Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 141 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Smutek dni naszych

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 22:28

 

       Tomasz Stańko  (na dziś, jutro i...)      

 

 

        Patrzcie, jak marne są ludzkie nadzieje wobec porządku świata; patrzcie, jak marne są wobec wyroków, które ognistymi znakami wypisał na niebie Przedwieczny!…

 

        Zobaczyłam smutek w jego oczach, usłyszałam smutek w jego głosie. Smutne są dni nasze bez końca. Kiedy stał tak niezobowiązująco przy barze z kieliszkiem w ręce, wydawał się taki piękny. Prostym i eleganckim ruchem przechylał głowę, aby słuchać. A teraz w tym spojrzeniu z bardzo daleka, spojrzeniu sięgającym jeszcze dalej był smutek przenikający jak okruch kryształu. Taki blask i taki spokój, jakie tylko w pejzażu niezmąconym żadnym ruchem można osiągnąć. Pejzaże smutku są bowiem bardzo płaskie jak pustynia  i bardzo dalekie jak górska przepaść. W jednym i drugim źrenice giną niczym niepowstrzymane. I roztrzaskują się na miliardy ziaren piasku albo o skały na niewidocznym dnie przepaści.  Nasz smutek żyje i ma się dobrze, karmiony śmiercią czasu. Wciąż rośnie, im więcej przeżytych dni szczęśliwych, bo wiemy, że nie wrócą a wszystko przemija. Smutne są dni nasze aż do końca… I nie ma znaczenia, udane czy mniej udane jest życie, bo i ono zmierza do końca. W smutku lubimy zachody słońca, bo głoszą tę samą i jedyną prawdę: nic nie trwa wiecznie. Gdyby można było przewidzieć smutek zawiedzionych nadziei, wszyscy byliby szczęśliwi. Ogarnia nas smutek, gdy jesteśmy u początku drogi, bo i ona kiedyś się skończy nawet, gdy u jej kresu czeka nas osiągnięty cel podróży. I właśnie wtedy, u celu, smutek bywa największy. A jeśli nawet celu nie widać jeszcze? A jeśli jest nieosiągalny? A jeśli go nie ma?... Smutku naszych dni nie uleczą żadne słowa pocieszenia. Czas goi rany, lecz pogłębia smutek istnienia. O ileż smutniejsze od nas są tysiącletnie sekwoje: widziały jak przemija postać tego świata. 

 

Dowland, Sorrow, stay - Andreas Scholl

 

 

Sorrow stay, lend true repentant tears,
To a woeful wretched wight,
Hence, despair with thy tormenting fears:
O do not my poor heart affright.
Pity, help now or never,
Mark me not to endless pain,
Alas I am condemned ever,
No hope, no help there doth remain,
But down, down, down, down I fall,
Down and arise I never shall.


Taaak, na smutek może być jeszcze to:

Purcell, Dido`s lament - Andreas Scholl

When I am laid in earth,
may my wrongs create
no trouble in thy breast.
Remember me,
but ah! forget my fate.


Ach, prawda, jeszcze to!


Purcell, Cold Genius song - Andreas Scholl



What power art thou, who from below
hast made me rise unwillingly and slow
from beds of everlasting snow?
See`st thou not how stiff and wondrous old,
far unfit to bear the bitter cold,
I can scarcely move or draw my breath?
Let me, let me freeze again to death.





komentarze (21) | dodaj komentarz

Zakochany w muzyce dawnej...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 9:49

 

     ... zwłaszcza neapolitańskiej. Ponadto śpiewa i Monteverdiego, i Scarlattiego, i Rubino, i Fagiolego, ale i pieśni sefardyjskie. Tak między XVI a XVIII wiekiem. Na płycie Siciliane znajdują się pieśni z tradycji wyspy odgrzebane przez wielu innych poszukiwaczy, wynalezione, zebrane, wydane... Oh, cielo, oh ammore to z kolei zbiór pieśni neapolitańskich wykonywanych z zespołem Capella della Pieta de Turchini. Zespół, założony w Neapolu w 1987 r. przez Antonio Florio, nazwę przyjął od kościoła Pieta dei Turchini, popularyzuje zapomnianą często  twórczość kompozytorów neapolitańskich: Francesco Provanzalego, Giovanniego Salvatore, Cristofaro Caresana. 

       Ach, nie napisałam jeszcze, o kogo chodzi. Pino de Vittorio - śpiewak, tenor, aktor; instrumentalista (gitara barokowa, instrumenty perkusyjne). Pochodzący z Apulii (ur. w Leporano) od lat łączy wykonawstwo muzyki ludowej i klasycznej.  Szczególnie muzyka włoskiego Południa z charakterystycznymy tarantellami to jego ulubiona odmiana śpiewu, która znalazła finał na płycie Tarantelle del rimorso.  

 

Pino de Vittorio

 

Pino de Vittorio z Capella della Pieta de Turchini

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

Po węgiersku to ja niczego nie rozumiem :-(

czwartek, 25 kwietnia 2013 18:27

 

        Mam nawet trudności z wymówieniem nazwiska: Peter Eötvös skomponował dotąd dziewięć oper, z których mnie obiły się o uszy dwie - Trzy siostry i Lady Sarashina. Ta druga niedawno, 7 kwietnia miała polską premierę w TWON. Libretto oparte na pamiętniku Japonki żyjącej tysiąc lat temu (sic! urodziła się w 1008 roku) napisała żona kompozytora Mari Manzei co prawda po angielsku, ale nadal niczego nie rozumiem, bo mnie chodzi także o muzykę. A muzyka jest węgierska i bardzo nowoczesna. Toteż ja się już kompletnie nie znam. Mogę tylko próbować słuchać. 

       Na warszawskiej Sarashinie nie byłam, może kiedyś jeszcze będę. Tymczasem zostają mi wyimki nagrań, na których podziwiać można niesamowitą w klimacie japońską scenografię i kostiumy. Nad reżyserią czuwał twórca japoński - Ushio Amagatsu - nic więc dziwnego, że taki efekt. Zresztą, przecież rzecz cała dzieje się w Japonii. Może dużo tam przestrzeni snu, marzeń, onirycznego klimatu, ale jednak w duchu japońskim.

 

      Lady Sarashina w TWON

 

        Trzy siostry (premiera 13 marca - albo 18, bo i taką datę znalazłam, więc nie wiem na pewno, 1998, Opera de Lyon) były pierwszym wielkim sukcesem operowym Eötvösa. Libretto oczywiście oparte na dziele Czechowa, ale w reżyserii wspomnianego już Ushio Amagatsu, zawiera wiele japońskiej estetyki teatru kabuki. Co ciekawe: partie sióstr śpiewają kontratenorzy, inne żeńskie postacie także są wykonywane przez mężczyzn, np. służąca Anfisa śpiewa basem. To znaczy nie w każdej realizacji tak jest, ale w premierowej oraz zarejestrowanym nagraniu Deutshe Grammophon tak właśnie kompozytor sobie zaplanował. 

          

          Tutaj też męska obsada:

     

          Peter Eötvös, Trzy siostry

 

A mnie najbardziej zadziwił właśnie ten niski głos. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, aby można było jeszcze niżej cokolwiek zaśpiewać (Denis Siedov jako kapitan Soliony).

 

     Denis Sedov (Siedov), Trzy siostry

 

Może się ktoś przyczepić, że przecież tym razem libretto jest po rosyjsku. No, fakt. Ale to nie znaczy, że jestem w stanie ogarnąć taką konwencję opery i muzykę. Węgiersko-niemiecką  muzykę, ponieważ  Eötvös co prawda studiował w Budapeszcie, ale od lat jest obywatelem świata, mieszka w Niemczech, a swego czasu pomieszkiwał w Japonii, gdzie nawet nauczył się japońskiego, także w Paryżu; dyrygował i kierował orkiestrami w Londynie, Wiedniu, Monachium, Tokio, Brukseli, Amsterdamie... i wielu innych.  Dlatego koncepcja zralizowania opery na podstawie japońskiego pamiętnika z XI wieku (Sarashina Nikki) nie była aż takim znowu wielkim zaskoczeniem. Eötvös czerpie z różnych źródeł. 

 

         



komentarze (14) | dodaj komentarz

Nic w płaszczu Prospera

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 18:13

 

       Nie. To nie będzie o Różewiczu ani o Szekspirze. Właściwie Prospero też nie ma tu nic do rzeczy. Poza tym, że ładnie się nazywa i zawsze chciałam użyć jego imienia (nazwiska?) w jakimś mądrym zdaniu. Różewicz zrobił to wcześniej, więc, niestety, popełniam plagiat. Trudno, nie zawsze mamy do czynienia z niczym w płaszczu Prospera, a wyrazić się tego inaczej nie da.

      No, może Kaliban jednak miałby z tym wszystkim coś wspólnego. Nawet jeśli pominąć powierzchowną sugestię, że jego imię ma rdzeń tożsamy z kanibalizmem i oznacza ludożercę, jest on  niewątpliwie czarnym synem ziemi, synem ciemności czy wręcz samego szatana. Kimkolwiek jest, kimkolwiek był,  na Wyspie znajdował się znacznie wcześniej niż przybył na nią Prospero. To Prospero jest uzurpatorem, przybyszem zza morza, z zewnątrz. Kaliban to rdzeń istnienia życia na Wyspie dotąd bezludnej. Uwidział więc sobie, że zaludni ją całym zastępem Kalibanów. Nie sam, oczywiście. Z Mirandą. Tylko że ona nie chciała. Tym bardziej nie podobało się to jej ojcu, Prosperowi. No i Kaliban popadł w niełaskę.

      Chcielibyśmy mieć Kalibana za przodka? A skądże! Taki prymityw, takie dzikie, żarłoczne monstrum! Odrażający typ. Niestety, nie da się uciec od własnego genomu. Chcielibyśmy, aby był wyjątkowy, unikatowy, tylko nasz - człowieczy, ludzki. To się dorobiliśmy, ale jego źródło... o, to było dawno, dawno temu, gdy wszystko pływało w jednej zupie. Jesteśmy krewniakami: my i drożdże. Jedząc chleb, popełniamy kanibalizm. A z groszkiem pachnącym mamy więcej wspólnego niż z magią wzniecania  burz i rozścielaniem płaszcza proroczych snów przez Prospera. Chociaż nie, to nie były sny prorocze. Raczej sny zapomnienia, które i tak nie powstrzymały na dłuższą metę  przed knowaniami i intrygami.  Bo jak ktoś ma zło we krwi, znaczy w swoim genotypie, Kaliban z niego samoistny.  Czy jakakolwiek inżynieria genetyczna jest w stanie uratować Kalibana przed nim samym? Ha, ale wtedy już by nie był Kalibanem, tylko Prosperem. A Prospero... Prospero opuścił Wyspę, można powiedzieć, że abdykował.  Nie jest pewne, czy przypadkiem później nie żałował. 

       I czy Giorgio Napolitano nie będzie żałował, że się zgodził na reelekcję? Zapomnijmy o emeryturze. Napolitano wyznacza nowe standardy: do pracy, rodacy, do pracy! Tylko śmierć nas może uratować.

        

 Britten, Libera me (War Requiem)

 

 Libera me, Domine, de morte aeterna... Wybaw mnie, Panie, od śmierci wiecznej...

 

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

W Budapeszcie

środa, 17 kwietnia 2013 19:39

 

      Neorenesansowy gmach w stylu włoskim węgierskiej opery  (Magyar Állami Operaház ) otwarto 27 września 1884 r.  Inauguracyjny wieczór koncertowy poprowadził  Ferenc Erkel, którego posąg wraz z drugim najbardziej znanym węgierskim kompozytorem - Ferencem Lisztem - dzieło rzeźbiarza Alajosa Stróbla ozdabia dzisiaj front operowego gmachu. Erkel dyrygował podczas otwarcia fragmentami własnych utworów oraz oper Richarda Wagnera.  

       Ferenc Erkel (1810- 1893) uważany jest za twórcę narodowej opery węgierskiej, jest też autorem węgierskiego hymnu. Nic dziwnego więc, że został pierwszym dyrektorem Węgierskiej Opery Narodowej, a jego nazwisko upamiętnia też Teatr im. Erkela. Dwie najsłynniejsze i chyba też najlepsze opery Erkela to Hunyadi Lászlo (1844) i Bánk bán (Palatyn Bánk - 1861). Można przypuszczać, że fragmenty obu zostały zaprezentowane podczas koncertu inauguracyjnego, choć ta druga  była też pierwszym dziełem wystawionym w nowym operowym gmachu.

      Obie opery maję wiele wspólnego: budują mit bohaterskiego patrioty do końca wiernego ojczyźne.  Bohaterem pierwszej jest postać historyczna węgierskiego księcia, dyplomaty z XV wieku. Tragiczny los bohatera wzmocniony zostaje kontrastem między wiernością Hunyadego i trochę jego naiwnością, a intrygami wrogów oskarżających go o zdradę. Zderzenie wrogich sił prowadzi do oczekiwanego dramatycznego końca, w którym (jak powiada legenda) mimo że kat trzy razy nie trafia toporem w skazańca, co powinno prowadzić do ułaskawienia, ostatecznie za czwartym jednak pozbawia go życia. Tak więc Hunyadi Lászlo ponosi śmierć męczeńską w wieku 26 lat i staje się narodowym bohaterem. Na portretach i rzeźbach jest przedstawiany zawsze jako młody i urodziwy mężczyzna.  Ferenc Erkel, a właściwie Beni Egressy, autor libretta wprowadził na dodatek pełną zaskoczenia i emocji scenę, w której  Lászlo zostaje wtrącony do więzienia wprost z własnego wesela tuż przed ślubem. Nagromadzenie dramatyzmu jest ogromne. W sam raz na operę narodową.

        Z Bánk bán jest podobnie. Tutaj z kolei  historia sięga XIII wieku, kiedy węgierscy wielmoże buntują się przeciwko panowaniu Andrzeja II i jego żony Gertrudy. Tytułowy Palatyn  Bánk to skrzyżowanie Makdufa, Banka i Otella,  a w ogóle bohaterski tenor.  Brat Gertrudy, Otto, uwodzi a w końcu gwałci mu żonę,  która po tym wydarzeniu traci zmysły, a następnie  tonie w rzece wraz z maleńkim synkiem. I chociaż wcześniej w akcie obrony własnej Bánk zabija sprawczynię intrygi, Gertrudę, nic nie wróci życia jego bliskim. Koniec  dzieła. 

      Zanim rzecz się rozwinie do tegoż tragicznego finału, na początku II aktu Bánk wyśpiewuje bohaterską arię pełną miłości do ojczyzny: Hazám, hazam! Taki bohater mógłby równie dobrze być Konradem Wallenrodem, Skrzetuskim i Czarnieckim w jednym. 

 

Hazám, hazam! (Erkel) - József Simándy

 

 József Simándy, węgierski tenor, w obu operach Erkela wystepujący w partiach tytułowych, podobnie jak kompozytor zmarł w Budapeszcie. Ferenc Erkel miał 83 lata,  Simándy 81. Muzyka klasyczna zapewnia długie życie ;-)



komentarze (15) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 037  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378037

Lubię to