Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Porządkowanie wspomnień

czwartek, 26 kwietnia 2012 18:03

 

      Nadszedł czas, aby ładnie zamknąć wspomnienia z krakowskich Misteriów Paschaliów Anno Domini 2012, zakończonych dwoma recitalami: Simone Kermes z towarzyszeniem Venice Baroque Orchestra i Julii Leżniewej (Lezhneva) z Ensemble Matheus. O niedzielnym koncercie niemieckiej sopranistki niewiele mam do powiedzenia, bo mi się nie podobało. Po raz pierwszy w życiu spotkanie na żywo z muzyką Händla okazało się tak niesatysfakcjonujące, momentami wręcz niemiłe dla ucha. Simone Kermes włożyła wiele wysiłku w to, żeby było głośno, szybko i wysoko. Wśród kaskady technicznych popisów z braku tchu śpiewaczka zwyczajnie się darła, nie mogąc dociągnąć dźwięku do końca. Towarzyszyła temu dynamiczna nadekspresywność ruchowo-mimiczna, która do mnie zdecydowanie nie przemawia. Wolałabym więcej muzyki, a mniej teatru. No, fanką p. Kermes to ja jednak nie będę. Wydaje mi się, że jednak Händla da się zaśpiewać i lepiej i ładniej. Kolorowa ognisto-zielona suknia i płomienne włosy nie zastąpią braku muzycznych wrażeń.

       Całe szczęście, że między ariami swoje umiejętności mogła zaprezentować świetna orkiestra w koncertach tak Händla, jak Vivaldiego i Geminianiego. Concerto grossi d-moll „La follia” tego ostatniego podobało mi się najbardziej. Nie znałam tego utworu i wywarł  na mnie przyjemne wrażenie. I już wolałabym do końca słuchać tylko orkiestry.

 Geminiani brzmiał mniej więcej tak:


Geminiani - Concerto grossi op.5, La follia

 

       Natomiast w Wielkanocny Poniedziałek kończący  festiwal recital Julii Leżniewej wraz z Ensemble Matheus pod Jean-Christophem Spinosim pozostawił i pozytywne wrażenia, i dużo muzycznego zachwytu, i bardzo pasującą świąteczną radość. Młodziutką, choć już znaną i robiącą oszałamiającą karierę Julię słyszałam na żywo po raz pierwszy, więc tym bardziej byłam ciekawa. Sprawiała wrażenie skromnej i nieśmiałej, ale  kiedy zaśpiewała, słychać było, że to artystka  w pełni ukształtowana o wielkich możliwościach. Wrażenie ogromne! W arii Vivaldiego Zeffiretti, che sussurrate zauroczyła mnie totalnie delikatnością głosu, liryzmem, cudownie współbrzmiącym z partią  skrzypiec.

 

Leżnieva - Vivaldi, Zeffiretti, che sussurrate


        Jest to nagranie właśnie z koncertu z Krakowa, słychać odgłosy z sali. Ale śpiew - po prostu cudny. A w drugiej części najsłynniejsza chyba aria z fletem: Sol da te, mio dolce amore z Orlando furioso Vivaldiego. Nie wiadomo, co podziwiać bardziej:  przepiękną linię melodyczną fletu w wykonaniu Alexisa Kossenko czy delikatną ulotność głosu Julii.


Leżnieva, Kossenko - Vivaldi, Sol da te


       Jak dla mnie, mogliby powtórzyć ten utwór co najmniej trzy razy pod rząd, żebym się nasyciła. W bardziej dramatycznej arii Armatae face podziwiać można było niezwykłą sopranową koloraturę, jakiej jeszcze  dotąd nie słyszałam. Także w Gelosia, tu gia rengi l`alma mia można  zobaczyć, na co Leżnievą stać. Ale tych nagrań nie znalazłam.  To znaczy są, ale nie z Krakowa. W zamian za to, dla porównania, jeden z jej najlepszych występów. Również w Krakowie, w ubiegłym roku. Słynna aria Broschiego napisana dla jego brata, zwanego Farinellim, ze szczególnym uwzględnieniem jego możliwości wokalnych. Rewelacja!

 

Riccardo Broschi - Son qual nave ch'agitata
Julia Lezhneva - sopran


http://www.youtube.com/watch?v=8iOzHZQLPJs&feature=youtu.be

(no niestety, nie dało się wstawić inaczej, nie wiem, dlaczego)

 

       Między ariami prawdziwe show dała orkiestra ze swoim dyrygentem Spinosim. To był sam w sobie koncert zasługujący na odrębny wieczór.  Zwłaszcza w Koncercie D-dur na dwoje skrzypiec i orkiestrę Vivaldiego. Skrzypcowy duet zachwycający. Po raz pierwszy widziałam Spinosiego grającego na skrzypcach, bo dotąd znałam go tylko jako dyrygenta. A w drugiej części z kolei Koncert e-moll Telemanna na dwa flety i orkiestrę. Tutaj znowu Alexis Kossenko i Jean-Marc Goujon dali popis fletowej wirtuozerii. W obu koncertach poza śledzeniem strony muzycznej dla takiego laika jak ja interesujące było też przyglądać się bezsłownemu porozumieniu między muzykami: skrzypkami i flecistami. Od tego zależała cała dialogowa dramaturgia utworów. Nie umiem ocenić, co podobało mi się bardziej: czy niezwykły duet skrzypiec skomponowany przez, jakby nie było, mistrza tego instrumentu, czy brawurowe wykonanie Telemanna, zakończone iście polskim przytupem. Dosłownie!

      Podczas bisów muzycy z Ensemble Matheus pokazali całą radość muzykowania: grali, improwizowali, w końcu wężykiem za Jean-Marc Goujonem niczym flecistą z Hameln towarzystwo całe, schodząc ze sceny z jednej strony, a potem wchodząc z drugiej, rozbawiło publiczność. Sama bym chętnie też powędrowała razem z nimi.

      Spinosi okazał się niezłym showmanem, podobnie jak reszta orkiestry. Bardzo radośnie zakończony ostatni koncert i cały festiwal. Aby było co wspominać do następnego roku.

Poniżej próbka, jaką atmosferę tworzy Jean-Christophe Spinosi ze swoim zespołem :-]

Ensemble Matheus

 

I taka sobie niespodzianka:

 

Jean-Christophe Spinosi w Krakowie


 

 

       Dużo słuchania, bo musi wystarczyć na dłużej. Podpisałam kilka cyrografów, których spełnienie trochę zajmie. Ale o tym po powrocie.

 

Nie dam rady! ;-(

Mam dwa bilety na 6 maja na balet "Opowieści biblijne" w TWON, ale nie będę mogła pójść. Osoba, z którą się wybierałam też ma inne zobowiązania, mnie zmienili godziny pracy... Nie wyrobię za nic w świecie. Miejsca w VI rzędzie na parterze. Kto chętny, niech da znać, a podam szczegóły. Kto z Warszawy, albo blisko, ma okazję... a wszystko przez to moje "mierz siły na zamiary", a tu "rzeczywistość skrzeczy"... limo

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Książka?... Nie, dziękuję!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 20:35

 

      Na wszelkie Dni Czegośtam, mnożące się od jakiegoś czasu, reaguję alergicznie. W całym rocznym kalendarzu nie zostało już chyba żadnego zwykłego, normalnego dnia; wszystkie zostały zajęte i to nieraz kilkakrotnie przez  różne ważne tematy, akcje, sprawy, rocznice, które należy upowszechnić, upamiętnić, nagłośnić. W gruncie rzeczy to bardzo źle o nas świadczy, skoro trzeba aż specjalnej akcji, żeby pamiętać o szanowaniu ptaków (1 kwietnia - Światwy Dzień Ptaków), o niebezpieczeństwie minowym i konsekwencjach ich stosowania (4 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Wiedzy o Minach i Działań Zapobiegających Minom oraz Święto Wojskowej Służby Zdrowia), o poszanowaniu zdrowia i Holokauście (7 kwietnia - Światowy Dzień Zdrowia  i Dzień Pamięci o Holocauście), o mniejszościach (8 kwietnia – Międzynarodowy Dzień Romów), o chorobach, radiu i bezrobociu (11 kwietnia - Światowy Dzień Osób z Chorobą ParkinsonaDzień Radia i Ogólnopolski Dzień Walki z Bezrobociem), o kosmosie i czekoladzie (12 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Lotnictwa i Kosmonautyki oraz Dzień Czekolady), o bezdomnych i kombatantach ( 14 kwietnia - Dzień Ludzi Bezdomnych; 15 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Kombatanta), o zabytkach, prasie, młodzieży, hałasie (18 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Ochrony Zabytków; 20 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Wolnej Prasy; 24 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Solidarności Młodzieży; 25 kwietnia - Międzynarodowy Dzień Świadomości Zagrożenia Hałasem) itp. itd...

      Wszystko to piękne, tylko kiedy normalnie zwyczajnie pracować, skoro cdziennie jest jakies święto? Jednak dzisiaj jest dzień szczególny i to akurat warto świętować, bo już niedługo niektórzy, zwłaszcza przedstawiciele młodego i coraz młodszego pokolenia nie będą wiedzieli, co się świetuje – 23 kwietnia  Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Przynajmniej wiem, jak mogę dzisiejsze święto ochodzić, oczywiście z książką w ręce.

      Lubię czytać Umberto Eco, bo czy zaczyna, czy kończy esej, zawsze sięga do źródeł, czyli literatury starożytnej i średniowiecznej. Wielcy minionych epok napisali już wiele z tego, co my dzisiejsi skłonni jesteśmy uważać za własne odkrycia. Pozanjąc zaś dzieje stosunku do książek, a właściwie do tej jednej, jedynej Księgi, jaką jest świat, można się nieźle zadumać nad kondycją czytelniczą człowieka współczesnego.  W eseju Czytanie świata Eco zanim dojdzie do właściwego meritum swoich rozważań, czyli głębokiego wniknięcia w istotę semiotyki, rozumienia znaków, desygnatów i falsyfikatów, teorii fałszerstwa, symbolizmu, zwierciadła, wpierw – jak zawsze – sięga do źródeł, np. legendy o kalifie który nakazuje zniszczenie Biblioteki Aleksandryjskiej, argumentując: albo księgi te zawieraja tę samą treść, co Koran, a zatem są bezużyteczne, albo mówią o innych rzeczach i wobec tego są fałszywe i niebezpieczne. Kalif znał swoją Prawdę, według której oceniał książki. Natomiast hermetyzm II stulecia poszukuje prawdy, której nie zna, i posiada jedynie księgi. Dlatego też wyobraża sobie i ma nadzieję, że każda książka zawiera szczyptę prawdy i że wszystkie one potwierdzają się nawzajem. W tym synkretycznym wymiarze następuje kryzys jednej z przesłanek racjonalnego modelu greckiego, zasady tertium non datur. Wiele rzeczy może być prawdziwych jednocześnie, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą.

      Lecz skoro księgi mówią prawdę nawet wtedy, kiedy sobie przeczą, znaczy to, że każde ich słowo to pewna aluzja, alegoria. Mówią co innego niż to, co zdają się mówić.

       Przesłanie bibliofilów II stulecia naszej ery, którym patronuje Hermes – symbol stałej przemiany, spirali współzależności i przekraczania granic przestrzennych i czasowych – przemówiło do mnie szczególnie w odniesieniu do książek, które proponują jednoznaczne, bez cienia alegorii, bez finezji aluzyjności, bez tajemnicy symbolu, gotowe do powielania przepisy… 

      Wiem, narażę się tutaj całej masie ich wielbicieli, ale książki kucharskie to najnudniejsze książki, jakie wymyślił człowiek. Tego nie da się czytać! A są tak nachalnie wszechobecne, że nawet ja mam kilka, a to dlatego, że paru znajomym się ubzdurało, że bez nich po prostu nie przeżyję. Więc stoją, owszem, zamknięte w którejś z kuchennych szafek. Każde do nich zajrzenie kończy się frustracją, bo nigdy nie mam potrzebnych składników do czegoś, co wymyślił ktoś w jakimś przepisie. Koszmarne niewolnictwo powielanych receptur! Na takie rzeczy to ja nie mam czasu!


      Coś na ząb – wymyślone ad hoc, bez  zaglądania do książki kucharskiej

Składniki:

resztki ryżu

pół szklanki mąki kukurydzianej

trzy jajka

kawałek białego sera

odrobina zsiadłego mleka, może być naturalny jogurt lub maślanka

świeży szczypiorek

sól, pieprz do smaku

 

      Ryż gotować 15 minut, odstawić do przestudzenia. Twaróg, jajka, mąkę kukurydzianą, posiekany szczypiorek wymieszać dodając mleko lub jogurt. Dodać ciepły ryż i wymieszać, doprawiając do smaku solą i pieprzem, kto lubi, można dodać wszelakie zioła. Wszystko ładnie wymieszać, ulepić kuleczki, ułożyć na blachę wyłożoną papierem, piec w 180 stopniach 25 minut. Po wyjęciu jeść – nawet na ciepło.

      Nie wiem, czy w jakiejkolwiek książce kucharskiej to jest. Takie składniki po prostu znalazłam u siebie po powrocie z pracy, więc postanowiłam z nich coś wykombinować, ot, co.

       Książka kucharska? Nie, dziękuję. Nie skorzystam.

 :-D

 



komentarze (16) | dodaj komentarz

Muszę...

sobota, 21 kwietnia 2012 15:30

 

 

      Muszę czegoś posłuchać, bo mnie zaraz rozniesie, albo ja prędzej coś rozniosę... Na taki pokręcony dzień, jak dzisiejszy, co znaleźć? Mam: Rameau. Właściwie nieważne co, byle on. Ale mam. I to rozpoznawalne brzmienie Les Musiciens du Louvre Grenoble. Całe szczęście, że mam też odtwarzacz, bo głośniki komputerowe ucinają mi połowę dźwięków. No to leci... aż się uspokoję...

 

Rameau, Zaïs - Uwertura

 

Premiera - Paryż 1748

Uwertura obrazuje Chaos i rozdzielające się z niego żywioły. W sam raz na mój aktualny stan ducha, kłębiący się dziś chaotycznie: strumienie, góry, morza, ptaki, słońce świeci pełnym blaskiem, ale... coś się czai. Tylko co? W pasterskiej historyjce napisanej przez Louisa de Cahusaka z muzyką Jeana-Philippe Rameau (1683-1764) czaił się podstęp - próba uwiedzenia  Zelidii, której wierność chciał sprawdzić tytułowy Zais. Eh, ci mężczyźni, nawet jeśli są powietrznymi duchami, wciąż potrzebują potwierdzeń swojej niezwykłości i wyjątkowości. Biedna Zelidia, powinna się obrazić, że jej nie wierzył, a jednak była ponad tę przyziemną męską podejrzliwość. Żywioły tańczą na dobre zakończenie.

 

     Już mi lepiej, to jeszcze jeden kawałek.

Ciż sami: Rameau i Les Musiciens du Louvre Grenoble pod Markiem Minkowskim. Tym razem z tragedii Les Boreades (Z rodu Boreasza),  (tak, tak, tego Boreasza - boga  Wiatru Północnego) nigdy niewystawionej za życia autora. Libretto podobno także Louis de Cahusac.


Rameau, Les Boreades - Minkowski i Muzycy z Luvru

 

     No, dobrze,  idziemy na całość. To jeszcze Platee (Platea) - proszę się nie śmiać! Albo i śmiejcie się do woli, ostatecznie jak zachować powagę, gdy Zeus zjeżdża na chmurze prosto w bagno, a Platea - co prawda nimfa, choć żaba - oczekuje w nim adoratora, na co Zeus w pierwszym porywie  przerażenia po prostu bierze nogi za pas! I stosownie szalona do tematu muzyka Jeana-Philippe Rameau.

 

Rameau, Platee - Mieszkańcy bagna uroczyście tańczą w deszczu

 

Toteż proszę się nie śmiać, że im trochę nie wychodzi ;-)




komentarze (24) | dodaj komentarz

Kraków, dzień pierwszy

środa, 18 kwietnia 2012 17:03

 

 

     Trochę nie po kolei, bo dopiero teraz o pierwszym dniu mojego pobytu na Misteriach Paschaliach, gdy dzień drugi z Bachem i jego Pasją Mateuszową już opisałam wcześniej. Kolejność wyznaczona raczej stopniem intesywności wrażeń niż chronologią.

      W wielkoczwartkowy wieczór 5 kwietnia zasiadłam w fotelu Filharmonii Krakowskiej z oczekiwaniem na Judytę (La Giuditta) Alessandro Scarlattiego. O wiele bardziej jednak niż treść oratorium interesowała mnie La Venexiana, włoska grupa wokalno-instrumentalna założona przez Claudia Cavinę w 1996 r. Słuchałam i oglądałam ich występy jedynie z nagrań, jednym z ostatnich był Powrót Ulissesa Monteverdiego, w którego muzyce La Venexiana się specjalizuje, choć do niej nie ogranicza. Tym razem miałam posłuchać ich występu na żywo, a wraz z nimi Robertę Mameli, włoską śpiewaczkę obdarzoną jasnym i głębokim sopranem o wielobarwnych odcieniach. Byłam ciekawa jej występu w partii zdeterminowanej i odważnej Judyty. Postać bohaterki wymaga z jednej strony właśnie odwagi i zdecydowania, a z drugiej typowo kobiecej delikatności, która ma zwieść Holofernesa co do prawdziwych intencji Judyty.

      Oratorium Scarlattiego jest dwuczęściowe. Część pierwsza  mniej mi się podobała, to jakby wprowadzene, prolog i zawiązanie akcji, libretto takie sobie, mało dramatyczne. Dopiero część druga nabiera tempa i dynamiki.  Już sam początek drugiej części jest ciekawszy.  Arie  Ozjasza, Judyty i kapitana są o wiele bardziej dynamiczne i zróżnicowane. Francesca Lombardi jako Ozjasz w pełni zaprezentowała się w ariach Se la gioia i Addio cara liberta. Z kolei Anicio Zorzi Giustiniani (kapitan) bardzo dobrze wypadł w Su, che tardi? Najsłabszym głosem okazała się  Marta Fumagalli jako Holofernes, momentami była słabo słyszalna, ale w duecie Mio conforto z Judytą (Roberta Mameli) ich głosy okazały się dość harmonijnie zestrojone.

      Sama Roberta Mameli była oczywiście ozdobą i gwiazdą wieczoru. Byłam pod wielkim wrażeniem siły i dramatyzmu jej głosu. Poza tym prezentowała się bardzo dostojnie, jak przystało na dumną obrończynię Betulii, ratującą ojczyznę przed znienawidzonym wrogiem. Nie da się ukryć, że oprócz pięknego głosu, Roberta Mameli dysponuje także nieprzeciętną urodą i sceniczną elegancją. Potrafiła pokazać zarówno zimne wyrachowanie, kierujące jej bohaterką, ale też energię i siłę aż iskry leciały w arii La tua destra (z towarzyszeniem trąbki). A zaraz potem spokój i dumę z wykonanego zadania w Ma, che piu tardo – zabiła go i już. Odcięła Holofernesowi głowę.

      Na zakończenie ładny finał na pięć głosów Opra sol quell Dio. Taki był muzyczny początek mojego świętowania w Krakowie. Moje pierwsze Misteria Paschalia na żywo. Mam nadzieję, że nie ostatnie. 

 

Roberta Mameli w Vivaldim

 

Na razie  nie mogę znaleźć Scarlattiego w wykonaniu Roberty Mameli, a szkoda. Wszystko zostało tylko w mojej pamięci. Ale zdaje mi się, że Dwójka transmitowała ten koncert, więc nagranie jest... gdzieś...:-/

 

A tu przykład Se la gioia, ale w zupełnie innym wykonaniu

 

Scarlatti, Se la gioia (aria Ozjasza)

 




komentarze (18) | dodaj komentarz

Muzyka na dobranoc

poniedziałek, 16 kwietnia 2012 21:46

 

 

       Robert Schumann, Humoreske op. 20

 

I. Einfach

Sehr rasch und leicht

 Noch rascher

 Erstes Tempo Wie im Anfang 

 II. Hastig

 Nach und nach immer lebhafter und stärker

 Wie vorher

III. Einfach und zart

- Intermezzo

IV. Innig 

Schneller 

V. Sehr lebhaft

Immer lebhafter

VI. Mit einigem Pomp 

VII. Zum Beschluss

 

Piotr Anderszewski - Humoreske 1

 

Piotr Anderszewski - Humoreske 2

(i ktoś głupio uciął)

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 109  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378109

Lubię to