Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Nieco mniej poważnie...

wtorek, 31 maja 2011 15:59

     

      Niespodziewanie jakoś i w sposób całkiem niezamierzony rozwinął mi się tutaj wątek kontratenorów. Sama nie wiem, dlaczego. A przecież najczęściej to tenorzy są gwiazdami a sopranistki diwami operowych scen. I moja fascynacja śpiewem operowym zaczęła się od… tenorów jednak. Tacy jak Luciano Pavarotti, Wiesław Ochman, Placido Domingo, Jose Carreras, Jose Cura, że nie wspomnę o legendarnym Caruso czy Kiepurze, od nic niemówiących nazwisk z czasem stawali się rozpoznawalnymi głosami. Nie, chyba jednak najpierw był sopran: może Maria Callas, może… Nie pamiętam. Gdzieś po drodze był oczywiście obowiązkowo film Farinelli, ale głos do postaci mi nie pasował (w sensie aktorskim, nie zaś dysonansu płciowego), nie wydawał mi się wiarygodny, choć niewątpliwie piękny. Dopiero usłyszenie i zobaczenie Ewy Małas – Godlewskiej złagodziło zgrzyt.

     A teraz tak się składa, że jeśli mam wybór, to słucham jakiegoś kontratenora, a muzyka barokowa mi pęcznieje na płytach i w uszach. Pewnie to chwilowe i znowu za czas jakiś zmienią mi się preferencje, ale póki co, zastanawiam się, jak jeszcze można eksperymentować z ludzkim głosem. Dochodzę do wniosku, że głos należy traktować jak każdy instrument muzyczny. Oczywiście, daleko bardziej delikatny i nieobliczalny zarazem, ale z instrumentem można wiele rzeczy robić, o których się dawniej nie śniło (nie tylko filozofom).

     Kiedyś nie było kontratenorów, byli kastraci. Teraz nie ma kastratów, są kontratenorzy (swoją drogą, co za dziwna nazwa, nielogiczna jakaś; jeśli facet śpiewa altem, to jest altem; albo niech wymyślą inną nazwę, jeśli usilnie chce się rozróżniać głosy męskie i żeńskie).

     A jeśli mężczyzna śpiewa sopranem? Bywa zabawnie. Zwłaszcza, gdy na warsztat bierze popularną arię i kawałek śpiewa jako tenor, a kawałek jako sopran. I tak na przemian. Ale można też całą męską rolę zaśpiewać wysoko, sopranowo i coś z tego wyniknie. Albo zgorszenie i zdegustowanie publiczności, albo nowa jakość charakterologiczna budująca postać sceniczną. Zrobił tak miedzy innymi polski śpiewak Jacek Laszczkowski jako Neron w Koronacji Poppei Monteverdiego i jako Cesare w Catone w Utica Vivaldiego. To o Laszczkowskim, który karierę zaczynał jako tenor, Jaroussky mówi, że wyciąga głos wyżej od niego. Jako sopran debiutował w 1997 roku. Od tamtej pory nie tylko śpiewał sopranowe role, ale też łączył dwie postacie w jednym wykonaniu (z reguły jako część koncertu, na bis ku radości publiczności) jak słynny duet z Traviaty, gdzie zaśpiewał sam ze sobą, sopranem i tenorem na zmianę.

     Jak to brzmi? Trudno powstrzymać się od śmiechu, ale to chyba taki dobry, relaksujący śmiech, wynikający z niedowierzania, czy przypadkiem nas oczy nie łudzą a słuch nie mami.


 

Jacek Laszczkowski - tenor/sopran

 




komentarze (6) | dodaj komentarz

Śpiew jako furia, krzyk, obietnica...

niedziela, 29 maja 2011 20:09

     

Lucio (solo)


Vanne perfida, và:

Scempio del tuo furore

Manlio non caderà: dall’ombre cieche

Porterò a rai del giorno

L’alto campion romano;

Che sua Parca omicida io tengo in mano.

Frà le procelle

Del mar turbato

Lo sconsolato, lo sventurato

Il porto avrà

E all’alme belle

Ricche d’onore

Suo gran valore

Legge sarà

 

(Frà ecc.)

 

Aria z opery Vivaldiego Tito Manlio

 

Jaroussky jako Lucio

 



 



komentarze (14) | dodaj komentarz

Zamarłam

piątek, 27 maja 2011 11:53

 

     Ktoś kiedyś napisał, że kiedy Jaroussky śpiewa arie Vivaldiego, pozostawia słuchaczy z otwartym ustami ze zdumienia i zachwytu. Niewiarygodne naturalne piękno jego głosu w połączeniu z wirtuozowską techniką pozwala mu śpiewać zarówno najdelikatniejsze, jak i najbardziej karkołomne arie. Posłuchałam jednych i drugich, odczuwając podziw, zauroczenie i niedowierzanie.

     Co można wydobyć z ludzkiego głosu? Wszystko. Absolutnie wszystko. Można śpiewać jak ptak, i można jak instrument: jak flet i skrzypce.  Gdyby nie słowa, gdyby nie to, że można zobaczyć, nie wiem, czy tylko na słuch udałoby mi się  momentami odróżnić głos Jaroussky`ego od innych instrumentów.  To już nie jest zwyczajny ludzki głos. To fenomen. 

      A ja zamieram za każdym razem, słuchając tego:


Bel riposo de`mortali - Vivaldi


Bel riposo de`mortali,

su quest`occhi spiega l`ali,

dolce sonno, e vieni a me.

 

Bel riposo de`mortali... - aria tytułowego bohatera z I aktu opery Il Giustino Antonio Vivaldiego 


Ta i inne popisowe arie Vivaldiego w wykonaniu Jaroussky`ego znajdują się na płycie 


 




komentarze (9) | dodaj komentarz

Esflores Piotra Wierzbickiego

czwartek, 26 maja 2011 21:14

 

 

Rzecz cała mogłaby się zaczynać tak:


     Wróciłem z  dalekiej podróży. Objechałem dookoła świat. Byłem wszędzie, no, prawie wszędzie: równo w 104 miejscach. Ominąłem galaktykę Andromedy, planetę Saturn, a także Mount Everest, Rów Mariański, krater Wezuwiusza, Dolinę Śmierci, Saharę i parę innych punktów czy też zakątków Ziemi ekstremalnie przepaścistych, skrajnie zapadniętych w martwocie, nieprzystępności, głębi. Obejrzałem krajobrazy bardziej swojskie, przyjazne. I miałem takie wrażenia, jakbym cały czas siedział sobie w domu, bo choć coraz spotykała mnie na tej trasie jakaś niespodzianka, to czułem się jakoś dziwnie bezpiecznie i ani przez chwilę nie opuszczała mnie myśl, ze świat jest wszędzie taki sam.


Czyżby rzecz  o podróżach? W pewnym sensie tak, jeśli się zechce wraz z autorem przemierzyć te same ścieżki zapisane w 104 symfoniach Haydna.

 

A mogłaby się zaczynać też inaczej:


    Nikt nie przegapi wilgi. Jej glos to sopran koloraturowy. Jej sygnał to esoflores gęsty od zwrotów, zakrętów, zawijasów. Wyskakuje z ciszy niespodziewanie. Jest gwałtowny, natarczywy, wręcz wytrącający z równowagi. Z daleka brzmi jak przeszycie ciszy pojedynczym, ostrym dźwiękiem. Z bliska zdaje się apelem wymownym, osobistym, skierowanym do pojedynczej pary uszu. Masz wrażenie, że przyleciała, aby ci pilnie powiedzieć coś ważnego.


Czyżby książka ornitologiczna? Jeśli kompozytorów porównać do rajskich ptaków, to tak – jest to książka o najniezwyklejszych okazach muzycznego świata.

 

      Erudycja i finezja; prostota i dowcip; prowokacja i intymność; patos i rubaszność; odkrywczość i retrospekcja; esoflores słowny na tematy okołomuzyczne Piotra Wierzbickiego w Muzykalnym Kosmosie. Trzystustronicowy zbiór felietonów w trzygodzinnej lekturze. Że za szybko? Pobieżnie? Niedokładnie? Pewnie, że tak. Bo jak już się rozpędziłam, nie mogłam się zatrzymać, a moja niecierpliwość nie pozwoliła mi przerwać ani zwolnić. Przebiegłam, przefrunęłam, żeby wracać.

     

      W siedmiu rozdziałach (Preludia i etiudy, Górą Haydn, Opus 111, Chichot i płacz, Ręce pianisty, Symfonia klasyczna, Stary Bach przyjechał) pogrupowane felietony publikowane w GW Wierzbicki snuje rozważania o tajemnicy muzycznej materii, chwilami nawet bawiąc się w detektywa. Przyznając się zresztą w tym dociekaniu do porażki, jak w tekście Listy, gdzie zestawiając stylistykę epistolarną Mozarta i Chopina, próbuje bezskutecznie dociec źródła ich geniuszu muzycznego. W innym miejscu zaś porównując Chopina z Szymanowskim, wysnuwa wniosek, że obaj spadli z nieba, nie sposób pojąć, jakim cudem zjawili się na tym świecie, w tym właśnie kraju, bez żadnego przygotowania, bez żadnej zapowiedzi, bez żadnych poprzedników. Jedyna między nimi różnica leży bardziej po stronie odbiorców, słuchaczy: Chopin był zbyt wielki, zbyt trudny, natomiast Szymanowski był wielki, ale nie aż tak, aby go wypadało nie rozumieć.

    

     Piotr Wierzbicki prezentuje nie tylko wiedzę i osłuchanie, dzieli się doświadczeniem i wrażeniami z osobistych fascynacji muzycznymi dziełami. Interesująco i dowcipnie portretuje największe osobowości kompozytorskiego atlasu, traktując je jak dobrych znajomych.

     Chopin

Introwertyczny neurastenik chowający się za fortepianem. Jest wyskokiem, kuriozum, odmieńcem. Bezceremonialnie Wierzbicki krytykuje niezrealizowany pomysł napisania trzeciego koncertu fortepianowego, po którym pozostała część pierwsza jako Allegro de concert, rzecz nieudana, wręcz nieporadna, anachroniczna. W zestawieniu z nią Koncert a-moll Schumanna wychodzi na arcydzieło, co autor dowcipnie puentuje: Wątpliwe, aby Chopin miał kiedyś w rekach Koncert a-moll. Jeśli jednak coś takiego się zdarzyło, chciałbym wtedy wiedzieć jego minę.

      Mozart

Nie kochał ani Boga, tak jak Bach, ani ludzkości, tak jak Beethoven, ani własnej rodziny, tak jak Chopin. (…) Nie był wielkim człowiekiem. Ludzkie nie zaciążyło na jego muzyce. Jest wszakże boska.

     Beethoven

Gigant ducha, tytan pracy, muzyczny geniusz, a według Wierzbickiego puknięty do tego stopnia, że pisał te ostatnie kwartety nie przeciw komukolwiek, nie w imię jakiejś idei, szkoły, doktryny, nie po to, by olśnić, zgorszyć, zbić z tropu. Kipiała w nim furia wolności. Zadrwił ze świata? Uczynił więcej: olał go. Był wtedy Beethoven już całkiem głuchy, na próbach nie słyszał swojej muzyki, śledził ruchy palców i smyczków orkiestry. Nic dziwnego, że nie przejmował się tym, „co też ludzie powiedzą”. Zdumiewające, że jednak znaleźli się ludzie, którzy zechcieli za te dzieła płacić, że nie zabrakło także muzykantów, którzy nie tylko się ich porządnie nauczyli, ale nawet potrafili coś tam twórcy w ich przedmiocie doradzić, że znalazła się w Wiedniu publika, która chciała ich słuchać i biła brawo. 

     Bach

Bach pojawia się wielokrotnie, podobnie zresztą jak inni wybitni. O Bachu Wierzbicki pisze z jednej strony językiem bardziej abstrakcyjnym, a drugiej konkretnym i obrazowym. Bach jako konieczność. Bach musiał się narodzić, Bach musiał się pojawić. Bach jako punkt odniesienia. Bach jako pomnik. Bach jako duch gdzieś ponad szybujący albo Bóg. A na dalszych stronach: Bach jest dobry na każdą porę życia. Jak powietrze, woda i chleb. Ostatecznie zaś Bach ogromnieje, potężnieje na podobieństwo swoich organowych fug: Bach jako świat. (…) powiedziawszy światu, co o nim myśli, nie chce od niego już nic. Sam jest światem.(…) Nie zna zawiści ani zazdrości. Zazdrości nie budzi więc u innych. Odszedł tak daleko i wysoko, że jego osąd nie zaboli już nikogo.

 

     Są u Wierzbickiego jednozdaniowe pointy, sentencje z jednej strony celnie podsumowujące kolejne felietony, a z drugiej będące trafną charakterystyką opisywanych postaci. Na przykład: Paderewski nie był królem pianistów. Ale pięknie grał na fortepianie. Albo o Szostakowiczu: tylko człowiek smutny potrafi się cieszyć prawdziwie. I prawdziwie poetycka definicja (to akurat jest zdanie otwierające jeden z felietonów): Nokturny Chopina to utwory napisane w czasie przeszłym.

 

     Są wśród portretowanych jeszcze inni: Strauss, Mahler,  Haydn, Rachmaninow, obok nich zaś genialni wirtuozi: Rubinstein, Richter, Lipatti… Warto wracać, czytać, delektować się słowem i czasami uśmiechnąć się nad opisem Hofmanna, który wchodził na estradę krokiem jegomościa, co to w rannych pantoflach i szlafroku człapie sobie z wolna ku śniadanku.

     

     Ostatni rozdział, Muzyka i Wszechświat Wierzbicki napisał specjalnie do książkowego wydania swoich felietonów. Jest to rodzaj filozofującego eseju, choć jeśli nas teraz słucha Chopin, racjonalista, dowcipniś, przeciwnik mądrych dywagacji, to się pewnie właśnie puknął w czoło.

      Muzyka to język na tyle uniwersalny, a może i nieludzki, nie z tego świata, że jest jedynym sposobem kontaktu z Bogiem. Muzyka daje Bogu szansę. Muzyka może zaciekawić Boga. Niczym innym chyba Go nie zainteresujemy, tak zapełniliśmy swój świat jazgotem słów, zdań, faktów, wniosków oraz wniosków z wniosków. (…) Mowa dźwięków to rzeczywistości od pierwszego wejrzenia objawienie. (…) W mowie dźwięków pobrzękuje jakimś cudem pierwiastek boski.

      We współczesnym świecie Boga nie ma już nigdzie. Wszystko zawłaszczył człowiek i przerobił na własna modłę i podług swojego nędznego ludzkiego wyobrażenia. Może tylko w muzyce można usłyszeć Jego głos? Bo skąd inaczej wziąłby się Bach, Beethoven, Mozart i Chopin? Tylko jedno jest wytłumaczenie: spadli z nieba.

 

 

 Piotr Wierzbicki: Muzykalny Kosmos, Świat Książki, Warszawa 2010 - książka nominowana do nagrody Nike

 

 

 

 

 

 

 




komentarze (3) | dodaj komentarz

Muzyka przeciw śmierci...

środa, 25 maja 2011 2:23

     

 

  (Wikipedia)

Philippe Jaroussky podczas koncertu na festiwalu Misteria Paschalia

w Krakowie, 21 kwietnia 2011 r.     

 

 

     Podobnie jak wielu artystów mam obsesję na punkcie własnej śmierci. Nie mogę się do tego przyznać. Muzyka klasyczna pomaga mi rozważać, myśleć jak znaleźć odpowiedź na ten niepokój. Śpiew to nie tylko moja praca, jest również moją ucieczką.

(Philippe Jaroussky)

 

 

 

Philippe Jaroussky śpiewa Vivaldiego


 


 

 



komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 054  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378054

Lubię to