Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Pogawędki ze śmiercią

poniedziałek, 29 listopada 2010 9:34

     Film "Joe Black" w reżyserii Martina Bresta obejrzałam wczoraj po raz trzeci. To jeden z tych obrazów, który bez zniecierpliwienia mogę oglądać co jakiś czas. Podobne jak "Amadeusza" Formana, ale to zupełnie inna historia.

     Niektórzy uważają, że film jest za długi; inni, że Brad Pitt, co prawda elegancki i piękny, ale nie gra, tylko jest. Mnie ani jedno, ani drugie nie przeszkadza. Kto szuka szybkiej akcji, rzeczywiście  może się znużyć, ale ja nie szukam w filmach pośpiechu, dlatego też uwielbiam filmy Antonioniego, jak np. "Zawód: reporter", gdzie w ostatnich scenach filmu prawie nic się nie dzieje, a kamera leniwie pokazuje plac przed hotelem, rejestrując jakiegoś przechodnia, jakiś samochód i pustkę. Ciekawi mnie co widać, gdy nic się nie dzieje. Jednak w "Joe Blacku" aż takich kadrów pozbawionych akcji nie ma.

     Są piękne wnętrza, kawiarnia, ulica i końcowy popis fajerwerków.  Osadzenie bohaterów w przestrzeni nie może, nie powinno być przypadkowe i aby je zauważyć, trzeba mieć czas. Pośpiech nie jest wskazany. Dlatego lubię filmy, które się nie spieszą. Które mnie nie poganiają sztucznie podkręcaną akcją. 

     Film określa się jako romans, albo melodramat. Dziwne. Mnie akurat wątek romantyczny nie rzucił się w oczy jako pierwszoplanowy. Nie koncentruję na nim uwagi. Jeśli Śmierć postanowiła zażyć życia, nic dziwnego, że próbuje wszystkiego, co właściwe dla ludzkiej egzystencji. Kto szuka łatwych wzruszeń i lubi płakać na filmach, może zauważyć tylko ten wątek i będzie usatysfakcjonowany. A przecież przedstawianie Śmierci w korowodzie beztroskiego życia to nie jest wymysł Bresta ani nawet naszych czasów. Średniowieczne tańce śmierci oswajały człowieka z marnością świata, przypominały o rychłym końcu życia, ustawiały właściwą hierarchię wartości. Wyobrażano ja sobie na różne sposoby. Najpierw jako rozkładające się ciało, potem jako szkielet ze słynną kosą w ręce. I wielu, jak Mistrz Polikarp ze słynnego średniowiecznego dialogu, chciało z nią porozmawiać, aby uspokoić swoje obawy i uśpić lęki. 

     Czy "Joe Black" uspokaja i usypia lęki? Raczej tak. Niby zjawia się niespodziewanie, ale William Parrish (rewelacyjny Antony Hopkins) jest przygotowany na jej nadejście, a stara kobieta w szpitalu wręcz jej oczekuje, nawet doprasza się zakończenia swojego żywota. Ona wie, że śmierć jest koniecznością życia, że bez niej byłoby żyć znacznie trudniej, nawet boleśniej. Nie jest to może zbyt odkrywcze, ale w dzisiejszej kulturze kultu młodości, zdrowia i wiecznego używania życia, zapomina się o śmierci, spycha ją  na margines świadomości, ucieka się od tematu. A przecież ona jest! Udawanie i ucieczka niczego nie zmienią. 

     Rozmowy bohaterów ze Śmiercią bywają zabawne, czasem lekko ironiczne, czasem poważne, a czasem wręcz śmieszą. To właśnie dla tych rozmówek lubię oglądać film. Ostateczne "zdemaskowanie się" Joe Blacka jako agenta izby skarbowej jest przekomiczne w samej swej istocie: śmierć i podatki. No własnie, z koniecznością podatków nasza kultura już się oswoiła, to codzienność naszej cywilizacji. A ze śmiercią? Z jej obecnością? A przecież o ile ona jest starsza od nas samych i historii całej ludzkości. 



komentarze (0) | dodaj komentarz

Fotografia, lektura i muzyka

sobota, 20 listopada 2010 23:39

     Ewa wpadła niezapowiedzianie, jak zawsze zresztą. To był dobry moment na rozmowę. Sobota wieczór, cisza wyborcza, moc wrażeń z minionego czasu spędzonego na intensywnych kontaktach ze sztuką. Najpierw na tapecie lektury. Ewa po wielu latach od szkolnej ławy ponownie czyta "Chłopów" i zachwyca się warsztatem pisarskim Reymonta. Jesień to dobry czas na "Chłopów" i w ogóle długie powieści. Można spokojnie zastanowić się nad składnią, nad stylem, zanurzyć się w frazę falującą w rytmie oddechu.

     Ja z kolei dorwałam Terakowską. "Samotność Bogów" zachęciła mnie oszczędną symboliczną okładką. Nie cierpię okładek ilustrowanych jak plakaty filmowe, rysowanych disneyowską lub harlequinową kreską. Choćby były najpiękniejsze, nigdy się o tym nie przekonam, bo odstraszają mnie okładką i nigdy takich nie biorę do ręki.  Czytam więc Terakowską i jestem w momencie dokonania zbrodni przez chłopca, któremu przeszczepiono serce wielokrotnego mordercy. Przerwałam, bo muszę się teraz zastanowić, z jakim rodzajem powieści mam do czynienia. Jest to filozoficzno-psychologiczna opowieść o umieraniu kultury, o miłości, o tęsknocie za nieśmiertelnością, czy raczej sensacja i kryminał? Nie mogąc tego określić, nie mogę wrócić do czytania. Stan nieprzewidywalności własnych uczuć mnie niepokoi. Czytając kryminał, reaguję stosownie do konwencji gatunku; tak samo w przypadku powieści obyczajowej, psychologicznej, historycznej czy filozofującego eseju. Nastawienie odbiorcze dostosowuję do charakteru tekstu. Tutaj stanęłam w niepewności. To może być wielka zaleta pisarstwa autorki, ale w momencie, gdy doczytałam do zdania: Nigdy, przez cała, krótką przecież historię stosowania przeszczepów w chirurgii, nie miało znaczenia, kto jest dawcą serca - myślał Jon z bolesna ironią. - Na Boga, kto sprawił, że nagle ma to znaczenie? Kto ma taką moc...?  - poczułam irytację. To nie miało być science-fiction! Na to nie byłam przygotowana. 

     Rzadko kiedy artysta ma możliwość w zupełności żyć tylko ze swojego artyzmu. To znaczy sam decydować o tym, co i kiedy robi, a jeszcze mu za to płacą. Dla sztuki robi się jedno, dla życia to, co przynosi pieniądze. Dla sztuki realizuje się idee, dla pieniędzy - zamówienia. Fotografik może przez całe życie robić zdjęcia artystyczne: rzadko udaje mu się je sprzedać, wydać, a na co dzień chwyta okazje i łapie zlecenia. Andrzej specjalizuje się w fotografii czarno-białej. Właściwie nie pamiętam, czy widziałam kiedykolwiek kolorowe zdjęcie jego autorstwa. Chyba nigdy. Jedyny jego album, jaki mam, jest czarno-biały. Na portalu pojawiła się niedawno galeria z przydrożnymi kapliczkami i krzyżami też czarno-biała. I ta dziwna, niesamowita perspektywa: z ukosa, od dołu, rozciągnięcie przestrzeni, detal na tle olbrzymiego nieba, zbliżenie szarej, chropawej powierzchni kamienia. Lubię te fotografie. Jest w nich zaklęta tajemnica miejsc i przedmiotów. 

     Pilarzom ścinającym uschłe konary drzew na cmentarzu zapewne nie chodziło o artyzm, gdy poprosili Andrzeja, żeby zrobił im serię pamiątkowych zdjęć przy pracy.  Targowali się.  Ostatecznie stanęło na tym, że sesja wyniesie ich 300 zł, a było ich czterech do spółki. Andrzej przygotował im pokaz zdjęć po selekcji i obróbce, ponad setka. Byli zachwyceni. Artysta fotografik pokazał im, że ich praca też jest sztuką. Zdjęcia na zamówienie, nieplanowane, niezamierzone, bez podszeptu natchnienia, a jednak też dzieło sztuki.

     Tak rozmawiałyśmy słuchając Andreasa Scholla z płyty, milcząc często, bo przy jego śpiewie nie można rozmawiać. Można tylko słuchać. 

- Co teraz śpiewa? Haendla? Pergolesiego? Vivaldiego? 

- Pergolesi...

- Nie, nie to... Jakie są słowa?

Zaglądamy do tekstu, łapiemy słowniki: włoski, łacina, angielski... tłumaczymy wszystko, co się da. Chce wiedzieć, czy tym cudownym anielskim głosem śpiewa równie piękne słowa. Na szczęście tak. Teraz, kiedy rozumiem, rozkoszuję się doskonałą sweet harmony muzyki, głosu i treści.

- To jest najpiękniejszy głos, jaki w życiu słyszałam. Odkąd po raz pierwszy usłyszałam w radiu jego śpiew, jest moim numerem jeden.

- Męski...

- Nie męski, tylko w ogóle. Spośród wszystkich, jakie dotąd podziwiałam, męskich czy żeńskich, bez różnicy. Najpiękniejszy głos to najpiękniejszy i tyle.

- Ale można rozpoznać, ze to jednak mężczyzna mimo wysokości, jest... bardziej dynamiczny... taki... po męsku bardziej zdecydowany.

- Ależ on tu nie śpiewa żadnej partii kobiecej, więc skąd wiesz, że byś rozpoznała? On tu śpiewa jako facet partie męskie: Orfeusza, Cezara, Lorenza... Kto wie, czy dałoby się rozpoznać, zakładając, że go nigdy nie słyszałaś wcześniej, że śpiewa mężczyzna, gdyby to była partia, dajmy na to Kleopatry? Albo, o, Carmen?!

     Od dwóch tygodni zasypiam przy śpiewie Scholla i po przebudzeniu znowu włączam jego płytę.  Już wiem, że kupię jeszcze inne.  Najpierw, to znaczy jako drugą, "Arie dla Senesina". A potem jeszcze jedną....



komentarze (4) | dodaj komentarz

Wielogłos o Chopinie

wtorek, 16 listopada 2010 18:17

     109. monograficzny numer Zeszytów Literackich wydany w pierwszym kwartale tego roku poświęcony został Chopinowi. Bogaty i różnorodny wybór tekstów  poświęconych kompozytorowi otwiera Mała antologia tekstów o Chopinie składająca się z wierszy, fragmentów prozy, wspomnień, esejów, co ważne, autorów polskich i obcojęzycznych.

     Część tego, co redaktorzy wybrali spośród polskich utworów, jest raczej – wśród tej części społeczeństwa, która w ogóle cokolwiek czyta oczywiście – znana, jak wiersz Spotkanie Jarosława Iwaszkiewicza, słynne fragmenty z Promethidiona i Fortepianu Chopina Norwida czy Na małą Murzynkę grającą Chopina Miłosza. Niemniej zebranie tych utworów w jednym miejscu, nawet jeśli się je znało i czytało, pozwala jeszcze raz spojrzeć na fenomen Fryderyka przez pryzmat literatury i ocen także wybitnych przecież odbiorców i słuchaczy jego muzyki.

     Interesujące jest zestawienie opinii Balzaka, Gombrowicza, Kisielewskiego i Fryderyka Nietzschego, którzy chcąc ująć odmienność i wielkość Chopina, porównują go z innym geniuszami muzyki lub malarstwa. Dla Balzaka Chopin zrobił to z fortepianem, co Paganini ze skrzypcami: przelał w instrument swoją duszę. Według Gombrowicza jest on odwrotnością Mozarta. Dostrzega w jego muzyce wzruszający i podniosły heroizm, a całą jego twórczość uważa za afirmację słabości, delikatności, przeprowadzoną z niesłychaną stanowczością i uporem, dającą w rezultacie siłę i możność spojrzenia w oczy życiu. Z kolei Stefan Kisielewski widzi podobieństwo do losu Beethovena, który podobnie prześladowany jest nieustannie przez swą natrętną legendę, jednak istotna ocena Chopina wynika z zestawienia jego geniuszu z Wagnerem. Dla Kisielewskiego wyznacznikiem geniuszu jest bowiem paradoksalne łączenie w sobie przeciwieństw, które dają w efekcie niezwykłą jednorodność i jednolitość: Geniusz łączy w sobie przeciwieństwa w sposób niepowtarzalny, połączenie to w jego wypadku wydaje się naturalne, oczywiste – w każdym innym wydawałoby się nonsensem i dysharmonią. Wagner nie był zapewne geniuszem: zbyt jest jednorodny, za mało w nim sprzeczności. Najczystszym geniuszem był za to Chopin.

 

     Według Nietzschego to ostatni z muzyków nowszych który oglądał i ubóstwiał piękno na podobieństwo Leopardiego, Polak Chopin, on, który nie był do naśladowania. Istotę muzyki Chopina zestawia filozof z malarstwem Rafaela, obaj osiągnęli ten sam szczyt doskonałości, choć każdy w swojej dziedzinie sztuki.

     Wzruszające jest czytać wyznania tak intymne:Znów mnie polonez Szopena dopada (Anna Achmatowa), Koncert na fortepian i orkiestrę Chopina, napisany przez niego, gdy miał dziewiętnaście lat! Jaka głębia, ile blasku! (Emile Cioran), Zdawało mi się, jak na ironię, której gorycz tak bardzo odczuwałem, że w tej muzyce tkwi wszystko to, co pozostawiłem za sobą (…)Kochałem Chopina z powodu nadmiaru, a nie braku, jak ktoś, dla kogo rozwój muzyki zatrzymał się na nim (Claude Levi-Strauss). Potwierdza się fakt uniwersalności muzyki jako języka, który nie potrzebuje tłumacza, o ile tylko trafi na wrażliwego słuchacza. Dlatego Chopin przemawia do wszystkich, jest rozumiany przez ludzi z różnych kręgów kulturowych. Nie trzeba być Polakiem, żeby Chopina rozumieć i cenić.

     Marcel Proust użył, żeby tak rzec niezbyt elegancko, Chopina do scharakteryzowania swoich postaci literackich. Pani de Cambremer z lubością wsłuchuje się w owe frazy o długiej, krętej i wyszukanej linii, tak swobodne, tak giętkie, tak chwytne, szukające sobie miejsca kędyś bardzo daleko od swego początkowego kierunku, daleko od punktu, gdzie można się było ich spodziewać; frazy igrające na falach kaprysu jedynie po to, aby wrócić tym świadomiej – z tym bardziej wyrafinowaną precyzją, niby ślizgające się po krysztale dźwięcznym aż do potrzeby krzyku – i ugodzić was w samo serce.

     Na koniec pełne egzaltacji, bezwzględnie literacko wyolbrzymionej, aczkolwiek oddające sedno prawdziwego odczuwania muzyki, wyznanie Oskara Wilde`a: Po wysłuchaniu muzyki Chopina chciałbym opłakiwać grzechy, których nigdy nie popełniłem; rozdzierać szaty z powodu tragedii, które nie były moimi tragediami. Muzyka zawsze, moim zdaniem, wywołuje taki efekt. Stwarza przeszłość, której nie znaliśmy, napełnia nas bólem, który leżał ukryty przed naszymi łzami.

     I pod tym rozumieniem i sposobem przezywania także się podpisuję. Jak to dobrze, że Polacy nie mają monopolu na pisanie o Chopinie. 

 



komentarze (2) | dodaj komentarz

Koniec epoki Gutenberga?

wtorek, 09 listopada 2010 17:04

     W dodatku Conrad 04 dołączonym do 44. numeru Tygodnika Powszechnego Jerzy Franczak zastanawia się nad trendami rozwoju literatury w coraz bardziej cybernetycznym świecie. Przyczynkiem wypowiedzi autora jest najnowsza książka Umberto Eco napisana wspólnie z Jean-Lucem Carrierem Nie myśl, że książki znikną. Tytuł optymistycznie streszcza poglądy autorów o trwałej i niezbywalnej wartości, jaką stanowi literatura w formie drukowanej, która ma się dobrze i nie zanosi się wcale, aby groziła jej katastrofa na wzór Lemowskiej papyrolizy (Pamiętnik znaleziony w wannie). Chyba jednak sprawa nie jest ani tak prosta, ani oczywista.

            Wciąż jeszcze społeczeństwo przyzwyczajone jest do czytania liniowego, ale powoli – za sprawą elektronicznych możliwości kompilowania, przestawiania, cięcia, fragmentaryzacji i dowolnego zestawiania tekstów – najmłodsze pokolenia oswajają się z hipertekstowością wszelkich zasobów pisanych, z którymi mają do czynienia. Mnie, jako czytelnika tradycyjnego, przyzwyczajonego do ciągłości myśli w określonym porządku zdaniowym, podporządkowanemu logicznej dyskursywności, czytanie hipertekstowe po prostu męczy. Zamiast cokolwiek wyjaśniać – zaciemnia mi obraz całości; zamiast zachęcać do poznawania – nuży. Te rozgałęzienia rozgałęzień, odsyłacze do odsyłaczy,  linki od linków, podlinki, zakładki, spinacze pomagają w szybkim dotarciu do specjalistycznej jednej wybranej informacji, ale obrazu całości nie dają. Przeciwnie – wciągając w labirynt korytarzy – prowadzą wprost ku ślepemu zaułkowi ignorancji.

            Franaszek zauważa, ze mimo wszystko hipertekst nie jest jeszcze powszechną formą komunikacji, a globalna sieć internetowa, paradoksalnie, służy upowszechnieniu całkiem tradycyjnych sposobów wypowiedzi poprzez słowo pisane obecne choćby w postaci niezliczonej ilości indywidualnych stron i blogów. I nadal w świecie literatury miarą sukcesu pozostaje publikacja książkowa. Eco i Carriere nie boją się o przyszłość książki. Zagrożenie  pojawia się raczej w odniesieniu do możliwości percepcyjnych czytelnika, który zamiast czytać, tylko kartkuje utwory. Zanikają więc nie same książki, od których wciąż uginają się księgarskie półki, ale umiejętność czytania w sensie dokładnego zgłębiania dzieła poprzez stałe i wielokrotne jego poznawanie.

            Na rynku wydawniczych bestsellerów królują dzisiaj poradniki, szybkie kursy czynności tak pospolitych jak przyszywanie guzika i gotowanie makaronu. Ewentualnie dla bardziej ambitnych Jak rozmawiać o książkach, których się nie przeczytało Pierre`a Bayarda. W kwestii wydawnictw poradnikowych wymyślono już chyba wszystko. Przypuszczam, że hitem byłaby na przykład pozycja pod tytułem Jak czytać, żeby nie przeczytać. Może kiedyś, całkiem niedługo, ktoś ją napisze i zarobi miliony.

            Książki żyją czasami własnym życiem, mają swoje osobiste historie. Nie zrozumie tego ktoś, kto czyta tylko poprzez monitor komputera lub słucha głosu lektora z e-booka. Ja pewnie końca epoki Gutenberga nie dożyję, z czego się cieszę, ale jak długo jeszcze książka będzie opierała się próbom wyrugowania z codziennego obiegu?



komentarze (2) | dodaj komentarz

Wykłady wiedeńskie Kapuścińskiego

wtorek, 02 listopada 2010 22:21

     Europejczycy nie zdają sobie sprawy, jak ogromna rzesza ludzi kontaktuje się ze sobą, prowadzi wymianę kulturową, ekonomiczną, cywilizacyjną, naukową z pominięciem Europy, nic o niej nie wiedząc, w ogóle się nią nie interesując. Ile nici powiązań łączy Azję z Afryką, Afrykę z Ameryką Południową, Amerykę Środkową z Australią, Australię z Ameryką Północną omijając całkowicie kontynent europejski. Europa już nie jest centrum świata, nie wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Kapuściński w wykładach o Innym właściwie wprost zauważa, że Europa leży na peryferiach współczesnego świata, przede wszystkim świata kultury.

         Nastąpiła całkowita zmiana perspektywy, zmiana osi patrzenia, zmiana kierunku. Europejczycy to w gruncie rzeczy ludzie obrzeży, ludzie peryferii, ze skraju ziemskiego globu. A biorąc pod uwagę generalnie ujemny przyrost naturalny w wielu krajach Europy, jest to populacja ludzi ginących. Może trzeba ich wziąć pod ochronę? Tylko kto to zrobi? I jak? Osadzając w rezerwatach? Budując na afrykańskiej sawannie ogrody antropologiczne, żeby w przyszłości dzieci Masajów albo Pigmejów mogły na własne oczy zobaczyć białego Europejczyka?

         Przez wieki Inny dla Europejczyka to był ktoś spoza Europy, spoza uniwersalistycznej cywilizacji naszego kontynentu. Dopiero Levinas pisząc o relacji Ja-Inny miał na myśli Ja-Europejczyk i Inny- Europejczyk. I widział w tej relacji ogrom napięć, niezrozumienia, lęków. A co powiedzieć o Ja-Europejczyku i Innym-nieEuropejczyku? Levinas tego tematu nie porusza. Nie doszedł tak daleko. Zajmuje się tym Kapuściński, bo był tam, gdzie to Europejczyk jest Innym, jest Obcym, jest Przybyszem z zewnątrz. Kiedy mieszkałem w moim kraju, nie miałem świadomości, że jestem białym człowiekiem i że to może mieć jakieś znaczenie dla mojego losu. Dopiero kiedy znalazłem się w Afryce, od razu uświadomił mi to widok jej czarnych mieszkańców. Dzięki nim odkryłem swój kolor skóry (...) - czytamy w trzecim wykładzie wiedeńskim Ryszarda Kapuścińskiego z 3-go grudnia 2004 roku.

         Może jednak jest jakieś, jeśli nie usprawiedliwienie, to chociaż wyjaśnienie wielosetletniego eurocentryzmu białych? Może to nie tylko pycha, megalomania i chęć podbojów? Może istnieje jakaś, malutka choćby, obiektywna przyczyna, że tak egocentrycznie odbieramy i oceniamy  rzeczywistość? Kapuściński uważa, że człowiek jest z natury sedentarny. Niewielki procent ludzi odczuwa wewnętrzną potrzebę podróżowania i poznawania świata dalej położonego niż własne opłotki. To samo dotyczy całych kultur i cywilizacji. Wyjątkiem jest właśnie cywilizacja europejska, twierdzi Kapuściński: Jest bowiem ona jedyną, która od samych swoich greckich początków przejawia         c i e k a w o ś ć  ś w i a t a  i chęć nie tylko opanowania go i zdominowania, ale  i  p o z n a n i a, w wypadku swoich najlepszych umysłów - wyłącznie poznania, zrozumienia, zbliżenia i utworzenia wspólnoty ludzkiej.

 



komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 087  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378087

Lubię to