Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Polonica

niedziela, 27 marca 2016 11:26

        Feliks Tournachon - rudy olbrzym o życzliwym sercu, potomek  lyońskich drukarzy, został cenionym fotografem znanych osobistości swoich czasów. Wcześniej jednak wsławił się jako jeden z pierwszych podróżą balonem, a w 1830 roku zaciągnął się do polskiego oddziału, aby wziąć udział w powstaniu listopadowym. Z tej okazji też przybrał spolszczone nazwisko: Turnaszewski. Podzielił los wielu powstańców najpierw dostając się do niewoli, następnie emigrując przez Niemcy do Francji. Do końca pamiętał o swoim polskim epizodzie w życiorysie i zawsze spełniał toasty na cześć Polaków.

 

        Gerard de Nerval w 1831 roku napisał "polski" wiersz Naprzód marsz! wzywający do pomocy Polakom w walce przeciw tyranii. Dwa lata później pisze poemat o Bolesławie Chrobrym, wzorując się na "Śpiewach historycznych" Niemcewicza. Z kolei w 1847 bohaterem wiersza Opactwo Saint-Germain-des-Pres czyni mieszkającego tam po abdykacji polskiego króla Jana Kazimierza. Nerval był także słuchaczem wykładów Mickiewicza w College de France, co znalazło odbicie we fragmencie Les Illumines. Polska utrwaliła się także w osobistych dziejach rodziny Nervala. Jego ojca ranionego pod Wilnem ukrywała polska hrabina, o której wspomnienie pozostało zawsze żywe w rodzinnych przekazach.

 

         Jeden z najbardziej podziwianych tenorów I połowy XIX wieku - Adolphe Nouritt - po samobójczej śmierci doczekał się w Marsylii mszy żałobnej, podczas której na organach grał Fryderyk Chopin wracający wówczas z Majorki.

 

        Jack London w 1912 (? nie znalazłam potwierdzenia daty) był drużbą na ślubie inżyniera, geologa, etnografa, badacza Mandżurii i Syberii  (a także szpiega!) Kazimierza Grochowskiego z Amerykanką Elizabeth Jumith.



komentarze (4) | dodaj komentarz

Na początku była nuda

sobota, 19 marca 2016 19:01

      Znałam Brodskiego tylko jako poetę. Dlaczego właściwie nie czytałam innych rzeczy, nie wiem. Zapełniając wielką dziurę w moim czytelnictwie czytam właśnie zbiór Pochwała nudy, a w nim eseje i wykłady. Co jeden to lepszy. Zaczyna się od wspomnień z dzieciństwa, ale najciekawsze są refleksje o kondycji pisarza na obczyźnie, o twórczości miłosnej, o podróżowaniu, o nudzie wreszcie. Poznaję Brodskiego dowcipnego, sarkastycznego, wizjonerskiego, prowokacyjnego. Tyle smaczków. Pochwała nudy to taka lektura, która przypomina, na czym polega przyjemność czytania. Delektowanie się słowem, frazą, porównaniem, myślą, błyskotliwym skojarzeniem, refleksyjną pointą, w której odkrywamy swoje własne odczucia i prawdy.

      Podoba mi się szczerość Brodskiego głoszącego przed audytorium złożonym z ludzi pióra, ludzi, z którymi dzielił los emigranta, gdy mówi: brak prestiżu to coś, czego żaden pisarz, czy to na wygnaniu, czy nie, nie zniesie. Gorzka diagnoza duchowego stanu zagubienia i otępienia pisarzy emigracyjnych prowadzi do tak oczywistych podsumowań, że człowiek się dziwi, dlaczego nikt wcześniej tego nie napisał. Ba, dlaczego się o tym nie pamięta dzisiaj, gdy okazuje się, że ich trafność nabrała jeszcze większej mocy, jak choćby obserwacja, że w naszych czasach na jednego czytelnika przypada zbyt wielu pisarzy.

      Dosyć nieswojo się czułam, czytając Miasto jak każde. Dlaczego? Okazało się bowiem, że autor zwiedził moje sny. To straszne! I fenomenalne zarazem, gdy okazuje się, że nie tylko ja zastanawiałam się wiele razy nad przestrzenną układanką, w której czasem się poruszamy. Pytanie zasadnicze brzmi, jaki ślad pozostawiają w naszej pamięci obce miejsca, które zwiedzaliśmy? Ile zdołamy zapamiętać i jak zapamiętane obrazy funkcjonują potem gdzieś w zakamarkach naszej podświadomości? Dlaczego na dowód naszego pobytu potrzebujemy setek zdjęć, bo inaczej cały pobyt w obcym mieście przesunąłby się poza grancie realne? Z setek fragmentów zwiedzanych miejsc wyobraźnia układa jedno uniwersalne miasto idealne, w którym przebywają nasze wspomnienia. Zjawisko to tłumaczy doskonale moje osobiste doświadczenia z przestrzenią snu, w którym zawsze pojawiają się miejsca z przeszłości, miejsca, w których niegdyś mieszkałam, ale nigdy to, w którym mieszkam teraz.

        Błyskotliwy esej Altra Ego rozwiewa wszelkie złudzenia kobiet sadzących, że poeci piszą wiersze miłosne dla nich i o nich. Nic bardziej mylnego! Albowiem wiersz miłosny jest z konieczności przedsięwzięciem narcystycznym. (...) zakrawa bardziej na autoportret niż portret ukochanej czy jej świata. Słowem: wiersz miłosny to tylko stylistyczna wprawka na własny temat, gdyż rzeczywista aparycja adresatki jest bez znaczenia , nie chodziło bowiem o jej uwiecznienie. Chodziło o uwiecznienia osiągnięć duchowych, które stanowią ostateczny dowód istnienia poety. Chciałoby się ostrzec więc wszelkich adresatów, adresatki i czytelników przed naiwnością czytania dosłownego. Odkrywanie zaszyfrowanych portretów, jak w pewnej galerii, na którą powołuje się Brodski, to czytanie pozorów. Inspiracja jest znacznie głębsza, jest nią ta właściwa i jedyna muza, która nie ma ani nazwiska ani realnego portretu czy zdjęcia. To by się zgadzało, przecież Beatrycze umarła, a Dante nadal pisał. Jej realne istnienie nie było mu do tego potrzebne ;-)

       Tytułowa Pochwała nudy to dowcipne namaszczenie na drogę w przyszłość absolwentów pewnego college`u. Niemniej lekcję z krótkiej przemowy można odebrać uniwersalną: o wadze najdrobniejszych codziennych doświadczeń, o nauce pokory, o szacunku dla upływającego czasu, o roli autorefleksji w poznaniu samego siebie, o właściwym rozpoznaniu swojego miejsca w życiu i w świecie. Bo nuda nierozerwalnie związana jest z czasem, bardzo długim czasem, z nieskończonością. A my tu i teraz nie mamy tego czasu aż tyle. Dlatego warto się zastanowić, jak swój czas dobrze wykorzystać i dobrze przeżyć.

 

Josif Brodski: Pochwała nudy. Przekład: Anna Kołyszko, Michał Kłobukowski. Wstęp i opracowanie Stanisław Barańczak. Wydawnictwo Znak. Kraków 2016.



komentarze (6) | dodaj komentarz

Bruksela od wewnątrz

środa, 09 marca 2016 18:58

      Namówiła mnie Stokrotka. A właściwie namawiać nie musiała, tylko poinformowała. Dzięki niej udało mi się poznać Agnieszkę Korzeniewską, autorkę dwóch książek: Zabiorę Cię jesienią do Brukseli i W deszczu tańcz. Najpierw w arcyciekawej osobistej opowieści poznałam historię wyjazdu dziewczyny z Podlasia (z Siemiatycz) do Brukseli, aklimatyzowania się w europejskiej stolicy, dojrzewania do decyzji o pozostaniu tam na stałe oraz genezę obu książek. 

       Autorka nie unikała odpowiedzi na trudne pytania o problemy obywateli Belgii z muzułmańskimi migrantami, wzajemne relacje na przykład w pracy, dzieliła się własnymi obserwacjami i doświadczeniami, opowiadała o reakcjach towarzyszących ubiegłorocznym jesiennym zamachom w Paryżu i realiach życia podczas ogłoszonego wówczas w Brukseli najwyższego stopnia zagrożenia terrorystycznego. Świadectwo osoby tam mieszkającej ma większą wartość emocjonalną i bardziej porusza wyobraźnię niż fakty podawane przez agencje informacyjne. Choćby dlatego warto było na spotkanie się udać.

        Wyszłam stamtąd także z nowym nabytkiem, książką o Brukseli. Poznawanie innych krajów i miast widzianych oczami podróżników, turystów, wieloletnich mieszkańców, obserwatorów życia codziennego to jeden z ciekawszych reportażowych czy wspomnieniowych wątków. Lubię je czytać. Toteż z zainteresowaniem zagłębiłam się w lekturze i - muszę przyznać - dzięki sprawnej, nieprzegadanej narracji, a zarazem widocznej w opowieściach o ludziach ciepłej i życzliwej światu postawie samej autorki, popadam to w zadumę, to w zachwyt, to w liryczne wzruszenia.

         Zaletą książki jest jej osobisty, aczkolwiek pozbawiony ckliwości ton. Agnieszka Korzeniewska oprowadza czytelnika po uliczkach, zaułkach, zaprasza do ulubionych kawiarni, parków i dzielnic. Równolegle snuje życiowe opowieści i ludziach, o konkretnych postaciach, które w Brukseli znalazły swoje miejsce na stałe bądź tylko tymczasowo. Bohaterowie przewijający się na kartkach książki są całkiem zwykli i niezwykli zarazem: dwaj sąsiedzi z zapałem pilnujący jej domu, gdy pozostaje pusty na czas wyjazdu jego mieszkańców, polski Żyd, lekarz, co tydzień przychodzący "na herbatkę", a przy tym niewzruszenie inkasujący opłatę za "niezamawianą" wizytę lekarską, pani Bolle udająca się na zakupy do miasta w jednym kapciu z powodu spuchniętej nogi, Julka, która dzięki uporowi wbrew wszystkim i wszystkiemu zdobyła wymarzoną pracę, zakochana Nataszka opuszczająca w skrajnym psychicznym wycieńczeniu męża... Najbardziej wzruszyła mnie opowieść o Malwince, dziewczynie piekarza, piszącej niesamowite teksty do szuflady. Prosty chłopak, piekarz, widząc, że Malwinka po pracy nocami tyle pisze do szuflady, w tajemnicy wysłał jej teksty do kilku renomowanych redakcji w Paryżu. Nadeszły trzy propozycje współpracy literackiej z jego Malwinką i dlatego postanowili zostawić piekarnię i wyruszyć w nowy świat, nowe życie.

       Agnieszka Korzeniewska przeplata opowieści o ludzkich losach z refleksjami o historii miasta, obyczajach mieszkańców, podziwianych zabytkach, prowadząc nas bardzo osobistymi szlakami. Warto podążyć jej śladem, poznając smaki, zapachy, kolory i atmosferę Brukseli poznawanej oczami Polki, która z rodzinnego Podlasia zabrała do stolicy Europy dwa przygarnięte psy. Jest to książka bardzo prywatna i zarazem otwierająca na drugiego człowieka. Ciepła i delikatna, nienużąca i z nutą łagodnego humoru. Chciałoby się tylko, żeby korekta językowa była nieco lepsza, bo łapię się na tym, że chwytam długopis i poprawiam sama.

 

Agnieszka Korzeniewska: Zabiorę Cię jesienią do Brukseli. Wydawnictwo Bee The Adventure Ltd. 2015.



komentarze (9) | dodaj komentarz

Między słowami

czwartek, 03 marca 2016 22:56

        Polski pisarz, który w okresie swojej działalności konkurował z najpopularniejszymi światowymi autorami podróżniczych bestsellerów: Mayem, Kiplingiem i Londonem, w powojennej Polsce został skazany na czytelniczy niebyt. No bo skoro się pisało o powiązaniach Lenina z niemieckim wywiadem, to czego się potem spodziewać? ;-) 

        Ferdynand Antoni Ossendowski (1878 - 1945) pisał książki barwne, przygodowe, podróżnicze, a w zasadzie niewiele musiał zmyślać, gdyż jego życiorys mógłby posłużyć i za materiał literacki, i za scenariusz oskarowego filmu. O ile znalazłby się reżyser gotowy sfilmować opowieść o człowieku, który:

- studiował nauki matematyczno-przyrodnicze w Petersburgu, a fizykę i chemię na Sorbonie;

- zamiast zostać na uczelni i rozwijać pracę naukową, wypuścił się w dalekie podróże (Kaukaz, Bajkał, Mandżuria, Chiny, Indie, Japonia, Sumatra, , awantury polityczne, działalność wywiadowczą i nie wiadomo, co jeszcze, bowiem tajemnicę swojej roli w Mongolii u boku Ungerna zabrał do grobu;

- został osobistym wrogiem Lenina;

- znał biegle 7 języków, w tym takie egzotyczne jak chiński i mongolski;

- został skazany na śmierć za działalność antyrosyjską i tylko cudem uniknął wykonania wyroku, ale  półtora roku w twierdzy siedział;

- najpierw działał przeciw Rosji carskiej i represjom rosyjskim, a po wybuchu rewolucji październikowej został doradcą admirała Kołczaka i dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik bolszewizmu i komunizmu;

- napisał 77 książek;

- po jego śmierci w `45 roku Rosjanie rozkopali jego grób, żeby sprawdzić, czy osobisty wróg Lenina naprawdę nie żyje.

       Zasłynął przede wszystkim jako autor wspomnieniowo-awanturniczo-przygodowej opowieści o ucieczce z Rosji przez tajgę do Mongolii opublikowanej pod tytułem Zwierzęta, ludzie, bogowie w 1921 roku, w krótkim czasie osiągając 19 tłumaczeń na języki obce. W wielkości nakładów książek w okresie międzywojennym (ponad 80 mln) i liczbie tłumaczeń wyprzedzał go tylko Sienkiewicz.

        Czytanie Ossendowskiego to przyjemność połączona z niedowierzaniem. Pamiętam, że w trakcie lektury Zwierząt, ludzi i bogów co rusz nachodziła mnie myśl, że to nie może być prawda, że autor zmyśla. Ale jego życiorys sugerowałby coś zupełnie odwrotnego: na pewno wiele rzeczy pominął! Gdyby żył w dzisiejszych czasach, mógłby zostać autorem szpiegowskich bestsellerów ;-)

      Tymczasem jednak zagłębiłam się w rzecz nie tak awanturniczą, choć tajemniczą i nostalgiczną wielce: Huculszczyznę. Gorgany i Czarnohorę. Jedną z czterech książek Ossendowskiego napisanych w ramach przedwojennego cyklu Cuda Polski. Wiem, tamten świat już nie istnieje. Nie tylko nie istnieje w naszych granicach; nie istnieje w ogóle, ani na terenie Ukrainy, ani Rumunii. To po prostu czas przeszły, ale jak pięknie opisany. Ile tu obyczajowych, językowych smaczków! Zachwyciłam się słowem: kiermanycz, czyli flisak, ten, który steruje spławem drewna - darabą - stojąc przy sterze, czyli kiermie. Z opisu wynika, że kiermanycze to była huculska elita, zawód ten zapewniał lepsze, bardziej dostatnie życie. W jednym rozdziale Ossendowski w bardzo literacki i liryczny sposób snuje opowieść o śmierci sędziwego gazdy, który wspomina swoje życie jako kiermanycza, zanim osiadł na stałe i wybudował grażdę. Towarzyszą temu drobiazgowo przedstawione obyczaje pogrzebowe, cały zespół wierzeń będących mieszaniną pogaństwa i chrześcijaństwa. Ale zaraz dalej czytamy o letnim wypasie na połoninach. W równie malowniczy sposób opisanym.

      Przyrodnicze wykształcenie Ossendowskiego pozwala mu w naturalny tok opowieści wplatać opisy górskiej roślinności, nie pomija przy tym walorów turystycznych, sportowych, historycznych, i właśnie obyczajowych. Ale ile w tym wszystkim liryzmu! Pod piórem Ossendowskiego zimne skały i góry żyją, starzeją się, radują w słońcu lub płaczą w deszczu, tęsknią i umierają: Na złomach skalnych, na warstwicach pogiętych i w miale piargowym odnalazł hieroglify tajemne i, odczytawszy to pismo kosmiczne, zrozumiał sędziwość tych gór, ich milczące przerażenie i tragiczne etapy bezkresnego konania.

       Zadziwiające bywają zbieżności słów, językowe podobieństwo, albo też całkowita ich odmienność. Czy Hajnówka ma coś wspólnego z huculskim hajnem, czyli niedźwiedzim barłogiem? A kujawa, w znaczeniu łąka czy dała początek Kujawom? Bardzo malownicze określenie torbej - żebrak: chyba od torby żebraczej, wędrowiec z torbą? No i to kresowe pysanie, czyli zdobienie rzeźbą, inkrustacją, wypalaniem. Stąd pisane meble, skrzynie, beczki, łyżki... Hodowanec - przybrany syn; ciekawe, bo w moich stronach mówi się dochowaniec w podobnym znaczeniu na kogoś, kto dochowa starego człowieka (nie należącego do rodziny) i potem dziedziczy po nim.

       Z małych, choć wartkich źródlisk zrodzonych z Howerli mknie pienny Prut w swych brzegach urwistych na północ, setki rzeczek i potoków przyjmując sprawa i zlewa, aż, przeciąwszy niby nożem stłoczone zbiegowisko domów Delatyna, skręca na wschód, by uradować swym widokiem Kołomyję i Śniatyń, bez wiz i przepustek wedrzeć się do Rumunji, popędzić przez nią, bo taka już mu wypadła droga ku morzu. Od jego groźnego przełomu w skałach twardych piaskowców pod Jaremczem pobiegły ścieżki ku południowi - tam, gdzie niby siny mur zębaty, wznosi się duma i krasa Karpat polskich - Czarnohora potężna i malownicza, źródło natchnienia  dla Hucułów i ich miłości  dla tej wierchowiny...

 

Ferdynand Antoni Ossendowski: Huculszczyzna. Gorgany i Czarnohora. Reprint przedwojennego wydania z 1936 r.



komentarze (16) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 089  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378089

Lubię to