Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jestem w niebie ;-)

niedziela, 30 października 2011 19:10

 

 

Gabriel Faure - Sanctus (Missa Requiem)

Requiem d-moll, op. 48

 

 Sanctus, Sanctus, Sanctus,

Dominus Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra gloria tua.
Hosanna in excelsis.

 

        Gabriel Urbain Fauré - 1845 - 1924, francuski kompozytor i organista (znowu organista! oni jednak są wyjątkowi,  wystarczy wspomnieć Bacha, Zelenkę i moją pierwszą miłość - Widora). 

        Co ciekawe, Requiem Fauré nie napisał z jakiejś konkretnej okazji i z myślą o konkretnej osobie. Jak twierdził, skomponował ten utwór z czystej przyjemności. Może dlatego tak wielką przyjemnością jest jego słuchanie?

         Ile z własnej muzyki można przekazać uczniowi w procesie edukacji? Czy można nauczyć piękna? I na ile następcy, uczniowie będą korzystać z nauk mistrza, a ile  tworzyć od siebie? I jakie powinny być zachowane proporcje między ukłonem dla mistrza a swobodą własnej twórczości? Nie ma odpowiedzi, ale czy to przypadek, że Gabriel Fauré był uczniem Saint-Saënsa, a z kolei uczniem Faurego był Maurice Ravel? Słuchając każdego z nich, doświadcza się podobnych wzruszeń. Każdego z nich można słuchać bez końca. 

 




komentarze (17) | dodaj komentarz

Pierwsza miłość

piątek, 28 października 2011 18:49

 

 

       Charles-Marie Jean Albert Widor - 1844 - 1937 - organista w Lyonie i Paryżu, kompozytor, autor dziesięciu symfonii organowych, trzech symfonii na organy i orkiestrę, czterech oper i baletu oraz innej muzyki instrumentalnej i piosenek na głos i fortepian. Dwie ostatnie z dziesięciu symfonii organowych znane sa pod tytułami: IX Symfonia "Gotycka" ,  X Symfonia "Romańska"

 

        Utwór, który usłyszłam jeden jedyny raz 25 lat temu i się zakochałam.


Widor, 5 Symfonia, Toccata

 




komentarze (12) | dodaj komentarz

Żeby tak pięknie domknąć...

środa, 26 października 2011 18:06

 

 

       Żeby tak pięknie domknąć weekendowy tryptyk kulturalny, wypadałoby opisać dzień trzeci, czyli niedzielę. Nie jest to wcale takie proste. Działo się wiele i nic, większość czasu zajęło mi zmaganie się z objawami chorobowymi i powrót do domu. To, co najciekawsze, wydarzyło się między piątkową operą a sobotnim koncertem. Szykując się do odwiedzin w Warszawie, zawsze sprawdzam, co dzieje się w Pałacu w Wilanowie. Mają tam bardzo miły zwyczaj organizowania wielu imprez darmowych. Tym razem, w ramach Japońskiego Października trafiłam na pokaz tradycyjnego japońskiego tańca. Tegoroczny Japoński Październik w Pałacu w Wilanowie jest już dziewiątą edycją, rozpoczętą 14 października, a zakończy się 13 listopada.

 

W programie zaplanowano między innymi:

 

- wystawę i warsztaty Shodō – japońskiej kaligrafii Kaoh Tateyama artystki shodō uzupełnionej pracami kaligraficznymi mistrzyni Sachiko Horii (To Ren)
- wystawę bonsai przedstawicieli grupy szkoleniowej Bonsai Juku
- prezentacje baśni japońskich w teatrze cieni

- warsztaty haiku z dr Agnieszką Żuławską-Umeda, która jest wykładowcą w Zakładzie Japonistyki i Koreanistyki, tłumaczem, filologiem i autorką książek;
- wieczór z książką Eric Feye Nagasaki
- pokaz tańca nihon buyō  w wykonaniu Hany Umeda i jej uczennic
-
wieczór z Mitologią japońską Agnieszki Kozyry – książką i japońskimi mitami dotyczącymi kappy i tengu
-
bajki japońskie o 11 kotach – opowieść i warsztat plastyczny dla najmłodszych dzieci i ich bliskich
-
warsztat tańca Bon Odori prowadzony przez Hanę Umeda, tancerkę tradycyjnego tańca japońskiego nihon buyō, uczennicę mistrzyni Nishikawa Fukushino ze szkoły Nishikawa-ryu w Japonii.  

 

         Na większość spotkań przewidziano wstęp wolny, a na niektóre wpisowe 20 zł i rezerwacja ze względu na ograniczoną liczbę miejsc. W sobotę zaprezentowano japoński taniec.  Hana Umeda i jej uczennice zaprezentowały cztery tańce o bardzo poetyckich nazwach: Kwitnąca wiśnia (Sakura), Most czerwonych klonów (Momiji no hasai), Śliwy już zakwitły (Ume wa saita ka) oraz  Tysiąc lat dla wysp (Shima no senzai). No cóż, na tańcu japońskim się nie znam, ale  wdzięczne kroki tancerek z wachlarzami na tle japońskiej muzyki i śpiewu miały swoisty urok. Z programu występu można było wyczytać, równie poetycki jak nazwy, szczegółowy opis każdego tańca.


 Most czerwonych klonów (Momiji no hasai) ma taką treść:


Jesienne góry i szmer strumyka.

Wszystko w ciszy.

Pod mostem pojawia się biała czapla i stoi nieruchoma

- nie wiadomo, kiedy moje ręce również nieruchomieją.

Jesień jest coraz głębsza, trawy i krzewy robią się białe,

Zbiera się coraz więcej śniegu,

W moim sercu coraz więcej tęsknoty i miłości.

Tak, cicho, próbuję odtańczyć jesień.

 

   Hana Umeda        

(zdjęcie ze strony www.rodzinne-miasto.pl)        Bilet na darmowe wejście do Pałacu :-)

 

       Tancerki       

      

         Po taneczno-wachlarzowych wrażeniach czas na kawę. Wybieramy Pożegnanie z Afryką na Krakowskim Przedmieściu. W oszklonych szafkach, kredensach, różne filiżanki i inne kawowe akcesoria. Lokuję się pod ścianą na sporej ławie z poduszkami. Rzut oka na menu: wybieram z cynamonem – ma mnie rozgrzać i przegonić chorobę. No to spróbujemy.  Siedzi się miło i przytulnie, jednak trzeba się rychło zbierać, bo jeszcze w planach koncert.

 

       Następnego dnia już nic, tylko dogrzewanie się, lektura ciekawostek i powrót. W najbliższym czasie będzie można w Sali Kongresowej posłuchać Jose Carrerasa (4 listopada) i Montserrat Caballé (22 grudnia). Interesująco wypada porównanie cen: „Carreras” kosztuje od 300 do 850 zł, „Caballé” wyceniono na 130 do 550 zł. Jeszcze jeden przykład braku równouprawnienia, bo dorobek obojga, uwzględniając oczywiście specyfikę głosu, jest porównywalny. Ach,  będzie też z koncertem Paul Anka, cenowo mieszczący się w przedziale 130 – 500 zł. No wybaczcie, ale w tym kontekście to Carreras został  potraktowany jak prawdziwa diva operowa, a Caballé jak ociupinkę lepsza od przeciętnej estradowa piosenkarka. 


Puccini, Tosca, Vissi d`arte - Montserrat Caballe


        Ciekawe, z czego wynika różnica cen biletów na ten sam spektakl, ale w różnych miastach. Moscow Balet z Jeziorem łabędzim zawita między innymi do Bydgoszczy: 90-150 zł;  Warszawy: 90-250 zł; Krakowa: 110-150 zł i Zabrza: 90-140 zł. Może coś pokręciłam, ale takie ceny widniały na stronach z możliwością elektronicznego zakupu biletów.

 

         W ostatnim numerze „Ruchu Muzycznego” (nr 21, 16 października) jest recenzja „Dzienników” Wacława Niżyńskiego. To ja byłam szybsza i pisałam o nich jeszcze latem, w czerwcu, trzy miesiące temu.

       Z kolei zapowiedź Kniazia Igora Aleksandra Borodina w Operze Wrocławskiej jest wielce zachęcająca – 6 przedstawień w listopadzie i wybrałabym się bez dwóch zdań, tylko nawet jak na moje szaleństwo to jednak trochę za daleko.

 




komentarze (18) | dodaj komentarz

Koncertowo

wtorek, 25 października 2011 18:39

 

 

       Tam też byłam ;-(

 

       Drugi dzień kulturalnego weekendu, czyli sobotę, spędziłam koncertowo i to nie tylko dlatego, że jadąc w piątek na Kurzak do TWON, byłam od tygodnia porządnie chora, ratowałam się antybiotykami, wzmacniaczami odpornościowymi, setką chusteczek antykatarowych i zdeterminowanym milczeniem z powodu awarii systemu dźwiękowego w moim gardle. Otóż, ku radości wielkiej, z samego rana wrócił mi głos. Skrzeczący, bo skrzeczący, ale mogłam już piać z zachwytu nad dziełami wielkiej sztuki. Padło na Filharmonię Narodową, gdzie był zaplanowany koncert z cyklu Wielkie symfonie romantyczne w ramach Krajowego Programu Kulturalnego Polskiej Prezydencji 2011, czyli zasiadając w fotelu, przyczyniłam się swoją osobą do podniesienia prestiżu naszego kraju na arenie europejskiej. 

      Orkiestra Symfoniczna FN pod batutą Yoava Talmi z solistami: Beatą Bilińską przy fortepianie i Jarosławem Malanowiczem na organach, zaprezentowała trzy utwory:

- Etiudy symfoniczne na fortepian i orkiestrę Artura Malawskiego (1904 – 1957)

- Burleskę d-moll na fortepian i orkiestrę Richarda Straussa (1864 – 1949)

- III Symfonię c-moll , organową Camille Saint-Saënsa (1835 – 1921)

 

      Artur Malawski urodził się w Przemyślu, a po początkowej nauce gry na skrzypcach w rodzinnym mieście studia muzyczne odbywał w Krakowie. Los wojenny rzucił go najpierw do Tarnopola, potem do Lwowa, a następnie do Lublina, gdzie utrzymywał się z lekcji muzyki. Po wojnie związany był jako wykładowca z Państwową Wyższą Szkołą Muzyczną w Krakowie oraz w Katowicach. Jego uczniem był między innymi Krzysztof Penderecki.  Etiudy symfoniczne w 1948 r. przyniosły mu sukces na festiwalu muzyki współczesnej w Amsterdamie. Wierchy, balet na sopran, tenor, baryton, chór i orkiestrę, komponowany w latach 1944 – 1950 to drugie z bardziej znanych dzieł kompozytora. Imię Artura Malawskiego nosi Filharmonia Rzeszowska.

       Etiudy symfoniczne to utwór bardzo dynamiczny, ekspresyjny, wymagający od muzyków dużego temperamentu. Beata Bilińska wydobywała z fortepianu dźwięki mocnymi uderzeniami aż się zastanawiałam, skąd ta delikatna kobieta ma w sobie tyle siły. Muzyka niemal dosłownie uderza od pierwszego taktu i trzyma w napięciu do końca, nie pozwalając na oddech. Niemniej słuchało się z przyjemnością, z dozą fascynacji wirtuozerią pianistki i sprawnością całej orkiestry.

 

      Burleska to kompozycja dwudziestojednoletniego Ryszarda Straussa, którą młody kompozytor opatrzył dedykacją dla Hansa von Bülowa mającego być pierwszym wykonawcą. Ten jednak uznał dzieło za niedorzeczne, a partię fortepianu za niewykonalną. Ostatecznie więc po raz pierwszy wykonał je w 1890 r. Eugen d`Albert, a przez pewien okres cieszyło się nawet sporą popularnością. Jest to bowiem kompozycja efektowna i niebanalna, jak np. we fragmentach z solowymi kotłami.

 

       I wreszcie trzeci punkt programu – III Symfonia zwana  organową Saint-Saënsa, zadedykowana zmarłemu przyjacielowi kompozytora, Franciszkowi Lisztowi. Piękna, monumentalna, liryczna i dramatyczna zarazem. Tutaj to się prawdziwie zasłuchałam. Przepiękne, delikatne brzmienie organów w pierwszej części Symfonii wzbudza nastrój melancholijnego żałobnego smutku, prowokującego do zadumy nad przemijaniem. Nic zresztą dziwnego, Saint-Saëns jest mistrzem budowania metafizycznych nastrojów, wystarczy przypomnieć jego Umierającego łabędziaW drugiej zaś części pojawia się niezwykła fraza z partią fortepianu na cztery ręce. Te dwa elementy: organy i fortepian w połączeniu z orkiestrą pozwalają rozpoznawać III Symfonię jako dzieło wyjątkowe, z wielkim rozmachem, zarazem głębokie i przenikające.

 

        Nie udało mi się znaleźć takiego nagrania, które przypominałoby delikatność partii organowej z sobotniego koncertu w wykonaniu Jarosława Malanowicza. A może to tylko atmosfera słuchania na żywo tak mnie nastroiła, że wszystkie nagrania wydają mi się teraz albo zbyt mdłe, albo za ostre. Największy wybór youtubowych nagrań dotyczy dynamicznej i pełnej mocy części finałowej. Niech więc będzie.

 

Saint-Saëns, III Symfonia organowa - finał

 

 

 

 

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Aleksandra Kurzak w TWON

poniedziałek, 24 października 2011 19:58

 

 

 

      Byłam tam.

      W piątkowy wieczór w TWON zgromadził się komplet publiczności. Dzięki specjalnie wznowionej Łucji z Lammermoor w reżyserii Michała Znanieckiego także polska publiczność mogła posłuchać kreacji, którą od roku Aleksandra Kurzak zachwyca melomanów i krytyków na świecie. W dołączonej do programu okładce zacytowane zostały fragmenty recenzji:

 

Debiutując jako Łucja, porwała za sobą cały teatr, tak pod względem wokalnym, jak i dramatycznym. (The Seattle Times)

 

 Zdecydowana, wielce utalentowana młoda kobieta znakomicie debiutuje jako Łucja. Stworzony przez nią portret bohaterki jest niezwykle przenikliwy i trafny. (The Gathering Note)

 

Była fenomenalna (The New York Sun)

 

       Po występie w Seattle Opera w partii Łucji Opera Magazine porównywał Kurzak do największych śpiewaczek belcanta: Beverly Sills, Joan Sutherland i Marii Callas. To wielkie szczęście, że artystka znalazła czas (między Staatsoper w Wiedniu a Metropolitan Opera w Nowym Jorku) na trzy wieczory w Warszawie – 21, 23 i 25 października.

 


     

       Aleksandra Kurzak była zachwycająca. Jak już się pojawiła i zaczęła śpiewać, to mimo niewątpliwych zalet partnerujących jej śpiewaków (Artur Ruciński jako Enrico, Francesco Demuro jako Edgardo,  Rafał Siwek – Raimondo czy Pavlo Tolstoy – Arturo), czekałam tylko na kolejne jej wejście. Nie wyczuwało się żadnego specjalnego wysiłku, żadnej przesady, nadmiaru czy niedomiaru – wszystko było jak trzeba. A głos niósł się, jak to napisano w Newsweeku, aż do stratosfery od pierwszej arii Regnava de silenzio, kiedy opowiada o ujrzanej nad źródłem zjawie, przez wspaniały duet z Edgardem Verranno a te po ostatnią Spargi d`amaro pianto, która po gwałtownych, urywanych majaczeniach szalonej Łucji, po bieganiu i tarzaniu się po scenie, wywiera niesamowite wrażenie ostatecznym nastrojem rezygnacji i pożegnaniem z życiem:

 

Ach! Nie uciekaj, Edgardo!

Obmyj gorzkimi łzami

Moje ziemskie przybranie,

Gdy ja modlić się będę

Za ciebie tam, w niebiosach.

Dopiero, gdy przybędziesz,

Raj pięknym się dla mnie stanie!

 

      A trzeba przyznać, że wcześniej Łucja potrafiła jednak dość długo opierać się naciskom brata, żądającego od niej zgody na poślubienie znienawidzonego lorda Artura. Dopiero sfałszowany przez Normanna list, rzekomo napisany przez Edgarda, załamuje bohaterkę przekonaną, że ukochany ją zdradził. Kiedy tak Enrico oplątuje siostrę coraz mocniejszym szantażem emocjonalnym (Musisz mnie ratować. Musisz!; Odbierasz mi honor i życie, pod topór mnie prowadzisz…), zastanawiałam się, dlaczego ci rzekomo silni, męscy i bezwzględni faceci zawsze muszą ratować swój honor kosztem kobiety? Prawdziwy mężczyzna, gdy sam nawarzył piwa, powinien przyjąć na siebie odpowiedzialność. Tymczasem to kobiety wielokroć ratowały ich majątki przed bankructwem, ich skórę przed zemstą a czasem i wolność przed grożącym im więzieniem, poświęcając przy tym poprzez przymusowe małżeństwo swoją wolność, wyrzekając się miłości, rezygnując z osobistego szczęścia. Co za niesprawiedliwość!

       Nie wiem, czy o taką refleksję chodziło Walterowi Scottowi, autorowi książki, Gaetano Donizettiemu – kompozytorowi czy Michałowi Znanieckiemu – reżyserowi warszawskiej Łucji, ale w scenie słynnego sekstetu Chi mi frena in tal momento, kiedy wszyscy się „drą” jedno przez drugie, a Łucja stoi załamana, samotna w swojej rozpaczy, naturalnym biegiem pojawia się myśl, że to się nie może dobrze skończyć i naprawdę będzie już tylko coraz gorzej.

 

Łucja:

Miałam nadzieję, że życie

Odbierze mi przerażenie…

Lecz śmierć nie przybywa na pomoc…

Wciąż żyję, ku swej rozpaczy!

Z oczu spadła zasłona,

Zdradziły mnie ziemia i niebo!

Chciałabym płakać, lecz nie mogę…

Nawet łzy mnie opuściły!

 

       Ale jeszcze w ostatniej chwili, gdy Edgardowi otoczonemu przez zamkowych kawalerów i gości weselnych grozi śmierć, mimo że przed chwilą ze wzgardą oskarżył ją o zdradę,  Łucja potrafi myśleć tylko o nim:

 

Boże, ocal go…

W tak strasznej chwili

Nieszczęśliwej wysłuchaj lamentów…

Oto błaganie niezmierzonego bólu,

Dla którego na ziemi nie ma już nadziei…

Oto ostatnia prośba mego serca,

Co na ustach mi kona!

 

       Ach, gdy tak Aleksandra Kurzak stała w białej ślubnej sukni, z długim welonem kurczowo przytrzymywanym przez Lorda Artura, jakby się bojącego, że mu zaraz ucieknie obiecana młoda małżonka, a potem klęczała błagając o życie ukochanego rzucającego jej w twarz oskarżenie o zdradę, gotowego na śmierć w nierównej walce w zamku odwiecznego wroga – była wzruszająca, wstrząsająca, ZACHWYCAJĄCA.

       Nic dziwnego, że owacja trwała długo, a kosze kwiatów ustawione na scenie nie pozwoliły domknąć kurtyny. A poza tym można było podziwiać kaskaderów, chodzących po pionowo ustawionej ścianie obrazującej ogród z lotu ptaka. Zamczysko z kolei również stało na głowie: okna z gotyckimi ostrołukami odwrócone ku dołowi, za nimi zaś chmury płynące nisko, a w górze jezioro, po którym płynął w łódce do góry nogami, a raczej z głową do dołu jakiś rybak. Zabawny akcent z małymi dziewczynkami, które zbierały sprzed zasłoniętej kurtyny kwiaty będące rekwizytami w scenie weselnej. Otrzymywały duże brawa, gdy udało się im wyrwać mocno wciśnięte w podłogę ostre łodygi. Do ostatniego zaś kwiatka z dwóch stron sceny wybiegły dwie dziewczynki, rywalizując która dobiegnie pierwsza. Obie wzbudziły radość i zachwyt publiczności.

       No właśnie, zapomniałam napisać o kolorach.  W scenograficznej wizji Michała Znanieckiego ważną rolę odgrywają barwy. W zasadzie wiekszość scen rozgrywa się w półmroku, przecież Łucja czeka na Edgarda przed świtem w ogrodzie, w końcowej scenie Edgardo dowiaduje się o śmierci  ukochanej będąc na cmentarzu, gdzie jest umówiony na pojedynek z Enrico. Ponure zamczysko stojące do góry nogami również nie wywiera optymistycznego wrażenia. Przez wielkie gotyckie okna, jak wspominałam wyżej, z odwróconymi w dół ostrołukami, w zależności od sceny wpada różnego koloru swiatło. Raz jest błękitne jak jezioro, raz ciemne, bo wędrują po niebie gwałtowne, skłębione chmury, innym razem zaś ognistoczerwone jak krew - to w scenie zabójstwa, a raczej po jego dokonaniu, gdy Łucja popada w szaleństwo. 

        Kolejny walor sztuki to stroje - stylowe, piękne, takie tradycyjne. Zaletą realizacji, poza niewątpliwymi gwiazdami śpiewu z Aleksandrą Kurzak w roli głównej, było to, że jest w sumie bardzo tradycyjna. Bez tak częstych dzisiaj udziwnień, unowocześnień, przenoszenia akcji w czasy współczesne, które mnie osobiście zawsze przeszkadzają w odbiorze, bo odczuwam jakiś dysonans między muzyką i librettem a futurystycznymi zapędami różnej maści wizjonerów. No bo niejeden taki wizjoner, chcąc być współczesny, kazałby Łucji i Edgardowi spotykać się na przyklad w galerii handlowej. Na szczęście Znaniecki pozostawił ich w ogrodzie, a zamek przypominał zamek, choć do góry nogami z żyrandolem wyrastającym z podłogi. 

 

 

Fragmenty libretta z programu operowego w przekładzie Anny Makurackiej

 

Zdjęcia - Łucja z Lammermoor

 

Zdjęcia z premiery, bez udziału Aleksandry Kurzak. W realizacji z jej udziałem suknie były ładniejsze, także biała z welonem była ciekawsza, bardziej klasyczna. Ale można zobaczyć sceny w zamku odwróconym do góry nogami, z oknami do dołu i żyrandolem wyrastającym z podłogi oraz ciekawą kolorystykę scenografii. 

 




komentarze (13) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 853  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403853

Lubię to