Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Siedząc nad ciałem zabitego wroga

poniedziałek, 28 maja 2012 3:52

 

 

       Usmarowany popiołem i krwią, położywszy obok karabin, siedział nad ciałem zabitego wroga. Władca imperium cieszył się ze zwycięstwa, orkiestra grała triumfalną Sinfonię, a on właśnie dokonał zemsty. Wcześniej dwa razy już żegnał się z życiem, nie zdążył opłakać śmierci ojca, gdy jego morderca na oczach syna zamykał jego matkę w królewskim haremie. Kiedy imperator, zamiast myśleć o umocnieniu swej władzy w wymykającym mu się z rak podbitym kraju, ugania się za piękną nieznajomą (Se in fiorito meno prato), salwuje się ucieczką przez okno, unikając skrytobójczego spisku (Al lampo dell`armi), a potem snuje filozoficzne refleksje na pobojowisku (Aure, deh per pieta), on – syn zamordowanego konsula -  to wzbudza w sobie niknącą nadzieję (Cara speme), to dodaje odwagi (L`aura che spira). Tymczasem piękna siostra młodocianego, lecz despotycznego i okrutnego władcy imperium snuje intrygi i marzy o panowaniu nad światem. Wykorzystując swoją urodę (Tutto puo donna vezzosa), otaczając się  pociągającą aurą tajemnicy (V`adoro pupille), uwodzi dwa razy starszego od siebie imperatora. Ryzyko jest duże, bo sprytny braciszek nie odda władzy bez  walki i siostra znalazła się w opłakanej sytuacji, związana, z więziennym workiem na głowie opłakuje swój nędzny los (Piangero la sorte mia). Na szczęście wraca imperator na czele swych wojsk. Kiedy on prowadzi globalną wojnę, wiedziony trochę imperialnym zapędem, a trochę głosem serca, on – syn zamordowanego konsula – dokonuje swojej prywatnej zemsty. Kiedy imperator świętował zwycięstwo, a orkiestra grała triumfalną Sinfonię, usmarowany popiołem i krwią, położywszy obok karabin, siedział nad ciałem zabitego wroga.

 

Imperium – Rzym

Władca imperium, imperator – Cezar – Andreas Scholl

Podbity kraj - Egipt

Despotyczny władca, morderca – Ptolemeusz – Christophe Dumaux

Siostra despoty – Kleopatra – Cecilia Bartoli

Zamordowany konsul – Pompejusz

Jego żona, matka Sekstusa – Kornelia – Anne Sofie von Otter

Syn konsula, mściciel – Sekstus – Philippe Jaroussky

 

Tytuł: Juliusz Cezar w Egipcie, premiera 20 lutego 1724, Londyn

Kompozytor: Georg Friedrich Händel

 

       Na Festiwalu w Salzburgu akcję osadzono w realiach współczesnych: Cezar przypomina prezydenta USA, Egipt Ptolemeusza jakiś kraj rządzony przez juntę wojskową, a sam Ptolemeusz to raczej wytatuowany boss narkotykowego kartelu, w dodatku maniak seksualny, masturbujący się nad rozkładówką jak z Playboya. Kleopatra urządza dla Cezara projekcję w technice 3D i odlatuje… na sporych rozmiarów pocisku rakietowym. Żołnierze Cezara, jak i pomagierzy Ptolemeusza biegają z kałachami, a jednym z nich wymachuje Kleopatra słusznie przewidując, że brat będzie się mścił za jej zdradę i sercowo-militarny sojusz z Cezarem. Ceremonia żałobna na cześć Pompejusza polega na spaleniu jego odciętej głowy w ulicznym koksowniku, przy którym potem Cezar grzeje ręce. Sekstus właściwie nie wie, jak ma Ptolemeusza zabić: raz ma pistolet, potem karabin, a ostatecznie przebija go bagnetem. No i efekty: komputerowe animacje w tle sceny, latający pocisk rakietowy unoszący Kleopatrę, błyskające światła imitujące bitwę. Obok tego tradycyjne strusie pióra czy egipski wąż – symbol władzy faraona.

        Muzyka Händla się broni, jest wyraźniejsza niż wszelkie pomysły reżyserów i scenografów. Jednak kiedy Sekstus (Jaroussky) rozsmarowuje popiół i sadzę ze spalonego ciała ojca na swojej twarzy i koszuli przy Cara speme, było to niesamowicie przejmujące. Zemsta jako konieczność, los, wyrok i zobowiązanie. A przy tym znany od tysiącleci rytuał wojownika, który wyruszając w bój, maluje na ciele, na twarzy symbole walki swojego plemienia. Reżyserski ukłon w stronę tradycji, i to bardzo starej, pierwotnej, bazującej na emocjach.

        Na drugim końcu zaś coś zgoła współczesnego. Kiedy wszelkie sposoby zawodzą, Sekstus przygotowuje się do ostatniej próby dokonania zemsty (L`aura che spira): poświęci nawet siebie. Z pomocą matki i przy jej akceptacji(!) zakłada pas z ładunkami wybuchowymi, trzymając w dłoni zapalnik. Decyduje się zostać zamachowcem samobójcą. Wstrząsające jest to, że emocjonalnie jesteśmy po jego stronie! Godzimy się na to, co bohater zamierza zrobić. W dzisiejszym świecie terroryzmu bardzo to niebezpieczny pomysł reżyserski, bardzo… Mimo że ostatecznie bomba zostaje rozbrojona, a Sekstus dokonuje zemsty w sposób tradycyjny – osobiście przebijając Ptolemeusza, ratując zresztą przed jego napastliwością matkę. Ale czy naprawdę musiał się wcześniej pastwić nad ciałem Achillasa? Zanurzać swoje ręce w jego krwi, wysmarować nią twarz zabitego a potem siebie? Wiem, wiem, zasłużył na śmierć. Był prawą ręką Ptolemeusza i tak jak on, ulegając wdziękom Kornelii, walczył o jej względy, a kiedy niezłomnie mu odmawiała, dopilnował, żeby zamknięto ją w haremie. Co prawda przed śmiercią się zrehabilitował, ale tylko dlatego, że Ptolemeusz nie zgodził się oddać mu Kornelii. Więc kiedy zginął, Sekstus zanurza ręce w jego krwi. Nie znalazłam tej sceny na tubie, może się pojawi.

      

       Kiedy tak siedział, usmarowany sadzą i krwią, nad ciałem zabitego wroga, o czym myślał? Czy nie o tym, że kiedy się wejdzie na drogę zemsty, nie ma odwrotu i trzeba będzie poświęcić nawet siebie?

 

       Powinnam może napisać coś o wykonawcach? Jest trzecia w nocy, pewnie trudno mi będzie wstać jutro… dzisiaj do pracy. Jak zwykle, słuchanie opery w całości na żywo wywiera większe wrażenie. Bardziej niż popisy wokalne, śledzi się płynność muzyki i wyrażone w niej zawirowania emocjonalne bohaterów.  Partię Cezara w wykonaniu Scholla mam na nagraniach płytowych, więc w zasadzie słuchałam tego, co w miarę dobrze znam. Niemniej do wspaniałego Aure, deh per pieta czy Al lampo dell`armi dodam jeszcze Va tacito e nascosto.  Za to raczej słabe wrażenie odniosłam z ponoć zagrzewającego do boju Quel torrente. Za mało we mnie ducha wojownika ;-)

       Zasłuchałam się w Cecilię Bartoli (Kleopatra), bo przyznam, że nie śledzę jej dokonań regularnie. Osiem zróżnicowanych arii daje wielkie możliwości pokazania sztuki wokalnej. Zapewne to wynik moich osobistych preferencji, ale najbardziej podobała mi się w lirycznych, przejmujących, wzruszających kawałkach. Absolutny majstersztyk to Piangero la sorte mia. Śpiewać w worku na głowie, kiedy nie można grać mimiką, to prawdziwa sztuka!

        Duet Anne Sofie von Otter (Kornelia) – Philippe Jaroussky (Sekstus), czyli matki i syna, opłakujących męża i ojca, rozwijał się najbardziej dramatycznie. Jedną z ich wspólnych arii, Son nata a lagrimar kończącą akt I, już zamieszczałam. Wrażenie wzmocnione przekazem wizualnym, aktorstwem, emocjami, którymi obdarzamy bohaterów, śledząc ich losy. No i wspomniane już wstrząsające Cara speme, potem dramatyczne Langue offesa. Muszę posłuchać jeszcze raz. Czy wyjęte z całości utworu, bez emocjonalnego kontekstu będzie wywierało takie samo wrażenie?

 

Bardzo szybko ktoś wrzucił na Tubę:-)

Cara speme (Juliusz Cezar w Egipcie) - Philippe Jaroussky

 

Son nata a lagrimar (Juliusz Cezar...) Jaroussky, von Otter

 

( Jak już się zdarzało, pewnie niedługo te filmy znikną z tuby, bo ktoś się odezwie z roszczeniami do praw autorskich.  Musiałam ostatnio zrobić porządek w ulubionych stronach i wyrzucić niedziałające linki.)

 

       Znalazło się - Sekstus pastwi się nad ciałem Achillasa. 

La giustizia ha giu sull`arco (Juliusz Cezar w Egipcie) - Philippe Jaroussky

 

A także to

 L`aure che spira (Juliusz Cezar w Egipcie) - Philippe Jaroussky

 

To może coś lżejszego (niestety, inne nagranie, a to trzeba by było zobaczyć, bo scena jest śmieszna)

Al lampo dell`armi (Juliusz Cezar w Egipcie) - Andreas Scholl

 

 

 




komentarze (33) | dodaj komentarz

Tchemdotykani

wtorek, 22 maja 2012 18:55

 

 

 

Vivaldi, Stabat Mater

 

      O, Łezpełna, która jak wstrzymywane niebo,

      nad krajobrazem swego cierpienia ciężeje.

      A kiedy płacze, wionie miękki dreszcz

      ukośnego deszczu piaszczystym skrajem serca.

 

      O, ciężka od łez. Łez wszystkiego wago!

      Która nie czuła się niebem, bo jasna była

      i niebem być musi - dla chmur.

 

      Jak wyraźny się staje, jak bliski, kraj twego cierpienia,

      pod jednością surowego nieba. Niby

      w swoim leżeniu wolno budząca się twarz,

      która myśli poziomo, wobec głębi świata.

 

Mozart, Lacrimosa (Requiem)

 

      Niczym, tylko tchnieniem jest próżnia i ta

      zielona pełnia pięknych

      drzew: też jest tchnieniem!

      My zaś, Tchemdotykani jeszcze,

      dziś jeszcze Tchemdotykani, liczymy

      ten powolny oddech ziemi,

      której jesteśmy pośpiechem.

 

Wiersze z cyklu O, Lacrimosa Rainera Marii Rilkego w przekładzie Bernarda Antochewicza

 

Dziwne. Cokolwiek pomyślę, gdy zajrzę do Rilkego, on już to napisał. I czytam jego wiersze jak odwieczny zapis moich własnych myśli i uczuć. Jak to możliwe, żeby w czyichś słowach znajdować siebie lepiej wyrażonym niż we własnych. Lęk i niedowierzanie. Bo można się przerazić, że nawet gdy jutro wstanę i zmierzę się z długim dniem, nie wiedząc, czego doświadczę, on już go opisał! Można się zdumiewać, jak wielki jest geniusz poezji. I można czytać zapis własnej przyszłości dokładniejszy niż wszelkie horoskopy.

 

      Lotny piach godzin. Cicho trwające wietrzenie,

      nawet szczęśliwie zaczętej budowy. 

      Życie dmie zawsze. Już sterczy w przestrzeni,

      bez wiązań, nienośny słup marmurowy.

 

     A rozpad czy jest smutniejszy niźli fontanny

     powrót do lustra, które pyli błyszczącym prochem?

     Trwajmy pomiędzy zębami przemiany,

     by nas wchłonęła w patrzącą swą głowę.

 

(Rilke, Przemijanie, tłum. B. Antochewicz)

 




komentarze (31) | dodaj komentarz

Cierpliwość

sobota, 19 maja 2012 8:06

 

 

       W komentarzu pod tym utworem ktoś napisał: Nie wiem dlaczego dręczę swoją duszę... Są takie dzieła muzyczne, ale też literackie, poetyckie, może w mniejszym stopniu malarskie, które jak magnes przyciągają hipnotyzując. I nieważne, że dusza nam się wywraca na lewą stronę. To nie odstrasza. A może właśnie ważne i dlatego wciąż wracamy,  udręczeni, sponiewierani słowem, dźwiękiem, obrazem... Przenicowani przez SZTUKĘ. 

       I to jest odpowiedź, dlaczego nie samym chlebem żyje człowiek; dlaczego kryzysu ekonomicznego nie wolno leczyć kosztem kultury; dlaczego życie bez sztuki jest jałowe; dlaczego tylu ludzi goniąc za karierą i pieniędzmi bez oglądania się na inne wartości jest tak nieszczęśliwych....

       Henryk Mikołaj Górecki opowiada: III Symfonię 'Symfonię pieśni żałosnych' pisałem od 30 października do 30 grudnia 1976 na zamówienie rozgłośni Südwestfunk w Baden-Baden. Prawykonanie odbyło się 4 kwietnia 1977 w ramach XIV Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Współczesnej. Śpiewała Stefania Woytowicz, grała Orkiestra Symfoniczna rozgłośni Südwestfunk pod dyrekcją Erneta Boura.Symfonia składa się z trzech pieśni. Pierwsza - najdłuższa (ok. 27 minut) - to ścisły kanon przerwany inwokacją sopranu. W temacie kanonu wykorzystałem fragment pieśni kurpiowskiej ze zbiorów ks. Władysława Skierkowskiego. Pieśń druga - najkrótsza - jest rodzajem lamentacji o prostej budowie ABABC. W pieśni trzeciej zastosowałem wariacyjne opracowanie autentycznej melodii ludowej z Opolskiego, ze zbiorów Adolfa Dygacza.Symfonię dedykowałem mojej żonie. Czas trwania około 55 minut.

       Część 1 Symfonii stanowi połączenie ludowej pieśni kurpiowskiej z fragmentem średniowiecznego Lamentu świętokrzyskiego (kompozytor wykorzystał wers: Synku miły i wybrany, rozdziel z matką swoje rany...) i jest częścią najdłuższą o skomplikowanej budowie. Część druga, najkrótsza, to dramatyczne słowa wyryte przez Helenę Błażusiak na ścianie zakopiańskiego więzienia, gdzie została osadzona przez Gestapo w 1944 r. A te słowa to: Mamo, nie płacz, nie. Niebios Przeczysta Królowo, Ty zawsze wspieraj mnie. Zdrowaś Mario. Część 3 kompozycji stanowi opracowanie melodii ludowej. Trzy części - trzy przejmujące utwory na sopran i orkiestrę. Razem - dzieło przejmujące, przeszywające, współczesne, a jednak przywodzące na myśl tradycję muzyczną średniowiecza, renesansu czy baroku. 

      Kiedy w 1991 roku III Symfonia Góreckiego została ponownie wydana, odniosła światowy sukces, goszcząc na listach przebojów muzyki klasycznej w Stanach Zjednoczonych i Anglii, rozsławiając nazwisko Góreckiego jako jednego z największych współczesnych kompozytorów. 

      Nie wiem dlaczego wciąż dręczę swoją duszę...


 Górecki, Symfonia pieśni żałosnych. Cz. 2 

       Mamo, nie płacz, nie.

      Niebios Przeczysta Królowo,

      Ty zawsze wspieraj mnie.

      Zdrowaś Mario,

      Łaskiś pełna

 

W zasadzie szukałam całkiem innego utworu, lecz nie znalazłam. Dlatego dopełnieniem do tytułu będzie wiersz.  A tamtej muzyki wciąż szukać będę...


         rytm


         cierpliwość to inny rytm serca

         znajomość barw wschodów i zachodów słońca

         to czas ogrodu i smak dojrzałych poziomek

         zapach kompostowej ziemi

         szelest spaceru po jesiennych liściach

         cierpliwa jest woda drążąca skałę

         i piasek ruchomych wydm

         cierpliwy jest człowiek który odczyta

         listy przez ptaki pisane w powietrzu

 

 



komentarze (20) | dodaj komentarz

On jest Bachem...

poniedziałek, 14 maja 2012 20:58

 

 

 

      Philippe Herreweghe dyryguje (i wygląda), jakby sam tę muzykę napisał. On JEST teraz Bachem. Oto belgijska precyzja. Nie wiem, ile on to z nimi ćwiczył, ale jest doskonałe.  Collegium Vocale Gent (z Gandawy) - chyba  najlepszy dzisiaj chór śpiewający Bacha, założony przez Herreweghe`a w 1970 r.

      Porywające! Słyszycie te soprany?! Ciarki przechodzą, ah!


Bach, Pasja według św. Mateusza - dyr. Herreweghe

 

       Niepojęte, że ten facet miał zostać lekarzem i psychiatrą (chyba nawet ukończył studia w tych kierunkach). Widać jednak Bach interweniował z góry, żeby tak się nie stało ;-)

Na jego cześć odkrytą w 1998 r. planetoidę krążącą wokół Słońca nazwano Herreweghe.


 

      



komentarze (28) | dodaj komentarz

Dzisiaj będziemy szaleć...

sobota, 12 maja 2012 18:58

       

 

       ...  z Orlandem. Jutro nieważne. Co tam pobudka o czwartej rano, bo to raz nie przespałam nocy? I żyję! 

 

Vivaldi, Orlando furioso

 

No i ta najwspanialsza aria Ruggiera :-)

 

Vivaldi, Orlando furioso - Sol da te, Jaroussky

 

 

      A teraz na spokojnie.

     

      W radiowej Dwójce leci nie Orlando furioso Vivaldiego, tylko Orlando Händla. A co? Pomarzyć mi nie było wolno? Choć i tak jestem zadowolona bardzo, bo tych Orlandów tylu jest, że mi się mylą, więc chętnie posłucham i osłucham się nieco dokładniej.   


A więc wiczór operowy się zaczął:


Georg Friedrich Haendel Orlando (Bruksela, Teatr La Monnaie, 24.04. 2012)

 wyk.

Bejun Mehta – alt (kontratenor) - Orlando

Sophie Karthäuser – sopran - Angelica

Kristina Hammarström – kontralt - Medoro

Sunhae Im – sopran - Dorinda

Konstantin Wolff – bas - Zoroastro

B'Rock Baroque Orchestra, dyr. René Jacobs

 

      Orlando będzie szalał z zazdrości niby na jawie, niby we śnie.  Skromna obsada osobowa pozwala na pełne wykorzystanie możliwości śpiewaków w cyklu popisowych arii.  Wraz z najważniejszą Ah, stige larve - Vaghe pupille - w wieńczącej akt II scenie szaleństwa Orlanda. Ostatnia handlowska partia dla wielkiego Senesina. Biedny Orlando, nie dość, że mu ukochana uciekła w... chmurce, to jeszcze w pomieszaniu zmysłów mylą mu się postacie i bierze Dorindę za potwora, strącając ją w przepaść. Tak oto z rycerza staje się zabójcą. No, prawie... Jak na czarodziejską operę przystało ci, co niby mieli zginąć, zostają w cudowny sposób uratowani za sprawą czarodzieja Zoroastra. Orlanda też ratuje przed jego szaleństwem i przywraca... rycerskiemu rzemiosłu, bo to miłosne wzdychanie, szaleństwo zazdrości było takie niemęskie, nierycerskie zgoła.  A muzka, jak to u Händla, ani spokojna, ani nudna, ani normalna. Jest zróżnicowana, zmienna, szalona, nieziemska... Zwariowana? W tym Orlandzie na pewno. Piorun trzasnął, Angelica zniknęła, Orlando szaleje.

 

Haendel, Orlando - Ah, stige larve...- Bejun Mehta

 

Znalazłam! To z tego spektaklu była transmisja! Co ja bym zrobiła bez internetu?!...

 




komentarze (15) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 876  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403876

Lubię to