Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mahler raz jeszcze, Mahlera nigdy dość

wtorek, 28 lutego 2012 23:00

 

 

Kto umie śpiewać Mahlera?

II Symfonia c-moll Resurrection (Zmartwychwstanie), 1894 r

Część IV,  Urlicht - pieśń na alt solo z orkiestrą

 

Urlicht

O Röschen rot!
Der Mensch liegt in größter Not!
Der Mensch liegt in größter Pein!
Je lieber möcht' ich im Himmel sein.
Da kam ich auf einen breiten Weg:
Da kam ein Engelein und wollt’ mich abweisen.
Ach nein! Ich ließ mich nicht abweisen!
Ich bin von Gott und will wieder zu Gott!
Der liebe Gott wird mir ein Lichtchen geben,
Wird leuchten mir bis in das ewig selig Leben!

_____________________________________

Praświatło

O Różo czerwona!
Człowiek jest w największej opresji!
Człowiek jest w największej udręce!
Jak chętnie chciałbym być w niebie.
Wyszedłem na szeroką drogę:
I wtedy przyszedł anioł i chciał mnie odprawić.
Ach nie! Nie pozwoliłem się odprawić.
Jestem z Boga i do Boga chcę iść z powrotem.
Ukochany Bóg da mi światło,
Będzie mi przyświecał w wiecznym błogim życiu.



Ewa Podleś - Mahler, Urlicht

 

Przepraszam… 

        Przepraszam, Panie Schubert, ale nie wystarczy skomponować 600 pieśni, żeby mnie zachwycić.  I nawet nie chodzi o ich temat. Ostatecznie Śmierć i dziewczyna też jest warta uwagi. Owszem, jak najbardziej, ale… ta egzaltacja… To nie w moim guście.  Przepraszam, ale nie będę słuchać Pańskich pieśni  zbyt często, powiem nawet, że słucham ich bardzo, bardzo rzadko, wręcz sporadycznie. I nieważne, że Serenada mi się nawet podoba. Bo jest  to jak najbardziej piękna pieśń. Materiał na przebój: nieco smutku, dużo wzruszenia, delikatna muzyka, melancholia… Więc owszem, lubię, ale bez fascynacji. Człowiek lubi w życiu bardzo wiele rzeczy.  Gdy się pojawią, jest zadowolony, przez moment czuje się szczęśliwy, ale niekoniecznie tęskni.

      Przepraszam, Panie Schumann, ale liryczne wyznania Zakochanego poety to zbyt banalne, aby mnie zatrzymały na dłużej. Więc może Miłość i życie kobiety? No tak, jednak miłości poszukam gdzie indziej, Pan się nie gniewa, Panie Schubert.

      Przepraszam, Panie Chopin, ale 19 pieśni nawet do najpiękniejszych polskich wierszy to za mało, żeby z nich ułożyć top listę wszech czasów. I nieważne, że kiedy Aleksandra Kurzak śpiewa, wreszcie mogę powiedzieć, że nawet mi się podobało. I mimo że na dźwięk archaicznego leci liście z drzewa w mojej pamięci otwiera się cała szuflada z polską poezją, od Kochanowskiego poczynając, nie znajduję okazji, kiedy mogłabym zanucić.

      Przepraszam, Drodzy Romantycy, ale wielka poezja niekoniecznie daje się przekładać na wielką muzykę. Nie umniejszam wartości Waszych dzieł, może ich nawet nie rozumiem, a jak się czegoś nie rozumie, trudno polubić… chociaż tutaj można polemizować. Jestem pewna, że Mahlera rozumiem jeszcze mniej niż Was, a jednak to jego pieśni słyszę nawet nie słuchając,  jego pieśni nucę bezgłośnie w myślach,  gdy ktoś znajomy zauważa z rozbawieniem, że znowu nie odpowiadam na powitalne cześć (no, chyba że akurat powtarzam sobie jakąś włoską arię).

      Panie Schumann, Panie Schubert, Panie Chopin, przepraszam, w tym starciu  Mahler wygrywa harmonią dźwięków, głębią możliwości ludzkiego głosu, precyzją budowania napięcia, porywającą frazą nadziei mimo tragicznego smutku człowieczej egzystencji, delikatnością muzyki mimo olbrzymiej orkiestry, w której Głos nie jest tylko głosem, ale instrumentem. Gustav Mahler jest jak wiatr i ogień, jak ziemia i woda – jest piątym żywiołem muzyki.

      Dziękuję, Panie Mahler!…

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Ich trzech i ona jedna

niedziela, 26 lutego 2012 17:57

 

     

       Postaci męskie - dwóch obsesyjnych pyszałków  i jeden koronowany oportunista (z pewnością najbardziej ludzki z tej trójki) - nie należą zapewne do osób, z którymi chętnie spędzilibyśmy weekend na wsi, na operowych bohaterów nadają się jednak doskonale - pisze o bohaterach Ernaniego Piotr Kamiński. 

      A między nimi Elwira, bezwolny przedmiot potrójnej namiętności, luksusowy mebel wokalny, zapada w pamięć nie tyle dzięki sile charakteru, co dzięki urokom śpiewności (PK,  Tysiąc i jedna opera).

       Angela Meade (sopran) jako Elvira rzeczywiście robiła wrażenie.  Zawsze mam problemy z uchwyceniem specyficznego stylu belcanto. Jakoś nigdy do mnie nie przemawiały popisowe składanki arii choćby największych głosów.  Być może brakowało mi tła, muzycznego kontekstu całej opery, aby dostrzec i różnice, i podobieństwa. Mam wrażenie, że po wczorajszej transmisji Ernaniego z MET odrobinę lepiej rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, a raczej chodziło niegdysiejszym kompozytorom.

       Ernani, piąta z kolei opera Giuseppe Verdiego, a pierwsza we współpracy z librecistą Francesco Maria Piavem, został napisany dla  Teatro La Fenice w Wenecji i wystawiony w 1844 roku. Podobnie jak dramat Victora Hugo, na podstawie którego dzieło  operowe powstało, prezentuje ono nowego romantycznego bohatera uwikłanego w splot nierozwiązywalnego konfliktu między siłą miłości a okolicznościami historycznymi i poczuciem honoru, które prowadzą do katastrofy. W tym konflikcie bowiem bezwzględnie zwycięża honor, nieprzypadkowo przecież dramat Hugo nosi tytuł Hernani, czyli honor kastylijski.  Tylko że dzisiejszy widz zapytać może, o co tyle hałasu i czy przypadkiem ów honor, przypieczętowujący fatalny los bohatera, nie jest przypadkiem zwyczajną głupotą.

      Verdi co prawda polecił Piavemu rzecz całą skrócić, zmienić zakończenie, co nie zmienia jednak wymowy całości, w której główny bohater wierny twardemu kodeksowi i danemu słowu popełnia samobójstwo w dzień swojego ślubu. Oczywiście jego ukochana musi zrobić to samo, bo jaka romantyczna heroina jest w stanie żyć, gdy jej ukochany  odszedł na zawsze?

       Z dzisiejszego punktu widzenia Elvira cieszy się powodzeniem u płci przeciwnej. O jej względy stara się trzech wysoko urodzonych amantów: dwaj książęta i jeden król. Co prawda król nie obiecuje jej małżeństwa, tylko obsypanie złotem, klejnotami i różami, więc może to być cokolwiek dwuznaczna propozycja;  z kolei Ernani mimo że książę, jednak chwilowo ukrywający się jako banita, wyjęty spod prawa zbójca, którego ojciec został z przyczyn politycznych stracony; małżeństwo za to obiecuje i przygotowuje trzeci pretendent - Don Ruy Gomez de Silva, ale... jest stary. 

      Elvira, jak na romantyczną heroinę przystało, kocha tylko Ernaniego, wyjętego spod prawa, ciągle się ukrywającego, narażonego na niebezpieczeństwo zemsty ze strony Silvy, sam też pałający chęcią zemsty na Karolu, królu Hiszpanii, który kazał zgładzić jego ojca. A mnie Marcello Giordani w partii Ernaniego w ogóle nie porwał. Owszem, był raz liryczny, innym razem buńczuczny, albo desperacko gotowy na śmierć, kiedy składa swoją głowę w podarunku ślubnym Silvie, ale dopiero w końcowej arii Solingo, errante e misero poczułam wzruszenie.

        Zupełnie inaczej niż w przypadku Don Carlosa, którego partię śpiewał Dmitri Hvorostovsky (baryton). Postać to niejednoznaczna. Najpierw niby stara się o względy Elviry, kiedy ta go odrzuca, próbuje wziąć ją siłą, niemal pojedynkuje się o nią, następnie, wykorzystując swoją władzę, zabiera jako zakładniczkę. Można by pomyśleć, zakochany szaleniec.  Ale nie, kiedy bowiem Don Carlos zostaje obrany na cesarza, wspaniałomyślnie rezygnuje z miłości, ogłasza przebaczenie  i łaskę dla wszystkich wcześniej spiskujących przeciw niemu, a Elvirę oddaje w ręce dawnego wroga i rywala Ernaniego. Myślę, że on jej tak naprawdę nie kochał. Jego miłością była tylko władza i kiedy ją zdobył,  został w pełni usatysfakcjonowany.

      Dmitri Hvorostovsky (baryton) jako Don Carlos poderwał publiczność w MET do oklasków na stojąco.  Przyłączam się do nich nie tylko dlatego, że jego śpiew był porywający. Także aktorsko pokazał  się ciekawie i – można by rzec – teatralnie, co w przypadku tej postaci, jedynej, która nie ma rysu tragicznego, a nawet prezentuje pewne elementy komizmu, uchroniło całość przed zbanalizowaniem. Miałam wrażenie, że poza kunsztem wokalnym w postawie Hvorostovskiego dało się wyczuć bezinteresowną radość z samego faktu występowania na scenie. Bardzo sympatyczne wrażenie.

      Jeszcze inaczej rzecz się ma z de Silvą, którego partię wykonywał doświadczony i w każdym calu profesjonalny Ferruccio Furlanetto (bas).  Stary książę, beznadziejnie zakochany w młodziutkiej wychowanicy, marzący o ślubie z nią,  zastaje  w przeddzień ślubu w komnacie ukochanej aż dwóch rywali.  Czuje się poniżony, zdesperowany wyzywa ich na pojedynek. Na nieszczęście, jednym z tych rywali okazuje się król Hiszpanii i de Silva zgina przed majestatem władcy kolano. Don Carlos sobie pokpiwa ze starego księcia, że oto na widok króla dziwnie szybko znika z jego twarzy nienawiść i urażona duma. Innym razem znowu wchodzi mu w drogę Ernani, którego z kolei przed zemstą starca chroni bezwzględne prawo gościnności. Silva woli narazić się królowi, oddać mu Elvirę jako zakładniczkę, niż splamić honor wydając na śmierć gościa, którego ukrywa w swoim pałacu. Ale to właśnie on, stary Silva, wodzony za nos przez króla, zawiedziony w miłości, okaże się postacią najbardziej demoniczną. Z aktu na akt w ariach de Silvy pojawia się coraz więcej gniewu i determinacji.  Nie pozostaje mu nic poza zemstą, więc pojawia się na ślubie Ernaniego i Elviry z żądaniem dochowania przysięgi niegdyś złożonej. Ernani, żeby ratować honor, musi spełnić dane słowo – oddaje swoje życie, popełnia samobójstwo. Elvira, jak wspomniałam także, więc na scenie pozostaje  tylko on – Silva, stary, zgorzkniały, nienawidzący wszystkich demon. U jego stóp leży martwa, ponoć kochana przez niego kobieta, a on ma na twarzy gorzki uśmiech śmierci.  A Karol? Karola dawno nie ma,  panuje nad światem jako wspaniałomyślny cesarz, takie przyziemne rzeczy już go nie obchodzą.

       Upór, zaślepienie, honor i śmierć – w tej operze nie ma pozytywnych postaci.  Karol V niby obiecuje, że chce naśladować wielkie przymioty swego protoplasty Karola Wielkiego (O Sommo Carlo), ale ja mu nie wierzę, choć Hvorostovsky śpiewa fenomenalnie.

       Tak naprawdę, wcale nie intryga była najbardziej fascynująca, lecz tercetowe i chóralne arie skomponowane przez Verdiego. W akcie I w komnacie Elviry spotykają się Don Carlos i Ernani i skaczą sobie do gardeł, a Elvira próbuje  ich rozdzielić (Tu se`Ernani).  Każde śpiewa co innego, trzy głosy o odmiennej skali i barwie, a razem brzmią harmonijnie choć dramatycznie.

 

 Verdi, Ernani - Trio z aktu I


W akcie II w Oro, quant`oro słyszymy znowu Elvirę i Ernaniego oraz de Silvę, który posłuszny prawu gościnności przyjmuje rywala pod swój dach.  W akcie III iście Verdiowski chór spiskowców w porywającej przysiędze ślubuje wierność sprawie: Si ridesti il Leon di Castiglia, pod względem wymowy  patriotycznej porównywany ze słynnym Va, pensiero.

 

 Verdi, Ernani - Chór z aktu III i aria O sommo Carlo (Hvorostovsky)

(na zdjęciu Dmitri Hvorostovsky)

 

       A poza tym była to realizacja bardzo tradycyjna, w strojach epokowych, historycznych, bez scenicznych fajerwerków czy nachalnego uwspółcześniania, utrzymana w tajemniczym  i romantycznym nastroju. Taki jest po prostu Victor Hugo.

 




komentarze (18) | dodaj komentarz

Kłamstwo ma krótkie nogi

czwartek, 23 lutego 2012 16:23

 

 

 

 

      Hmm... Czyżby?

Po raz drugi otwieram książkę Paula Ekmana Kłamstwo i jego wykrywanie w biznesie, polityce i małżeństwie. Tym razem dotrwałam do końca. Za pierwzym razem trudność nie polegała na tym, że nudne, ale że wymaga skupienia, wysiłku intelektualnego i natężenia pamięci, o które trudno, gdy i tak codziennie pracuje się umysłowo, czytając setki stron.          

        Nie powiem, żebym się nauczyła wykrywać kłamstwo na podstawie jednej książki. Do tego trzeba wielu ćwiczeń i treningu, a ja tylko zapoznałam się z teoretycznym opisem problemu. Ale może dzięki tej teorii, spróbuję uważniej przyglądać się ludziom, z którymi rozmawiam? Nikt nie chce być okłamywany. Choć Ekman pisze o sytuacjach, gdy kłamca i okłamywany mają wspólną korzyść w tym, żeby kłamstwo nie wyszło na jaw. No, nie wiem... Na dłuższą metę to chyba nie jest jednak korzystne i pogrąża w bagnie niedomówień, uników, fałszu, samookłamywania się, a w konsekwencji całkowitej fikcji, jak w świecie wirtualnym.

         Parę terminów:

  • błąd Otella – te same zachowania, przecieki, oznaki zaniepokojenia występują zarówno wtedy, gdy człowiek ma coś na sumieniu, jak i wtedy, gdy obawia się, że mu nie uwierzą, choć mówi prawdę; oceniający zaś zawsze interpretuje je jako oznaki kłamstwa;
  • ryzyko Brokawa – pominięcie różnic indywidualnych w występowaniu rekacji ludzkich i sposobu zachowania; ktoś robi długie pauzy w mówieniu nie dlatego, że zastanawia się nad kłamstwem, ale zawsze tak mówi, to jego cecha indywidualna; ktoś, kto spotyka daną osobę po raz pierwszy, zawsze narażony jest na ryzyko Brokawa w większym stopniu. W zasadzie więc o kłamstwie będzie decydować nie wystąpienie danego zachowania, ale zmiana w dotychczasowym zachowaniu. Trzeba więc osobę znać dłużej, rozmwiać z nią kilkakrotnie, żeby zorientować najpierw, jakie są jej cechy osobnicze.
  • mikroekspresje – bardzo krótkie, mimowolne, czasem przy pierwszej obserwacji niezauważalne, ekspresje twarzy, grymasy, ściągnięcia brwi, oczu, ust itp. ujawniające na moment prawdziwe emocje mówiącego; trzeba treningu, żeby nauczyć się je dostrzegać i odczytywać. Wymaga to niesłychanej spostrzegawczości, bo trzeba z jednakową uwagą obserwować czoło, oczy, mięśnie wokół oczu, usta. Zwykle patrzymy na jedno miejsce w twarzy, przeskakujemy od ust do oczu, poza tym skupiamy się na tym, co ktoś mówi, a nie jak układa mięśnie czoła. Mikroekspresje ujawniają prawdziwe emocje, które, jeśli są ukrywane i maskowane zaraz inną świadomą mimiką, dowodzą kłamstwa na temat uczuć.
  • manipulacje – gesty uciskania, drapania, miętoszenia, głaskania wykonywane najczęściej jedną ręką na drugiej. Mam koleżankę, która zawsze drapie się w głowę podczas rozmowy. Denerwuje mnie to nieraz okropnie. Nie sądzę, żeby ją swędziało. To raczej taka manipulacja, ale co oznacza?
  • emblematy – jednoznaczne gesty o stałym znaczeniu w danej kulturze, np. gest środkowego palca, kiwanie głową jako potakiwanie, kręcenie jako przeczenie, wzruszenie ramion; gest Kozakiewicza chyba też będzie emblematem. Każda kultura wytwarza własny zestaw emblematów i są one dla wszystkich czytelne i jasne. Gdzie można by znaleźć zestaw emblematów dla naszej, polskiej kultury? Znam tylko kilka, pewnie jest ich więcej.

 

Kilka rozdziałów na temat sposobów wykorzystywania wariografu, wykrywacza kłamstw, który de facto wykrywaczem kłamstw nie jest, a tylko wskazuje na podwyższone reakcje fizjologiczne towarzyszące emocjom. To, czy dane wskazówki zostaną odczytane jako kłamstwo, czy nie, zależy od obsługującego urządzenie. Interpretacja zaś zależy od umiejętności sformułowania pytań kontrolnych. Generalnie wychodzi na to, że zatwardziali kłamcy, urodzeni aktorzy – jak ich nazywa Ekman – mogą spokojnie przebrnąć przez wariograf jako prawdomówni, z kolei uczciwy człowiek, ale niespokojny, bardzo reagujący emocjonalnie, uznany zostanie za kłamcę. Tragedia nastąpi, gdy uczciwy człowiek zostanie wskutek niewłaściwego badania wariografem uznany za zbrodniarza i osadzony w więzieniu, jak to było z Geraldem Andersonem oskarżonym o zgwałcenie i zamordowanie sąsiadki. Anderson był tak wykończony sześciodniowym przesłuchiwaniem, w tym dwukrotnie badaniem wariografem, że w końcu nawet przyznał się do czynu, którego nie popełnił. Dopiero po jakimś czasie złapano innego podejrzanego, w związku z innym przestępstwem, a w śledzwtwie wyszło, że popełnił także wcześniejszą zbrodnię, za którą osadzono Andersona.

         Słowem, nic nie wiadomo na pewno. Nie ma jednoznacznej wskazówki, że ktoś kłamie. Nie ma gestu czy grymasu kłamstwa. Jest szereg zachowań, mikroekspresji, przecieków, które mogą to czy tamto sugerować, ale to wszystko. Zależy od osobnika, okoliczności, tematu, stawki, o która toczy się gra.

         Ekman omawia przykłady z polityki. Spotkanie Chamberlaina z Hitlerem przed najazdem Niemiec na Czechy. Dlaczego Chamberlain dał się oszukać? Aferę Watergate, Nixona i zeznania Johna Deana. Kłamstwo Cartera w sprawie odbicia zakładników w Iranie. Wzajemne kłamstwa Gromyki i Kennedy`ego w związku z rozmieszczeniem rosyjskich rakiet na Kubie. Kłamstwa polityki Johnsona w sprawie wojny w Wietnamie. I tragiczne w skutkach spiętrzenie kłamstw, które doprowadziło do katastrofy „Challengera”.

         Najgorsza rzecz się zdarza, gdy kłamiący wierzy w swoje kłamstwo. Jak go przekonać, że kłamie, skoro dla niego to prawda? I czy taka wiara usprawiedliwia i nie należy człowieka traktować jak kłamcę? Wszystko się we mnie burzy na myśl, że mogłoby to zmniejszać czyjąś winę. Np. gwałciciel, który jest święcie przekonany, że nie zgwałcił, bo ofiara też tego chciała. Ileż razy zdarza się takie tłumaczenie!

         Motywy kłamania:

  1. Chęć uniknięcia kary.
  2. Chęć zdobycia nagrody trudnej do osiągnięcia w inny sposób.
  3. Chęć ochrony innej osoby przed karą.
  4. Chęć ochrony kogoś przed niebezpieczeństwem poniesienia fizycznej szkody.
  5. Chęć zdobycia podziwu ze strony innych.
  6. Chęć uniknięcia niezręcznej sytuacji społecznej – urwanie się z przyjęcia pod pozorem opieki nad dzieckiem, załatwienia pilnej sprawy itp.
  7. Chęć uniknięcia zakłopotania – np. udawanie radości z koszmarnego prezentu.
  8. Chęć zachowania prywatności, jeśli nie było uprzedzenia o intencji utrzymania pewnej informacji w tajemnicy.
  9. Chęć okazania władzy nad innymi.

 

Paul Ekman, Kłamstwo i jego wykrywanie w polityce, biznesie i małżeństwie, Wydawnictwo Naukowe PWN

 

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Słodki płomień mojej duszy...

wtorek, 21 lutego 2012 22:01

 

Cara, la dolce fiamma

dell`alma mia tu sei;

e negli affetti miei

cnstante ognor sar.

 

Serena il tuo bel core;

il lungo suo rigore

il fato già cangiò.

 

... słodki ogniu mojej duszy

stale będziesz płonąć

w moich uczuciach...

 

a właściwie to tak:

Najdroższa, słodki płomieniu mojej duszy,

zawsze będę wierny swoim uczuciom...

 

J.Ch. Bach, Cara, la dolce fiamma - Philippe Jaroussky

 

 




komentarze (11) | dodaj komentarz

Bomba!

poniedziałek, 20 lutego 2012 19:51

 

 

 

      Nowa funkcja na YouTube!

Zanim klikniesz na link, przeczytaj instrukcję.

 

      Na czarnym pasku pod okienkiem z prawej strony jest CC na czerwonym tle- kliknąć.  Rozwinie się kilka opcji - klinąć: Przetłumacz napisy. Na ekranie pojawi sie pasek z nazwą pierwszego języka (Afrikaans) - kliknąć  i z prawej pojechać wskaźnikem w dół aż do napisu: Polski. Kliknąć, a następnie OK.

      Wszystko, co będzie na ekranie NAPISANE (czyli wypowiedzi Jarousskiego) zostanie wyświetlone PO POLSKU:-D

 

 Oczywiście jest to tłumaczenie automatyczne, więc fleksję musimy korygować na bieżąco, czytając. Powodzenia!


Philippe Jaroussky - wywiad... i kilka ciekawostek, np. śpiewanie w parku :-D


 

       A może to tylko ja taka gapa jestem, że dopiero teraz to "coś" znalazłam? :-/

 

 



Tagi: Jaroussky

komentarze (10) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 079  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378079

Lubię to