą do więzienia. A zaraz potem zaczyna się, toczy się wewnętrzny dialog: Chcę, żeby cię rzuciła. Chcę, żebyś był mój. Nie chcę, byś kochał ją miłością uczucia. (...) Chce cię oskarżać, gdyż on sądzi, że twoja żona jest nerwową kobietą. I dalej: Czuje, że masz rację, czuje, że Romola (żona Niżyńskiego - przyp. mój) ma rację. Myśli i dlatego trudno mu zrozumieć.  (...) Boję się o ciebie, gdyż się boisz. Znam twoje zwyczaje. Kochasz mnie bezgranicznie, gdyż podporządkowujesz się moim pooleceniom. Ja wiem, co myślę. Ty wiesz, co myślisz. Będziemy wiedzieć, co myślimy. Będę robił wszystko, by cię zrozumieć. (...) Jestem Bogiem w tobie.

      Nad aspektem psychologicznym dziennika pochylić się może psychiatra. Ja tego nie potrafię i kolejne strony wydają się coraz bardziej przerażające. A jednak w pozornym bełkocie zmąconego umysłu zdarzają się zdania, uwagi, refleksje warte zastanowienia. Przede wszystkim Niżyński wielokrotnie, do znudzenia powtarza, że jest uczuciem, że kieruje nim uczucie, że taniec jest uczuciem i uczucie wyraża. O swoim ostatnim występie w hotelu Suvretta w Sankt Moritz napisał:  Publiczność przyszła się bawić. Sądziła, że tańczę dla uciechy. Ja tańczyłem rzeczy straszne. Bali się mnie i dlatego myśleli, że chcę ich zabić. Nie chciałem nikogo zabijać. Kochałem ich wszystkich, ale mnie nikt nie kochał (...)

      I może dlatego pisanie wydawało mu się ostatnią deską ratunku, ostatnią szansą na porozumienie i zrozumienie go przez innych? Chcę napisać tę książkę, gdyż chcę wyjaśnić, czym jest uczucie. Wszyscy ludzie czują, ale nie pojmują swych uczuć. (...)  Wiem, że wszyscy będą myśleć, że wszystko, co piszę, to wymysł, ale powinienem powiedzieć, że wszystko, co piszę, jest najszczerszą prawdą, gdyż wszystko to przeżyłem w praktyce. (...) Będę pisać dopóty, dopóki nie zdrętwieje mi ręka. Nie jestem zmęczony... Co prawda, skrzętnie chował swój zeszyt, nie dając go czytać nikomu, ale w tym zachowaniu był już wyraźnie owładnięty manią prześladowczą, wydawało mu się, że ktoś go śledzi, prześladuje i chce zabić.

      A mimo to uderza nieraz tak oczywista trzeźwość myślenia, że nasuwa się pytanie: czy trzeba być szalonym, żeby dostrzegać pewne oczywistości i mieć odwagę je wypowiedzieć?


      Tańczyłem źle, gdyż upadałem na podłogę, kiedy nie należało. Publiczności było wszystko jedno, gdyż tańczyłem pięknie.


     Boję się ludzi, gdyż chcą, bym żył takim życiem, jaki oni prowadzą. Chcą, żebym tańczył rzeczy wesołe. Ja nie kocham wesołości. Kocham życie. 

      Nie jestem wesół, gdyż wiem, że wesołość to śmierć. Wesołość to śmierć rozumu.


         Nabrałem zwyczaju mówienia wszystkim "dzień dobry" bez znajomości. Zrozumiałem, że wszyscy ludzie są jednakowi. Często mówię, lecz ludzie nie rozumieją, że wszyscy mamy nos i oczy itd., i dlatego jesteśmy jednakowi. Chcę przez to powiedzieć, że trzeba wszystkich kochać.


      Jestem człowiekiem, a nie Bogiem. Jestem prosty. Mnie nie trzeba myśleć. Mnie trzeba czuć, a poprzez uczucie pojmować.


      Nie kocham pieniędzy. Kocham ludzi. Ludzie mnie pojmą, kiedy im będę dawał życie. Ubodzy nie mogą zarabiać. Bogaci powinni im pomagać. Nie pomogę, jeśli oddam wszystkie swoje pieniądze towarzystwu dobroczynnemu. Towarzystwo dobroczynne bogaci się i nie potrafi organizować sprawy. Towarzystwa dobroczynne noszą uniformy po to, by ubodzy się ich bali. Ubogi nie szuka towarzystwa dobroczynnego, gdyż wstydzi się, że pomyślą o nim źle. Ubodzy lubią podarki przypadkowe. Ja obdarowuję przypadkowo bez żadnych żarcików. Nie mówię o Chrystusie, kiedy daję pdarek. Uciekam ubogiemu, kiedy chce mi dziękować. Nie lubię podziękowań. 


      Nie lubię głupoty dlatego, że nie dostrzegam uczucia w głupocie. Głupota nie jest uczuciem w człowieku. 

 

Niżyński

     

      Wariat?! Szaleniec?! Tak, na pewno. To był zaledwie początek trzydziestoletniej choroby, która całkowicie odizolowała Niżyńskiego od świata.  A jednak ten wariat, ten szaleniec był geniuszem tańca. Może dlatego, że tak bardzo kłębiły się w nim niewypowiedziane nigdy emocje?  I tak bardzo kochał życie, że wciąż myślał o śmierci: Jestem śmiercią. Jestem tym, który kocha śmierć.

 

      Czuję zmęczenie ręki. Na piórze jest napis "Ideał", a moja obsadka nie jest ideałem. Lubię ideały, ale takie, o których się nie mówi.

      

 

      Wacław Niżyński, Dziennik, przeł. z jęz. ros. Grzegorz Wiśniewski, Axis Mundi, Teatr Wielki-Opera Narodowa, seria Biblioteka TW-ON, wyd. II, Warszawa 2011.

 




komentarze (8) | dodaj komentarz

Z planety Małego Księcia

niedziela, 26 czerwca 2011 21:10

 

     

 

      Jeśli dotąd miałam zaledwie podejrzenia, to teraz już jestem pewna: on nie pochodzi z Ziemi:-))) Zresztą, czy nie zachowuje się, jakby znalazł się tu po raz pierwszy? A więc skąd? Gdzieś ta łza znad planety spada i groby przecieka, jak pisał wieszcz Norwid. A on wiedział, co pisze. Tak sobie myślę, patrząc do atlasu nieba, że istnieje tylko jedno miejsce, jedna planeta, z której może pochodzić Philippe Jaroussky - to planeta Małego Księcia. No a jeśli na dodatek śpiewa taką arię?! Toż to prawie, jakby podał swój kosmiczny adres ;-)


Piangerò

sinché l'onda del pianto

ammollisca la sorte rubella

Sospirando anderò

sino a tanto

che ritorni ad amarmi la Bella

__________________________


Będę płakać

aż potok moich łez

zmiękczy róży srogie kolce

i będę wzdychać do czasu

aż pokochasz mnie jeszcze raz, o Piękna.

 


Piangero (Ruggiero) - Vivaldi - Philippe Jaroussky

 

 

Ach, ten Ruggiero! Niezwykła postać z Orlando furiosoVivaldiego. 

 Wykonuje najpiękniejsze arie, a to wcale nie jest główny bohater tej barokowej opery. Najpierw obłąkany śpiewa Sol da te, a teraz zalewa się łzami. Czyż można go nie kochać? Mnie już dawno zmiękczył. Chyba przestanę słuchać, bo się popłaczę.

 

 



komentarze (6) | dodaj komentarz

Aria na dziś

wtorek, 21 czerwca 2011 15:25

 

 

 

      miałam nadzieję

      że w pobliżu plaży wiatr się uspokoi

      ale czuję że wpływam w środek burzy

      między zdradliwe skały

      uratuj mnie

      a jeśli to niemożliwe

      chcę uderzyć od razu

      w najgorszą z nich

 

Taka moja improwizacja na temat arii z opery Demofoonte Glucka. Pasuje na różne życiowe okazje. Tekst oryginalny:

 

Sperai vicino il lido

credei calmato il vento

ma trasportar mi sento

fra le tempeste ancor.

 

E da uno scoglio infido

mentre salvar mi voglio

urto in un altro scoglio

del primo assai peggior.

 

      W firmowym nagraniu Virgin Classics są dwie arie. Pierwsza właśnie Glucka, a druga z opery Siface Nicola Porpory: Tu che d`ardir m`accendi. Dzisiaj bardziej podoba mi się Gluck. 

 

     jeśli dziś mam zginąć

     chcę uderzyć najpierw

     w najpotężniejszą ze skał


Sperai vicino... Tu che d`ardir m`accendi - Philippe Jaroussky (trzeba samemu kliknąć na okienko z filmem)

      

 




komentarze (13) | dodaj komentarz

Dzikość, pierwotność, szaleństwo...

poniedziałek, 20 czerwca 2011 16:14

 

 

      29 maja 1913 roku w Théâtre des Champs-Elysées rozpoczęła się nowa era baletu. Od tamtego dnia, czy to się komuś podobało, czy nie (a nie podobało się wielu) taniec nie mógł już zostać taki sam. Sprawcą przewrotu był Wacław Niżyński. Na widowni podczas premiery Święta wiosny Igora Strawińskiego doszło do rękoczynów pomiędzy zwolennikami choreograficznych eksperymentów Niżyńskiego a jego przeciwnikami. Niżyński zaszokował widzów przyzwyczajonych do uładzonej estetyki baletu klasycznego. Pokazał dzikość, siłę i bezkompromisowość pierwotnego człowieka, czyli w zasadzie nas wszystkich, bo kto potrafi jasno i precyzyjnie określić, kiedy i czy w ogóle wykorzeniliśmy ze swojej duszy mroki jaskini?

      Najpierw była muzyka Igora Strawińskiego: mocna, niesymetryczna, niepokojąca, dzika i prymitywna. Do tej muzyki 24-letni genialny tancerz, a jak pokazała przyszłość, jeszcze bardziej genialny choreograf, układa balet, który wyprzedził swój czas o co najmniej półwiecze. Na ile zarówno muzyka, jak i choreografia stanowiły dla ówczesnych wyzwanie niech świadczy fakt, że muzycy nie chcieli grać partytury, a tancerzy trzeba było żelazną dyscypliną Siergieja Diagilewa zmuszać do wiernego wykonywania poleceń Niżyńskiego.

      Powstało arcydzieło. Ale o tym świat przekonał się dopiero później, gdy tymczasem jego autor, Wacław Niżyński przez 30 lat aż do śmierci zmagał się z postępującą schizofrenią, nie stworzywszy już nic równie genialnego.

       Teatr Wielki - Opera Narodowa zakończył sezon baletowy polską premierą Święta wiosny. Na baletową ucztę składa się aż trzykrotne, raz za razem, wykonanie tego samego utworu Strawińskiego w trzech różnych, całkowicie odmiennych choreografiach. Pierwsza to hołd złożony legendzie – rekonstrukcja premierowej choreografii Niżyńskiego dokonana przez Millicent Hodson dla Joffrey Balet z 1987 roku. Druga to kameralny układ choreograficzny Emanuela Gata dla pięciorga tancerzy: trzech kobiet i dwóch mężczyzn. Trzecia wersja – znowu obrosła legendą – Maurice`a Béjarta, jednego z najsłynniejszych choreografów XX wieku.

      Rzadko kiedy widz ma możliwość podczas jednego wieczoru zobaczyć trzy wersje tego samego dzieła. Po niedzielnej konfrontacji trzech estetyk tańca, trzech wizji choreograficznych, wyszłam przekonana co do dwóch rzeczy: po pierwsze, że muzyka Strawińskiego nie może się znudzić, a po drugie, że geniusz był jeden – Wacław Niżyński – ale kto wie, czy jego ceną nie była późniejsza długoletnia choroba psychiczna.

 

      Święto wiosny w choreografii Niżyńskiego wywołuje dreszcze, podczas tańca Wybranej czułam ciarki wzdłuż kręgosłupa. Przerażające i ekstatyczne przeżycie wynikało też z faktu, że to właśnie Niżyński najbardziej zbliżył się do wydobycia pierwotności i dzikości muzyki Strawińskiego. I nieważne, że kiedy Strawiński zajrzał na próbę przed premierą, dostał niemal szału na to, co zobaczył i usłyszał. Po latach stwierdził, że to właśnie Niżyński najwierniej odczytał i wyraził w tańcu istotę jego muzyki.

 

      Taniec Wybranej to najbardziej dramatyczny konwulsyjny taniec, jaki widziałam w życiu. Bohaterka została Wybrana na rytualną ofiarę, która jest konieczna, aby jak co roku na wiosnę życie się odnowiło, odrodziło. Ceną życia natury, ale też całej gromady jest śmierć Wybranej, która zostaje pozostawiona samotna w rytualnym kręgu. I wówczas wykonuje swój taniec. Z jednej strony jest to taniec rozpaczy, bo chciałaby uciec, nie zgadza się na swoją śmierć, ale gromada jej na to nie pozwoli. Z drugiej strony Wybrana jest świadoma tego, że jej ofiara jest absolutnie konieczna i nieodwracalna. Taniec życia i śmierci; taniec strachu i odwagi; ludzkie życie postawione w konfrontacji z wiecznym kołem życia natury.

 

      Dzikość, pierwotność, szaleństwo…

 

 

Taniec Wybranej - Święto wiosny - rekonstrukcja choreografii dokonana przez Millicent Hodson w roku 1987

 

 

Święto wiosny, Igor Strawiński - Teatr Wielki  - Opera Narodowa, Polski Balet Narodowy, premiera 11 czerwca 2011 r.

Choreografowie: Wacław Niżyński/ Millicent Hodson; Emanuel Gat; Maurice Béjart

 


 

 

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 097  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378097

Lubię to