Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Rycerze, szpitalnicy, joannici - Zakon Maltański

środa, 28 listopada 2012 22:49

   Do 13 stycznia 2013 r. w  Zamku Królewskim w Warszawie oglądać można wystawę Wokół maltańskiego krzyża prezentującą dzieje jednego z najstarszych zakonów rycerskich Europy, a zarazem jednej z najdłużej działającej europejskiej organizacji. Zakon Świętego Jana Jerozolimskiego, zwany popularnie joannitami lub szpitalnikami ustanowiony został oficjalnie 15 lutego 1113r. bullą Piae Postulatio Voluntatis przez papieża Paschalisa II. Jak więc łatwo zauważyć, działalność joannitów trwa właściwie nieprzerwanie od 900 lat.    

      Błogosławieni Raymond du Puy (1083 - 1160) i Gerard Tongue (znany również jako Gerard de Martigues, ok. 1040 - 1120?) założyli Zakon w celu opieki na pielgrzymami w Jerozolimie i prowadzenia dla nich szpitala i hospicjum, za patrona obierając św. Jana Chrzciciela. Stąd też wśród eksponatów (wypożyczonych z Palazzo Magistrale i  Villa Magistrale w Rzymie oraz Muzeum Sztuk Pięknych, Biblioteki Narodowej i Pałacu Wielkiego Mistrza w La Valetcie na Malcie) są na przykład płaskorzeźby przedstawiające odciętą głowę Jana Chrzciciela na misie. Jedna z nich, wykonana z drewna (ok. 1400 r.) pochodzi z Łagowa Lubuskiego, gdzie do dzisiaj znajduje się zamek joannitów funkcjonujący jako hotel i atrakcja turystyczna.
      Do 1187 r. rezydencja wielkiego mistrza i główna siedziba znajdowała się w Jerozolimie. Od 1206 r. przekształcony z zakon rycerski rośnie w siłę stając się z czasem właściwie ponadnarodową organizacją z własnym państwem, niezależnym sądownictwem, własną monetą i armią.  Przez wieki siedziba Zakonu zmieniała się. W latach 1291 - 1309 joannici osiedlili się na Cyprze, następnie przez kolejne 200 lat panowali na Rodos (1309 - 1523). Stamtąd z kolei wygnani w 1530 r. przez Sulejmana Wspaniałego,  tureckiego sułtana, przez pewien czas byli bezdomni, aż cesarz Karol IV ofiarował im archipelag maltański. Ówczesny mistrz L`lsle Adam na siedzibę wybrał Maltę, gdzie wzniesiono stolicę La Valetta. Zakon zbudował imperium z własnym sądownictwem, monetą, armią i okrętami, które wsławiły się między innymi w bitwie pod Lepanto. Na Malcie panowali przez kolejne 200 lat - 1571 - 1798 -  aż do wypędzenia ich stamtąd przez Napoleona. Ostatecznie w 1834 r. szpitalni zakonnicy osiedlili się w Rzymie, gdzie na Via Condotti 68 do dzisiaj znajduje się oficjalna siedziba Palazzo di Malta.
       O rycerskiej przeszłości joannitów świadczą zebrane na wystawie akcesoria uzbrojenia rycerskiego, hełmy z kryjącymi przyłbicami, pełna zbroja, biała broń, jak miecze, sztylety, rapiery i lewaki  (krótkie sztylety do trzymania w lewej dłoni, gdy prawa uzbrojona jest w rapier).  Swoją drogą, nie wiedziałam, że rapiery są takie długie; nie mierzyłam, ale chyba metr z górą. 
       Ciekawy był podział administracyjny zakonnych jednostek, które dzieliły się, podobnie jak w innych tego typu zakonach,  na komturie i przeoraty. Obok tego zaś funkcjonował podział na języki (langues), których było 7: Prowansja, Owernia, Francja, Włochy, Anglia, Aragonia, Niemcy. Z czasem wyodrębniono jeszcze język anglo-bawarski, w ramach którego efemerycznie funkcjonował też polski. 
       Ważnym wątkiem na wystawie jest oczywiście prezentacja obecności Zakonu na ziemiach polskich. Joannici pojawili się w Polsce bardzo szybko, bo już w 1154 r. sprowadził ich do Zagości i Boreszowej Henryk Sandomierski, na potwierdzenie czego można obejrzeć książęcy dokument nadający im włości. Najwięcej domów zakonnych powstawało na Śląsku i Pomorzu Zachodnim, co ilustrują stosowne mapki, np. mapa Śląska z 1561 r. Inną ważną siedzibą szpitalników w Polsce były Stwołowicze, gdzie w 1609 r. komandorię ufundował Mikołaj Karol Radziwiłł "Sierotka". Z kolei w dawnych rejestrach zakonnych z 1604 r. widnieje nazwisko Piotra Kochanowskiego, tłumacza Jerozolimy wyzwolonej Tassa. Najsłynniejszym polskim maltańczykiem był Bartłomiej Nowodworski (1552 - 1625), późniejszy komandor poznański. Osobne pomieszczenie wystawowe zajmuje odtworzona sala warszwskiego Szpitala Maltańskiego działającego do 14 sierpnia 1944 r. kiedy na rozkaz Obersturmführera Lagna personel i pacjenci zostali ewakuowani. W szpitalu tym między innymi udzielano pomocy rannym w akcjach Polski Podziemnej, jak podczas zamachu na Kutscherę oraz AK-owcom. Znajdowali w nim często schronienie ludzie "spaleni", którzy musieli się ukrywać.
       W historii zakonu, dzisiaj funkcjonującego pod nazwą Suwerenny Rycerski Zakon Szpitalników św. Jana Jerozolimskiego, było 79 wielkich mistrzów. Od 2008 r. funkcję tę sprawuje Fra Matthew Festing, którego portret również można na wystawie zobaczyć. Zakon w swej działalności utrzymuje łączność z papieżem, zachowuje odrębne sądownictwo i posiada 90 przedstawicielstw dyplomatycznych. W poszczególnych krajach zaś funkcjonuje w odrębnych zgromadzeniach narodowych. 
       Po latach zaborów zebranie założycielskie Związku Polskich Kawalerów Maltańskich  miało miejsce 21 VI 1920 roku, a 27 czerwca 1927 r. związek otrzymał potwierdzenie rzymskiego Wielkiego Magisterium specjalną bullą. 
        Obecnie na całym świecie Zakon liczy ponad 13 tysięcy członków (Kawalerowie i Damy), 80 tysięcy wolontariuszy, prowadzi 40 szpitali,  30 korpusów pogotowia oraz 110 domów specjalistycznej opieki szczególnie dla osób starszych. 
       Znak rozpoznawczy - krzyż maltański: biały o czterech równej długości ramionach i ośmiu krańcach, symbolizujących Osiem Błogosławieństw.
       Do Zakonu Maltańskiego nie można wstąpić, można zostać zaproszonym przez innych członków. Szczegółowe warunki przyjęcia w szeregi Kawalerów i Dam określają Karta Konstytucyjna i Kodeks. Między innymi wymagany jest roczny okres przygotowawczy oraz rekomendacja czterech członków Zakonu. 

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Zasłuchać się...

wtorek, 27 listopada 2012 20:20

 

        ... i trwać. Można przed snem, ale nie polecam, bo jeden raz to za mało i w końcu człowiek w ogóle nie zaśnie. Przeszukałam You Tuba wzdłuż i wszerz. Co oni z tym nie robią! Transkrypcje na wiolonczelę, na organy, na harfę nawet! Jedni grają ponad 6 minut, inni mieszczą się zaledwie w czterech z sekundami. A jednak skrzypce pozostają bezkonkurencyjne. No, wiolonczela Yo Yo Ma też piękna, ale jednak... skrzypce.  Zasłuchać się na wieczność...

 

Maxim Vengerov - Jules Massenet, Medytacja (z opery Thais)

 

Schopenhauer miał rację!...

 




komentarze (11) | dodaj komentarz

Jubileusz

czwartek, 22 listopada 2012 0:05

(Refleksje porecitalowe na dole - druga część wpisu)

 

 

       To będzie jubileusz. W sobotę, w TWON o 19.00 - jubileuszowy recital Piotra Beczały.  Dwudziestolecie pracy scenicznej. Jedyny w Polsce. Bo tak w ogóle pan Beczała występuje wszędzie indziej, a w Polsce nie. I wcale nie dlatego, że nie chce. Ale to osobny temat. 

        O ile dojadę i o ile wrócę, pewności i tak nie ma, że później będę w stanie cokolwiek napisać, czas mi się nieco skurczył. Dlatego piszę na zapas. A co tu pisać? Raczej posłuchać trzeba. O samym tenorze pisałam już zresztą 29 sierpnia 2011 (Tenor - wypisy z kariery). Dodać tylko wypada, że skoro 20-lecie, to jego debiut nastąpił w 1992 r. na scenie Landestheater w Linzu. Niestety, nie wiem, jaka to była rola. Za to w latach następnych śpiewał ważniejsze partie tenorowo-liryczne operowego repertuaru i dzisiaj ma już na koncie ponad trzydzieści ról oraz partie koncertowe, np. Mahlera, Berlioza, Schumanna, Beethovena, Verdiego....

        A mnie się podoba po polsku. O, tu na przykład:

 

Piotr Beczała - Czy ty mnie kochasz, (Legenda Bałtyku Nowowiejskiego)

 

Po niemiecku też świetnie:


Piotr Beczała - Dein ist main ganzes Herz

 

I po francusku:

 

Piotr Beczała jako Werter (Massenet)

 

Reszta... okaże się na miejscu. Przepisuję program ze strony TWON.

 

Charles Gounod - Faust

Rien en vain j'interroge... O merveille!

Salut! Demeure chaste et pure

Gloire immortelle de nos aïeux

Jules Massenet - Manon

En fermant les yeux

Jules Massenet - Werther

Porquoi me réveiller

Antonin Dvorak - Rusałka

Ustaňte v Lovu...Vidino divná

Feliks Nowowiejski - Legenda Bałtyku

Aria Domana - jak wyżej

Władysław Żeleński - Janek

Gdy ślub weźmiesz z twoim Stachem

Stanisław Moniuszko - Straszny dwór

Cisza dokoła

 

       O, teraz zauważyłam, nie ma niczego po rosyjsku. A przecież śpiewa Leńskiego. Mozarta też nie ma! Pewnie będzie na bis. Bo chyba będą bisy, prawda?


Druga część wpisu

 

25 listopada - refleksje porecitalowe :-)


     Bisy były trzy: Nessun dorma, La donna e`mobile, a między nimi pieśń Karłowicza Pamiętam ciche, jasne złote dnie. Po każdym, jak i w trakcie, (nawet wtedy, gdy nie trzeba) burza oklasków.  I chociaż te dwa hitowe bisy zachwycają, a w recitalu i Faust był przekonujący, i Werther rozpaczający, des Greux tak czuły, że nawet poważny i powściągliwy widz obok mnie wrzasnął "Brawo!", i tak najbardziej podobały mi się wszystkie arie polskie. I znowu dziwiłam się sama sobie, czemu ja tego Moniuszki nie lubię. Już wiem, bo nikt dotąd nie zaśpiewał mi go tak jak Piotr Beczała arię Stefana Cicho dokoła. No jak by mi on - znaczy Beczała - całego Moniuszkę tak prześpiewał na wylot, to na pewno bym go polubiła wreszcie. 

     Co ja bym chciała jeszcze usłyszeć w jego wykonaniu? Na przykład Wacława z Marii Romana Statkowskiego. Ech! to byłoby piękne! 

      A tak w ogóle to po raz pierwszy byłam na takim śpiewanym jubileuszu i bardzo mi się pdobało. TWON wypełniona po brzegi. Parę "telewizyjnych" twarzy udało mi się przyuważyć w foyer. Do kawy w przerwie się nie dopchałam, taka była kolejka. 

       Jubilat - Piotr Beczała - przeuroczy :-)

Tak wygląda teraz. Zdjęcie folderu programowego do recitalu. Jakość komórkowa :-/



 

Już wiem! Już wiem! Debiut, czyli pierwszy występ na profesjonalnej scenie operowej, w Linzu oczywiście - w premierze Carmen 26 września 1992r. jako Dancairo, przemytnik. Piotr Beczała przypomniał to zdarzenie w audycji radiowej w Dwójce. Nie wiem, jak to możliwe, ponieważ Dancairo to partia barytonowa, a tenorowa to drugi przemytnik Remendado. Może się zamienili?... Mnie już wystarczy wiedzieć to, co najważniejsze. 




komentarze (36) | dodaj komentarz

Ha!

niedziela, 18 listopada 2012 22:54

 

       Będę niekonsekwentna. Trudno... To jest genialne. Chwilami. No, powiedzmy, z przebłyskami genialności. Bo nie w całości. Może i dobrze, że tylko chwilami, bo by człowiek aż takiej kondensacji genialności nie wytrzymał. To się pobawię. Opiszę genialność, na której się nie znam, której nie rozumiem, ale mi się podobała.

       Echa czasu, premiera trzyczęściowego wieczoru baletowego w TWON, 17 listopada 2012.

       Rzecz składa się z trzech odrębnych baletów do całkowicie różnej muzyki, w różnych choreografiach. 

Część pierwsza - Century rolls do muzyki Johna Adamsa w choreografii Ashleya Page (zamówienie specjalne dla Polskiego Baletu Narodowego na premierę 17 listopada 2012)

Część druga - Moving rooms do muyzyki Alfreda Schnittkego i Henryka Mikołaja Góreckiego w choreografii Krzysztofa Pastora (światowa premiera 19 czerwca 2008)

Część trzecia - Artifact suite - choreografia Williama Forsythe`a do muzyki Johanna Sebastiana Bacha i Evy Crossman-Hecht (premiera światowa 15 września 2004)

        I od czego by tu zacząć? Część pierwsza nijaka. Tancerze kręcą sie w kółko i kompletnie nic z tego nie wynika. Ja wiem, jest jakaś teoria, jakieś uzasadnienie, które choreograf wyłożył w wypowiedzi zamieszczonej w książeczce programowej, ale mnie to nie przekonuje. Nudne było. Kręcą się i kręcą, ponoć ma to być jakaś analogia do trybików w maszynie (?), do jazdy na rolkach (?), ale budowa trybików i ich funkcja w silniku też mnie nie interesują za bardzo. Duety były ciekawe, ale poza tym... czekałam na przerwę. Ale oklaski były, kwiaty, a jakże, też i zachwyt publiczności.

     Więcej obiecywałam sobie po części drugiej i nie zawiodłam się. Przede wszystkim rewelacyjna muzyka. Concerto grosso Alfreda Schnittkego to jedno, ale Koncert na klawesyn Góreckiego to już całkiem sam w sobie robi wrażenie. 

       Po raz kolejny zauważam, że pomysły Krzysztofa Pastora nie tylko mi się podobają, ale nawet głębiej do mnie trafiają i zapadają w pamięć. Dobór muzyki oczywiście ma tu niebagatelne znaczenie (ten Górecki! ), ale nie tylko. Taniec w strugach deszczu Rubiego Pronka z I przejdą deszcze... mam do dziś przed oczami. Tym razem choreograf ustawił tancerzy na przestrzeni zgeometryzowanej: kwadratowe pola zarysowane górnym światłem, mniejsze lub większe, czasem się zmieniały, łączyły w jedną rozświetloną przestrzeń, a czasem tworzyły typową szachownicę z polami jasnymi i ciemnymi, a tancerze przemykali od narożnika do narożnika, przeskakując z jednych na drugie. Albo skupiali się w jednym większym jasnym polu, zewsząd otoczeni ciemnością. W przeciwieństwie do części pierwszej, Pastorowi udało się wydobyć z muzyki i w tańcu wyrazić różne emocje, którym bez problemu dałam się zawładnąć. No bo i sama muzyka, jak już wspomniałam, niosła w sobie i emocjonalność i kombinacje struktury, w przypadku Góreckiego, niemal bachowskie.   

       Oklaski znacznie większe, więcej okrzyków zachwytu, aplauz zasłużony (nie będę się czepiać, że miałam wrażenie, jakby w którymś momencie ktoś się potknął lekko, może ja źle widziałam, ostatecznie siedziałam daleko).

 

Pastor, Moving rooms, zdjęcia z próby

 

      No i część trzecia, ta genialna, czyli Artifact suite. O Chaconne z Partity nr 2 d-moll Bacha, do której Forsythe ułożył choreografię, pisać nie będę. Podobnie jak o Muzyce na fortepian solo Crossman-Hecht. Oba utwory trudne, perfekcyjne, dające ogromne możliwości. William Forsythe w sposób kongenialny zagrał je tancerzami. Przede wszystkim całość, mimo że pocięta, w części początkowej zwłaszcza, z zamierzonym hałasem spuszczaną kurtyną, z eksperymentatorsko wykorzystanym światłem padającym raz z góry, raz z boku, to znów z góry, to nieml znad samej podłogi, to z kolei ustawione trójkami z jednej strony sceny, jest niesamowicie spójna. Widz się oczywiście nie spodziewa, co zobaczy na scenie po kolejnej odsłonie kurtyny, za każdym razem przyzwyczajając się do całkowicie przegrupowanego układu tancerzy, ale są one tak ściśle zestrojone z muzyką, że sprawiają wrażenie całkowicie naturalnych. 

       Kolejna sprawa to atmosfera tych układów, niezwykłość baletowego tańca całego corps de ballet, ustawionego geometrycznie, z trzech stron sceny, jak i w zwartej grupie, oraz duetów, solistów... właściwie to nie wiem, jak określić.  Ta geometryzacja kierowana, dyrygowana przez Inną Osobę (Magdalena Ciechowicz) w niesamowitym, odrealnionym, odczłowieczonym kostiumie i makijażu, upodobniającym ją do figury wsokowej lub mechanicznej lalki, jakiejś pozaziemskiej istoty, wywierała najmocniejsze wrażenie. Bardzo mroczne. W końcowej sekwencji, kiedy owa Inna Istota niemal wije się wzdłuż sceny, w gwałtownych aczkolwiek straszliwie falujących, animalistyczno-wężowych ruchach przemieszcza się na przód sceny, wrażenie niesamowitości było chyba najgłębsze i przerażające. Zachwycająco porzerażające. I to wcale nie jest oksymoron. 

      Na docenienie zasługuje też duet Maria Żuk i Vladimir Yaroshenko, którzy tak w części drugiej, jak i trzeciej zaprezentowali się widowiskowo. Rzecz dziwna, o ile w dwóch pierwszych częściach po popisowych partiach czy solistów, duetów czy całego zespołu rozlegały się brawa, w części trzeciej panowała cisza. Coraz głębsza cisza. Nawet właśnie ten duet nie wywołał reakcji, nawet solówka Woitiula (krótka zresztą, może nawet nie wszyscy ją zauważyli).

        O co chodzi? Nie jestem specjalistką we właściwym odczytywaniu cudzych emocji, zawsze mam z tym problem. Tym razem jednak miałam nieodparte wrażenie, że Artifact suite Williama Forsythe`a wprawiła publiczność w konsternację. Stąd ta straszna cisza i brak reakcji, jakby wszyscy, gdyby tylko mogli, chcieli uciec. 

        W takim razie ja jestem dziwna, albo się kompletnie nie znam, ale dla mnie to było wspaniałe, choć jeszcze nigdy żaden balet nie sprawiał wrażenia tak genialnie przerażającego. Mroczny, po prostu mroczny. I cudowny. Genialny?...


Forsythe, Artifact suite w TWON, próba

 

A tu zajawka wszystkich trzech choreografii

 

Echa czasu w TWON

 

I przede wszystkim niezwykła muzyka Góreckiego. Oni do tego tańczyli.

Górecki, Koncert na klawesyn

 

A na koniec trochę kabaretu. Jadę ja autobusem po stolicy, a na kierowcę trafiłam, co pewnie niedawno pracę zmienił i jechał, jakby kartofle woził jeszcze. Stoję ja sobie w miejscu strategicznym, do właściwego przystanku się zbliżając, a autobus po hamulcach przed światłami aż zarzuciło. Walizka moja, lekka i mała, skrzydeł dostała i wpieriod pofrunęła. To ja rzucam się na ratunek. Pal sześć walizka, ale tam strój operowy jechał. Zanim zdążyłam na powrót strategiczne miejsce zająć, za zakrętem kierowca znowu po hamulcach, a ja tym razem, jako skrzydeł niemająca, ryję głową w deskę "do prasowania", co to na sztorc złożoną naprzeciwko szerokich drzwi na przedzie autobusu widuję (nie bardzo wiem, do czego ona służy, bo zawsze złożona jest i nie widziałam  jej w użyciu, może ktoś wie?). Jakiś "gentelmen" stojący obok usłużnie radzi: "Trzeba się trzymać, proszę pani!" Jakbym nie wiedziała! To ja na to jak prawdziwa "dama": "To czemu pan walizki mojej nie łapał?! Ja bym się wtedy miała czym trzymać!" Chyba się zbulwersował lekko.

 




komentarze (31) | dodaj komentarz

Wpis, którego być nie powinno

piątek, 16 listopada 2012 12:47

 

 

      Kiedy Antoine de Saint-Exupery wzruszajaco pisze o sponiewieranym człowieczym duchu, o ludziach bez pracy, bez ojczyzny, bez perspektyw i ich dzieciach będących cudem doskonałości w świecie nieprawości, o tym, że w każdym z tych ludzi, w jakimś stopniu, został Mozart zamordowany,wydawało mi się słuszne ronić łzy wzruszenia. Tak było, gdy czytałam Ziemię, planetę ludzi po raz pierwszy, a zapewne i drugi. Z czasem zdałam sobie sprawę, że to pomyłka, tani chwyt stylistyczny, hiperbola, uderzająca prosto w serce, ale bez wartości logicznej. Bo czymże jest geniusz, jeśli nie zabłyśnie właściwym sobie talentem? Niczym po prostu. Zwyczajnie go nie ma, więc krokodyle łzy wzruszenia nad rzekomo geniuszem zamordowanym nie mają najmniejszego sensu. Mieć jakiś tam talent, jakieś predyspozycje, zdobyć jakieś umiejętności, wzbudzając zachyt grona wiernych fanów, to tylko świadectwo życzliwości otoczenia, a nie geniusz. Prawdziwych geniuszy jest mało, bardzo mało, mniej niż powszechnie nam się wydaje; mniej niż byśmy może tego oczekiwali.

        To nieprawda, co wmawia nam popularna dziś psychologiczna praktyka budowania własnej wartości i wzbudzania motywacji, że każdy może być, kimkolwiek zechce; że każdy może zdobyć świat i rzucić go na kolana; że każdy jest genialny, tylko inaczej.  Psychologiczne kłamstwa, które zamiast kreować silne charaktery, utwierdzają słabeuszy w narcystycznym samooszustwie.

       Doprawdy dziwnymi drogami wędruje myśl, gdy doprowadza do takich wniosków jak gdyby zupełnie nie a`propos, poprzez przypadkowe, a może wcale nieprzypadkowe, obcowanie  ze sztuką. Bo czy można by się było spodziewać, że obejrzenie Scenariusza dla trzech aktorów Bogusława Schaeffera oraz Pana Tadeusza w adaptacji teatralnej doprowadzi do refleksji o istocie ganialności?

       Bogusław Schaeffer z wielu względów jest postacią niezwykłą.  Kompozytor, muzykolog, autor książek, dramaturg, grafik, filozof i pedagog - umysłowość renesansowa. Pierwsze z nim zetknięcie dotyczyło muzyki, po prostu kupiłam jego książkę Kompozytorzy XX wieku. Sama jego twórczość kompozytorska wykracza daleko poza granice mojej percepcji i rozumienia, a on zresztą sobiście podzielił swoje kompozycje na: utwory eksperymentalne, lżejsze, poważne i utwory przyjemne, które ładnie brzmią. Moje ucho do pierwszej kategorii zalicza większość, a największy problem ma z kategorią ostatnią ;-)

        Później pojawiły się dramaty, a przede wszystkim rewelacyjny monodram Scenariusz dla nie istniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego w wykonaniu Jana Peszka. Pamiętam, że wyszłam zachwycona gombrowiczowskim humorem sztuki i perfekcyjnym wykonaniem Peszka, dokonującego absurdalnych ewolucji akrobatycznych podczas występu. Ten sam duch Gombrowicza pojawia się w Scenariuszu dla trzech aktorów, napisanym dla Mikołaja i Andrzeja Grabowskich oraz Jana Peszka właśnie. Spektakl w ich wykonaniu jest do obejrzenia na YouTubie w całości oraz w kilkunstominutowych odcinkach. 

        Istotą Scenariusza jest jego improwizacyjność, co sprawia, że każda realizacja będzie inna. Toteż i wykonanie aktorów krakowskich: Marka Pysia i Macieja Ferlaka w reżyserii i z udziałem Piotra Warszawskiego zawiera szczegóły specyficzne obecne w dialogu, jak i w sposobie gry scenicznej. Niezwykłe jest jednak to, że tekst Schaeffera mim o upływu lat ponad pięćdziesięciu nadal jest starszliwie aktualny, a nawet bardziej aktualny niż kiedyś. 

       Kłopoty trzech postaci: Reżysera, Plastyka i Muzyka, którzy usiłują się spotkać na omówienie i przygotowanie próby przedstawienia dostarczają co prawda dużo rozrywki w postaci zabawnych gagów, przerysowanych zachowań, językowego i sytuacyjnego dowcipu, ale poza tym obnażają miałkość umysłową i zawodową środowiska artystów, aktorów, pokazują ich małostkowe i ambicjonalne postawy. 

         Kiedy Reżyser usiłuje zmusić Aktorów do próby, gdy tymczasem oni najpierw wypierają się swoich pierwotnych zobowiązań jako Muzyk (twierdzący, że nie będzie komponował do spektaklu, bo ani muzyka spektaklowi nie jest potrzebna, ani spektakl muzyce) i Plastyk (który z kolei oznajmia, że nie bedzie malował scenografii, bo poczuł w sobie talent do reżyserowania i zamierza stworzyć nową jakość teatralną w postaci scenicznego zilustrowania horoskopów), a potem jednego dialogu nie potrafią powtórzyć, możemy się z tego śmiać, ale po chwili nasuwa się smutna refleksja o zaniku umiejętności komunikowania się między ludźmi. Tu znowu wkracza absurdalna retrospekcja, jak to komunikowali się niegdyś nasi jaskiniowi przodkowie, odegrana przez Aktora, który miał być Malarzem, zakończona niedwuznacznymi propozycjami wobec Aktora/Muzyka i Reżysera, którzy ku uciesze publiczności salwują się ucieczką, gdy nagle śmiech zamiera, bo okazuje się, że problem jest bardziej złożony.  Ludzkość rozwinęła się cywilizacyjnie, ale czy umiemy się porozumiewać? Czy rozwój mowy zaowocował pogłębieniem komunikatywności, skoro bohaterowie spóźniają na spotkanie, nie mogąc ustalić terminu próby, ich cele są tak różne, że próba odbyć się nie może, co rusz skręcając w jakieś inne rejony ekspresji? No i co z tego, że w tle kulturowym pojawiają sie nazwiska Ionesco, Durenmatta, Geneta, Heideggera i innych, skoro chodzi tylko o jedno: który z nich się przeżył, a który przyciągnie publiczność.

        Dzisiejszego przeciętnego widza zapewne nie przyciągnąłby żaden z nich. Nie są ani znani, ani czytani. I dlatego Scenariusz jest tak boleśnie aktualny i, o dziwo, zgromadził pewną publiczność, jakkolwiek nie zapełnił sali. Jeszcze może się zdarzyć, że absolutna klasyka, jak Pan Tadeusz przeniesiony na deski Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie zgromadzi widownię magią nazwiska wieszcza, którego wszyscy kojarzą, choć większość czyta z musu lub nie czyta go wcale.  

       Irena Jun skupiła się na wydobyciu z epopei aspektu humorystycznego, podkolorowanego elementami współczesnej popkultury adresowanej do młodego widza. Stąd gra Wojskiego na rogu zaprezentowana została na przykład w rytmie rapu. Najbardziej znane sceny, jak grzybobranie, Telimena z mrówkami w świątyni dumania, walka z Moskalami, końcowy polonez poprzetykane zostały fragmentami zdecydowanie recytatorskimi. Aktorzy posługują się wiernie tekstem Mickiewicza, nie opuszczając nawet wtrąceń narratora. Kluczowe fragmenty dla rozwoju wątku miłosnego oraz sporu o zamek przebiegają od sceny do sceny, niekoniecznie w sposób ciągły, raczej epizodycznie z naciskiem na szlacheckie obyczaje, jak zaloty Hrabiego czy Tadeusza, bigos, organizowanie zajazdu, umiłowanie szlachty do trunków, szykowanie Zosi do zaprezentowania towarzystwu na balu. Zdaje się, że aspektem dydaktycznym, może nieco przypominającym ramową konstrukcję ekranizacji Andrzeja Wajdy, było wprowadzenie czworga recytatorów-narratorów, którzy rozpoczynali spektakl Inwokacją, pojawiają się także między niektórymi scenami, na początku Księgi XI i XII , ubrani w charakterystyczne stroje epoki: surduty, białe kołnierzyki a`la Słowacki, czarne suknie żałobne. Jeden z narratorów wyraźnie wystylizowany na samego Mickiewicza, jak gdyby momentami szukał właściwych słów, układając swój poemat. 

       Takie to ostatnie teatralne doświadczenia nasunęły mi pytania o genialność. Czy genialnym jest autor, wieszcz narodowy, którego dzieło wciąż wystawiane, przerabiane, inscenizowane, przyciąga publiczność, choć coraz mniejsza populacja w ogóle to czyta i zna w całości? Czy też geniusz to ktoś, kto parając się wieloma dziedzinami sztuki, pisze scenariusze nie tylko aktualne, ale  komponuje je na kształt partytury muzycznej, w której wielość głosów aktorów porzypomina polifoniczną linię melodyczną, nawet jeśli niewiele osób to rozumie? Czy geniusz, który zostaje rozpoznany jako geniusz, jest nim rzeczywiście? Jeśli bowiem geniusz to ktoś absolutnie wykraczający poza przeciętność, to jak możliwe jest jego rozpoznanie przez ową przeciętność? 

        Tak więc krokodyle łzy nad zamordowanym Mozartem to chyba nadużycie, retoryczny chwyt, wzruszający, aczkolwiek absurdalny. Prawdziwy geniusz poradzi sobie z istnieniem nawet, gdy nikt tego nie zauważy.

 

Schaeffer: Scenariusz dla trzech aktorów

 

Schaeffer, Scenariusz dla trzech aktorów (dobre!)


Schaeffer, (kawałek muzyki, Klavier Konzert)

 

Czy to jest teatr? Czy koncert? Teatr muzyczny czy muzyka teatralna? A może w ogóle coś innego? Problem z Schaefferem polega na tym, że jest nieprzewidywalny.  Tak w muzyce, jak w teatrze. Eksperyment... na pewno. Dla aktora, dla muzyka, dla dyrygenta, dla ... widza ;-) 

 

Era Schaeffera

(wskazane mocne nerwy i duża doza poczucia humoru)




komentarze (18) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 890  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403890

Lubię to