Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mickiewicz na ołtarzu

czwartek, 26 lutego 2015 21:38

         Wcale nie w sensie patriotycznego ołtarza Ojczyzny, ale dosłownie - w kościele. Na Wawelu! W ołtarzowym obrazie wawelskiej kaplicy Zadzika w postaci Jana Chrzciciela sportretowany został Adam Mickiewicz. W ten sposób przyjacielskie więzi z poetą upamiętnił autor dzieła, Wojciech Korneli Stattler, którego Mickiewicz poznał był podczas pobytu w Rzymie w 1830 r. 

          Wojciech Korneli Stattler (1800 - 1875), rokujący wielkie nadzieje malarz wywodzący się ze szwajcarskiej rodziny osiadłej w Warszawie, wyruszył do Rzymu na studia malarskie już w roku 1818. Kiedy więc Mickiewicz z Antonim Edwardem Odyńcem przybył do Wiecznego Miasta, Stattler znał je jak własną kieszeń, a nawet miał już włoską narzeczoną Klementynę  Zerboni di Colonna. Trzej młodzi Polacy szybko się zaprzyjaźnili, a Odyniec i Mickiewicz prowadzili signorinę Klementynę do ślubu jako drużbowie (w zastępstwie nieżyjącego ojca panny młodej, będącej półsierotą).

         Stattler szybko stał się dla Mickiewicza przewodnikiem po rzymskiej architekturze i dziełach sztuki malarskiej. Pomógł z pewnością przyjacielowi uporządkować wrażenia, bowiem na początku, jak poeta wspomina w liście z grudnia 1829 r.: Rzym mię zagłuszył i kopuła św. Piotra nakryła wszystkie pamiątki włoskie. Już wkrótce, być może jeszcze w grudniu, albo zaraz w styczniu 1830 r. doszło do spotkania Mickiewicza ze Stattlerem przy wzajemnej, jak się wydaje, fascynacji, która przerodziła się w długoletnią przyjaźń. Właściwie przerwała ją dopiero śmierć Wieszcza, gdyż po raz ostatni widzieli się tuż przed wyjazdem poety do Stambułu, w 1855 r. w Paryżu. Stattlera fascynowała ponura melancholia starszego nieco ponad rok rodaka, widząc jak z obserwacji rzymskiej atmosfery między starożytnością a nowoczesnością odczytuje uniwersalne losy ludzkości. Podziwiał go do tego stopnia, że wraz z żoną zamierzał nadać swojemu pierwszemu synowi imię Adam i zaprosić na chrzest. Nie stało się tak, ponieważ sam Mickiewicz odradzał, twierdząc, że to niezbyt szczęśliwe imię.

             Z kolei wieszcz Adam nie tylko śledził dokonania twórcze Stattlera, dopytywał w listach o aktualne prace, ale i sam podsuwał mu pomysły. To z jego inspiracji powstał jeden z najsłynniejszych obrazów polskiego romantyzmu - Machabeusze, za który malarz otrzymał złoty medal na wystawie Salonu Paryskiego w roku 1844, obecnie eksponowany w Sukiennicach w Krakowie.

           Stattler przeżył przyjaciela o 20 lat i zdążył uwiecznić go jeszcze we wspomnieniowej pracy Przypomnienie starych znajomości, pisanych dla swojej żony. Nie omieszkał opisać tam nawet sławetnego ślubu w rzymskim kościele San Lorenzo in Lucina, podczas którego dwaj przyjaciele, Mickiewicz i Odyniec, prowadzili jego narzeczoną do ołtarza.

           Wracając zaś do malarstwa, jest taki młodzieńczy portret Adama Mickiewicza, na którym zadumany poeta patrzy nam prosto w oczy, ale dusza w ten czas daleka, ach daleka... gdzieś pewnie błąka się w ojczyźnie myśli. Autorem portretu, którego oryginał zaginął niestety (przetrwał szkic ołówkiem w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie), jest Wojciech Korneli Stattler, a te same rysy odnajdujemy w twarzy Jana Chrzciela w ołtarzu kaplicy Zadzika na Wawelu.  

 

Rysunkowa wersja Portretu Adama Mickiewicza Wojciecha Stattlera

DSC02111.JPG

 

Wiadomości i zdjęcie portretu zaczerpnęłam przede wszystkim z książki Andrzeja Litworni Rzym Mickiewicza. Poeta nad Tybrem 1829 - 1831.



komentarze (9) | dodaj komentarz

Na chybił trafił

sobota, 21 lutego 2015 22:21

Z okazji Międzynarodowego Dnia Języka Ojczystego

 

1. Dziwna nauka Pana naszego: ludzie bogate a pany czestne błogosławią zawżde, a on ubogie duchem błogosławi, jiż czci ni jimienia tego nie dbają

(Kazanie na Dzień Wszech Świętych, poł XV w.)

 

2. Dusza idzie z krwawym potem;

Co mnie dzisia, to wam potem. Amen

(Skarga umierającego, koniec XV w.)

 

3. Usechł z tesknice. Potem jego ciało

Kwiatem się stało.

(Mikołaj Sęp-Szarzyński)

 

4. Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty.

(Ignacy Krasicki)

 

5. W świecie, daleki od świata,

Gdy mój nim umysł pomiata

(Franciszek Dionizy Kniaźnin)

 

6. (...) Mieć nie będziecie nawet moich kościów.

Tu mi czytelnik zapewne daruje

Trochę w tej mowie niegramatycznościów

(Juliusz Słowacki)

 

7. .. stambulskie oddycha gorycze

Lub pije z chińskich ziół ciągnione treści

(Adam Mickiewicz)

 

8. Gdzie ? tych słów wielkich jest wspólna kraina,

jedna dla ludzi wszystkich i taż sama

(Cyprian Norwid)

 

9. Dni stwardniały od zimna i nudy jak zeszłoroczne bochenki chleba. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemności, odpływaliśmy na jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicość

(Bruno Schulz)

 

10. A już się wydawało, że cała Polska

nabierze wody w usta

i znowu będzie od morza do morza.

(Ryszard Krynicki)

 

11. Zatrzasnęły się za nim wrota gramatyki.

Teraz szukajcie go w gajach i puszczach słownika.

(Czesław Miłosz)

 

12. ... mówimy do siebie dalej nierdzewnymi słowami

(Ewa Lipska)

 

13. Z piasku fiolety ostu podnoszą

Kłujące kwiaty błyszczącym osom

(Anna Pogonowska)

 

14. Nazwy, które dla pisanych utworów quasi-fantastycznych wymyślałem był, przekoczowały już na łamy i stronice słowników informatyczno-komputerowych i odnośnych pism specjalistycznych (Stanisław Lem)

 

15. Niedookreślona ponadpowiatowość wierszy

kiepskiego poety

ścina cię z nóg w tym samym stopniu

co miałka elokwencja uroczystych fraz

(Urszula Kozioł)

 

16. Rzecz jasna, zwrot "mniemam raczej" jest to jednakże zastrzeżeniami obwarowywanie wycofywania się, i byłoby naprawdę czymś bardzo ciekawym móc się dowiedzieć, na czym mogłyby zastrzeżenia i polegać i opierać się. Niemniej jednak, z zastrzeżeniami czy bez zastrzeżeń, niewątpliwie z domysłu, którego istotę już znasz, wycofał się, bo właśnie - powtórzę to również - sam musiał mieć świadomość, że powiedział głupstwo. Bo i w rzeczy samej jest to (czy było) głupstwo wielkie, czyli inaczej: jawna zupełnie niedorzeczność.

(Teodor Parnicki)



komentarze (10) | dodaj komentarz

Harfa natchnienia Chopina

piątek, 13 lutego 2015 23:13

        DSC02064.JPG

         Bolesław Biegas (1877 - 1954) w secesyjnej rzeźbie Harfa natchnienia przedstawił Chopina niemal w całej postaci, spowitego w rozwianą materię, wznoszącego się nad niżej umieszczoną harfą. Na jej strunach czyjaś - Ducha? Dajmoniona? Boga? Natury wreszcie? - dłoń wygrywa dźwięki, w które wsłuchuje się kompozytor wznosząc twarz z zamkniętymi oczami. Muzyka, owijając postać Chopina w materializujące się harmonie, zdaje się pochłaniać jego postać, krępując ramiona, a zarazem unosi gdzieś wyżej, w pozaziemską sferę boskiej sztuki. Dzieło Biegasa jest próbą oddania istoty muzyki w materialnym języku rzeźby. Czy jest to próba udana, odpowiedzieć musi sobie każdy sam stając przed nią, zwłaszcza po uprzednim wysłuchaniu utworów kompozytora, obejrzeniu innych jego portretów, zanurzeniu się w świat paryskiej opery opisywany w listach do przyjaciół, skonfrontowaniu opinii, prześledzeniu recepcji muzyki Chopina w późniejszych epokach.

         Wystawa Niepokój i poszukiwanie. Polscy i norwescy twórcy czasu przełomów zaprezentowana w Muzeum Chopina w Warszawie może się wydawać sztucznym tworem. No bo że Chopin, to zrozumiałe, ale skąd Norwegia? I dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że norweski kompozytor Thomas Dyke Acland Tellefsen, ur. w Trndheim w 1823, zmarły w 1874 w Paryżu, był jednym z ważniejszych uczniów Chopina, a po śmierci swojego mistrza przejął innych jego uczniów. Tellefsen, podobnie jak Chopin, skomponował dwa koncerty fortepianowe, poza tym wiele swoich dzieł zadedykował Polakom, znanym w Paryżu przedstawicielom polskiej arystokracji.

          Przemierzając wystawę śledzi się zaułki (dosłownie - bo usytuowane w osobnych niewielkich salach) muzyki norweskiej, od niewątpliwie najbardziej znanego Edvarda Griega i wspomnianego Tellefsena, następnie przyglądamy się próbom uchwycenia muzyki Chopina w dziełach plastycznych, malarstwie, rzeźbie, dochodząc do centrum, w którym przemierzamy biografię kompozytora prowadzeni przez fragmenty jego listów, fotografie, nagrania utworów. Naszym przewodnikiem jest - nomen  omen - prawdziwy symbol czasu przełomu XIX i XX wieku: Stanisław Przybyszewski, którego fragmenty książki Szopen a Naród wybrane zostały jako motto do poszczególnych sal wystawowych.

          Trzeba przyznać, że demoniczny Przybyszewski, portretowany przez Edvarda Muncha jako szatan, obok uwielbienia dla Chopina wygłasza też ostre uwagi o nierozumieniu jego muzyki przez innych. Zdecydowanie odmawia na przykład tej umiejętności Francuzom, twierdząc, że właśnie oni najmniej z jego muzyki potrafią odczuć.

         Wiele ciekawostek zapada w pamięć, odkrywcze skojarzenia, na które nie wpadłabym sama, zrekompensowały mi wcześniejsze kilkunastominutowe błądzenie, zanim do Muzeum dotarłam, wybierając jakąś inną drogę poprzez zaułki wcześniej nieuczęszczane. Po pierwsze, co ma wspólnego Grieg z Chopinem? Chyba chodzi o inspiracje muzyką ludową swojego kraju. Bardzo, bardzo ciekawe, ludowe norweskie skrzypce o nazwie hardingfele przyciągają uwagę kolorową ornamentyką, intarsjowanym masą perłową gryfem, gałkami z kości słoniowej. I w tym momencie wysiadł mi telefon, zdjęcia nie mam:-( Dźwiękiem hardingfele Grieg inspirował się w fortepianowym cyklu ludowych tańców Slatter. Po przeciwnej stronie skrzypiec podziwiałam dwuosobowy drewniany taboret do fortepianu państwa Griegów. Również misternie zdobiony ludowymi ornamentami. Jako Chopinowski odpowiednik norweskiej ludowości - fragment autografu Mazurka F-moll, op. 68 - bardzo pokreślony: strzałki, kreski, mazaje, linie, przejścia z góry do dołu strony; intymny zapis twórczego procesu.

         W części malarskiej wystawy przyciągają uwagę ekspresyjne szkice do portretów Chopina Weissa. Twarz kompozytora jest na nich smutna, ekspresyjnie potargana, wykrzywiona. Takiego Chopina raczej sobie nie wyobrażamy. Z drugiej strony inne obrazy - Edvarda Muncha - a na nich często twarz mężczyzny, nienazwanego, ale rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka - to Stanisław Przybyszewski. Tę samą twarz widzimy wyrzeźbioną przez innego norweskiego artystę: Gustava Vigelanda.

          No i część centralna, koliście i chronologicznie ułożone stanowiska z listami, autografami, fotografiami z biografii Chopina i fragmenty nagrań jego utworów. Stanowiska są dwustronne: obchodzimy je po zewnętrznej stronie, a potem po wewnętrznej. Zachwycam się iskrzącymi humorem listami. Dużo w nich autoobserwacji, dystansu do samego siebie, autoironii. I przeczucia śmierci: Jesteśmy stare cymbały - bez lutnisty, który by nas nastroił. Nie umiemy tonów wydawać nowych pod kiepskimi rękami. (...) Zostaniesz jeszcze nad moim kamieniem jak te wierzby nasze, pamiętasz? - pisze do Juliana Fontany, swojego rówieśnika, przyjaciela z czasów warszawskich.

          W listach z Paryża cudownie opisuje wrażenia z oglądanych oper, zdaje sprawozdanie z wystawienia Roberta Diabła Meyerbeera, zachwyca się śpiewem dwóch rywalizujących ze sobą śpiewaczek: Marii Malibran i Giuditty Pasty, jest pod wrażeniem największego ówczesnego tenora - Giovanniego Rubiniego. W listach pisanych z Anglii i Szkocji pozwala sobie na ironiczną charakterystykę funkcjonowania angielskiego dworu: Królowa wyruszyła do Szkocji i cała Anglia uznała za stosowne udać się tam za nią (cytuję z pamięci, może niezbyt dokładnie, ale sens był właśnie taki).

          Taki był ten nasz Chopin. Nie tylko natchniony kompozytor. Także świetny obserwator, wrażliwy koneser sztuki, ironiczny komentator z celnym dowcipem, z talentem literackim. Geniusz po prostu. Inspirujący dla wielu współczesnych i potomnych.

         



komentarze (14) | dodaj komentarz

Co kryje się w nieprzeczytanych książkach?

piątek, 06 lutego 2015 10:38

         Kupić książkę za pięć zł tylko po to, żeby co trzy kartki wpadać w coraz większą frustrację, to tylko mnie się przytrafić mogło.  Wypadałoby rzucić w kąt i zapomnieć. Ale jak zapomnieć, gdy autor oddając głos 47-miu nietuzinkowym osobom zaprasza czytelnika do odbycia 17-tu podróży. Jest w śród nich podróż za miłością i w głąb pamięci, jest podróż w czasie i po złote runo, podróż ku dojrzałości i do kresu rozpaczy. Siedemnaście podróży, w których przewodnikami są ludzie kultury i nauki, polscy i zagraniczni, reporterzy, reżyserzy, filolodzy, historycy, filozofowie, humaniści. Jest w tym gronie wybitny tłumacz Karl Dedecius, najpoczytniejsza polska pisarka Katarzyna Grochola, profesor Sorbony Jean Delumeau, najbardziej rozpoznawalna polska scenarzystka Ilona Łepkowska, doktor habilitowany chemii Janusz Leon Wiśniewski, człowiek znany ze swojego nazwiska Stephen Clarke, a poza tym jeszcze Michel Houellebecq, John Irving, Teresa Walas, Agata Tuszyńska, Olga Tokarczuk i inni. Szkoda wymieniać. Łączą ich dwie rzeczy: wszyscy mają na koncie książki (oczywiście jedni więcej, inni choćby tylko jedną, ale za to tak zwaną poczytną) oraz fakt udzielenia wywiadu Marcinowi Wilkowi, który zebrał je ze swoich prasowych publikacji i wydał w zbiorze W biegu... książka podróżna. Rozmowy z pisarzami (i nie tylko). Teraz zaś dojdzie trzeci aspekt łączący zebranych w książce autorów: większości ich książek po prostu nie znam, o wielu nawet nie słyszałam! Nie mówię tu o powieściach Grocholi, których nie czytam z zasady czy Olgi Tokarczuk, którą czytam z trudem, bo to nie mój ulubiony styl; nie chodzi mi o Oskara i Panią Różę Schmitta, który stał się współczesnym Andersenem, ani o Świat według Garpa Johna Irvinga. Chodzi o Etgara Kereta, pisarza izraelskiego, podobno coraz popularniejszego w świecie, o którym w życiu nie słyszałam; chodzi o Umierających Europejczyków  Karla-Markusa Gaussa, o Tajne służby kapitalizmu Vadima Makarenki, Kulturę kłamstwa  Dubravki Ugresić...  żadnej z tych książek nie znam i to jest powód mojej narastającej frustracji. Kiedy to wszystko przeczytać?! Ba! jak i gdzie wyśledzić, co jest interesujące, ważne, nowe i warte uwagi? A to wszystko przecież już wcale takie nowości nie są. Zostało wydane, gdzieś w obieg puszczone, tylko ja jakoś zostałam poza tym obiegiem. 

           I teraz dołuję się przechodząc od wywiadu do wywiadu, od tytułu do tytułu, na ścianach czytelniczej celi stawiam kreski pod nagłówkiem "nieprzeczytane".  Rośnie frustracja i obliczam zasoby czasu na to, co warte uwagi, bo - parafrazując Karla Dedeciusa - w człowieku tkwi naturalna tęsknota, by dowiedzieć się, co jest za okładkami nieprzeczytanych książek.



komentarze (14) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 886  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
232425262728 

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403886

Lubię to