Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

W Troi, w Iraku, w Afganistanie...

niedziela, 24 października 2010 13:21

     Oglądanie na scenie greckich tragedii, a jeszcze w znakomitej obsadzie, to zawsze wielkie wielowymiarowe przeżycie. Kiedyś, przed laty zastanawiałam się, co może być interesującego w oglądaniu historii, której przebieg jest doskonale znany, której zakończenie nie zaskoczy, bo wszyscy wiedzą, co się stanie. Intrygujące wydają się greckie tragedie właśnie przez to, że opowiadając dzieje postaci mitologicznych (przeważnie, tragedii historycznych pisano znacznie mniej i rzadziej wystawiano), właściwie niczego nowego nie odkrywały, a  ówcześni widzowie przychodzili na całodniowe agony nie po to, by się czegoś dowiedzieć, ale żeby przeżyć po raz kolejny te same emocje. Kiedyś wydawało mi się, że to musi być nudne oglądać wciąż to samo. Te same postacie Edypa, Klitajmestry, Elektry, Heleny, Odysa, Kreona, Antygony wciąż przeżywają swoje osobiste tragedie, zmagając się Losem, przed którym nie ma ucieczki. 
     Czy można w neskończoność? Otóż można i nigdy dość powtarzania tej znanej wszystkim, absolutnie wszystkim historii człowieka, który kiedykolwiek i gdziekolwiek żyje, doświadcza tych samych dylematów, tego samego cierpienia, i który musi dokonywać tych samych wyborów nigdy nie będąc pewny, czy postapił słusznie. Tak w skrócie wygląda najbardziej uniwersalna historia - historia Człowieka. Wszystkie tragedie mówią o tym samym, opowiadają tę samą historię rozpisaną tylko na różne postacie. Los Ifigenii jest jeszcze jedną wersją.
     W przypadku jednak tragedii greckich pojawiać się może podejrzenie, uzasadnione zresztą, że dla współczesnego odbiorcy nie będzie to historia wystarczająco uniwersalna, że nie znajdzie w niej opowieści o sobie. Znajmość mitologii greckiej ogranicza się do przymusowego czytania wybranych mitów w szkole, a potem zapomina się, kim byli Agamemnon, Hektor, Achilles, Medea czy Ifigenia właśnie. Dlatego istnieje pokusa uwspółcześniania mitycznych historii, przenoszenia postaci w XX i XXI wiek, umieszczania ich w centrum współczsnych konfliktów sumienia. Dzieje się tak w "Ifigenii", autorskim spektaklu Antoniny Grzegorzewskiej granym od dwóch sezonów w Teatrze Narodowym. 
      Bohaterowie uwikłani w wojnę trojańską mówią tutaj językiem bardzo współczesnym, który automatycznie przenosi widza na fronty współczesnych konfiktów, jak np. do Iraku czy Afganistanu. Pojawia się na przykład motyw oddawania krwi dla żołnierzy, Ifigenia rozmawia z Agamamneonem przez telefon, wysyła esemesy, Menelaos to sfrustrowany facet porzucony przez żone, który miota się między nienawiścią do niej a pożądaniem, Achilles naprawia rowery i nie chce iść na wojenną wyprawę, a Patrokles chce tylko "kręcić pokojowo piruety". Obaj wielcy bohaterowie z "ILiady" Homera tutaj słuchaja DJ-a Bebe, chodzą do solarium, umawiają się na premierę "Toski" i otwarcie Alkoholi Świata. Obracają się w świecie sztuki, kultury, showbiznesu, autografów i VIP-ów. Ifigenia zaś to zbuntowana nastolatka, próbująca wykrzyczeć swoją niezależność w konflikcie z matką, Klitajmestrą.
     Ale nadchodzi czas, że cokolwiek robią, cokolwiek mówią i jak bardzo byliby współcześni, ich los okazuje się przesądzony tak, jak zapisano to w starożytnym micie: Achilles z Patroklosem pójdą na wojnę, Agamemnon poświęci córkę na żądanie Artemidy w imię przyszłej wygranej, a Klitajmestra go za to znienawidzi, bo "kto żyje w Helladzie, musi umrzeć w Troi". Nadrzędnym prawem rządzącym wóczas i dzisiaj, w wieku XXI jest wojna. 
     Wyszłam ze spektaklu z mieszanymi uczuciam. Nafaszerowanie tekstu uwsółczesnionym, często brutalnym, dosadnym językiem nie wzbudziło mojego zachwytu, nie pogłębiło wcale emocjonalnego odbioru. Skutek był raczej odwrotny. To właśnie mimo udziwnień i nowoczesności próbowałam odczytywać to, co uniwersalne. Pomógł mi w tym pełny tekst spektaklu załączony do programu. Nie wszystkie bowiem sceny zostały przedstawione. Różnice dotyczyły też pewnych szczegółów scenograficznych,  w moim odbiorze ze szkodą dla sztuki. Nie przekonała mnie rozhisteryzowana momentami Ifigenia Anny Gryszkówny.  Bardziej naturalna i wiarygodna za to wydała mi się postać Klitajmestry zbudowana przez Aleksandrę Justę. Zmęczony sytuacją, a nie potrafiący z niej się wyplątać Agamemnon w interpretacji Jerzego Radziwiłowicza momentami budzi nawet współczucie. Mimo krótkiej obecności, dosłownie w jednej tylko scenie, ale perfekcyjnie zagrała Magdalena Warzecha jako Artemida. Piekna, wyniosła, bezwzględna jak uosobienie bezimiennego losu, fatum, z którym nie ma żadnych pertraktacji ani kompromisu.



komentarze (1) | dodaj komentarz

Zaskakujące zakończenie

poniedziałek, 11 października 2010 19:35

     Właśnie skończyłam czytać "Oleandra" Marcina Kurka. Ostatnie dwie części - VI i VII pochłonęłam w mgnieniu oka. Niepotrzebny kurs szybkiego czytania, jak cos wciąga! Zaczynając lekturę, wzięłam za dobrą monetę wyznanie narratora: leżę teraz martwy na podłodze.  Nie pierwszy raz spotykam się z zabiegiem użyczenia głosu truposzowi. Jest tak chocby w powieści Pamuka "Nazywam się Czerwień". Przyjęłam, że Kurek posłużył się tym samym chwytem. I to był błąd!
     Część VI konstrukcją i atmosferą narastającego napięcia przypomina najlepszy kryminał. Bohater umiera po wypiciu wody z butelki, w której wcześniej moczyła się gałązka przywiezionego z wycieczki tytułowego krzewu o nazwie oleander. Ten zaś jest rośliną silnie trującą, właciwie śmiertelnie trującą. Kiedy bohater sobie to uświadamia, zaczyna się wyścig ze śmiercią. Dzwonienie po lekarzach, znajomych, botanikach w desperackim poszukiwaniu ratunku. Ostateczną pomocą ma służyć niejaka pani profesor T., toksykolog polskiego pochodzenia, aktualnie przebywająca i pracująca w Kalifornii. Niestety, pani profesor jest na spotkaniu, odbiera jakaś sekretarka, która obiecuje, ze przekaże wiadomość, a pani profesor na pewno oddzwoni. Trwa czekanie, a stan bohatera sie pogarsza, pojawiają się kolejne objawy wyczytane z opisu działania trującej rośliny. Oczywiście było płukanie żołądka i łykanie całej garści leczniczego węgla. Nic więcej nie można zrobić, ponieważ lekarze też nie słyszeli, jak ratować osobę, która wypiła wodę z gałązką oleandra, bo nikt się z takim przypadkiem dotąd nie spotkał. Czas płynie, bohater czuje, że umiera, zaczyna kręcić mu się w głowie, ma omamy. Kłądzie się na dywanie, na którym spotykamy go na początku poematu.
     Staje się jasne, że wcześniejsze części utworu, zawierające wspomnienia, przypomnienia, reminiscencje, refleksje, rozważania to film z całego życia, jaki rzekomo każdy ogląda tuż przed śmiercią. Mamy świadomość, że oto czytamy zapis agonii.  Potwierdza to część VII, odmienna w swojej wersowej konstrukcji, w rozczłonkowaniu linijek, rozkawałkowanych jakby świadomość bohatera rozsypywała się na niezalezne części. Pojawiają się natrętne powtórzenia, cytaty z utworó czytanych przez całę życie przez bohatera: Słowacki, Gombrowicz, Norwid, Mickiewicz, poezja wspłóczesna obok Fredry,  wyimki z książek, cudze dialogi... jakby w tej ostatecznej chwli w cżłowieku nie zostało nic własnego, tylko to, co kiedyś gdzieś przeczytał. Układać zdania, które brzmią jak cytaty: oto istota literatury.  Kiedy bohater za poetą powtarza "dajcie mi tylko jedną ziemi milę! czujemy, że to jego ostatni krzyk rozpaczy. I kiedy przedostatnia strona poematu kończy się wyśrodkowanym

                                                           i
                                                           i
                                                           i 
                                                           i
                                                           i
niemal słyszymy piszczący głos z monitora oznajmujący zatrzymanie akcji serca. Wiemy. To koniec.
      Ale otwieramy następną stronę. Profesor T. z Kalifornii rzeczywiście oddzwoniła. Pyta, ile czasu minęło od wypicia zatrutej wody. Pięć godzin. W takim razie przeżyje. Oleander zabija natychmiast, wywołuje zawał i nie daje objawów jelitowych. A zawroty głowy? Omdlenie? To nerwy. Proszę zrobić badanie serca, śladem trucizny będzie lekka arytmia.
    
Ale mnie nabrał!
     Ostatni fragment utworu ma czas teraźniejszy. Tego dnia autor skończył pisać swój poemat, zastanawiając się: jak to jest, że dajemy się zabić za jej przeszłość, a nie znosimy teraz? Oleander jest metaforą Ojczyzny.



komentarze (0) | dodaj komentarz

Wyzwalanie pamięci

niedziela, 10 października 2010 11:02

    IV i V część "Oleandra" Marcina Kurka w jeszcze większym stopniu, a może po prostu w wyraźniejszy sposób, przynajmniej dla mnie, obraca się wokół wspomnień. W zasadzie większość dzieł literackich jest zapisem wspomnień, a praca pisarska polega na wyzwalaniu pamięci. Różnice między autorami sprowadzają się do tego, jakie to są wspomnienia i jak zapisane, jak ułożone, w jakiej zamknięte fabule. Może w przypadku liryki rola wspomnień jest mniejsza, a większy udział w tworzeniu ma wyobraźnia i kreacja, ale i w niej zdarzają się wcale nierzadko teksty wyrastające z pamięci, bazujące na zasobach pamięci poety.
     W poemacie Marcina Kurka pmaięć odgrywa rolę istotną, najważniejszą. Z niej wypływa cała treść, poszarpany układ zdarzeń, przeżyć, emocji, poprzetykanych datami, twarzami, inicjałami imion czy nazwisk, jak R. który zginął pod kołami pociągu towarowego. Bohater narrator wspomina podróże, przenosi się z Warszawy przez Paryż samolotem do Madrytu i z powrotem, z jednej strony obserwuje prasłowiańskie kurhany na ziemi dawnych Lędzian, a zaraz później dwa węże w trawie i chudy różowy kwiat na balkonie sąsiadów. Wszystko, co istnieje, doprasza się o pamięć - pisze autor i "Oleander" jest próbą realizacji tego przekonania.
     Ojciec bohatera idzie się wspinać na Lhotse, a ty rozpaczliwie pragniesz, żeby zabrał cię ze sobą ("nie trenowałeś, synku"). Pamiętam moją pierwszą daleką wędrówkę z ojcem.  Miałam nie więcej niż pięć lat, może mniej, bo nie przypominam sobie, żeby już wtedy była na świecie młodsza siostra. Więc mogłam mieć cztery lata, gdy ojciec zaczął wybierać się na Świsiówkę. Wiedziałam, co to było: łąka gdzieś daleko za lasem, trzymalismy tam w lecie pszczoły, jeździło się tam do siana. Tym razem ojciec wybierał się piechotą, drogą przez las.
- Ja też idę - uparłam się całą kilkuletnią swoją osobą.
- To daleko, nie dojdziesz - ostrzegała mama.
- Ja chcę iść! - upierałam się, nie przyjmując do wiadomości, że może być inaczej.
- Dobrze - zgodził się ojciec, mimo rozsądnego ostrzeżenia mamy:
- Nie bierz jej,  zobaczysz, że będziesz musiał ją nieść.
Poszliśmy. Nie pamiętam, jak byłam ubrana, nie pamiętam, ile czasu nam zajęła droga. Pamiętam kapliczkę z Matką Boską na sośnie, która przed lat ochraniała partyzantów. Tutaj robiono zbiórki,  stąd odbierano rozkazy, tutaj się modlono o zwycięstwo. "Widzisz?" - pytał ojciec. "Widzę" - mówiłam i poszliśmy dalej. Nie wiem, jak długo szliśmy, patrzyłam na drzewa strasznie wysokie i zastanawiałam się, jak się nie gubią ludzie wśród nich, gdy one takie wszystkie podobne.
     Na łące ojciec mnie zostawił, a sam poszedł na bagna na polowanie. Pokazał mi kierunek, w którym poszedł i miałam patrzeć w tamtą stronę, czekając aż wróci. Nie miałam zegarka, zresztą nie umiałam odmierzać czasu. Patrzyłam i patrzyłam, nic nie widziałam. Trawy były zbyt wysokie i zasłaniały mi widok. Patrzyłam i patrzyłam, zastanawiając się, ile mogło minąć czasu i czy ojciec wróci przed zmrokiem aż tu nagle zza pleców słysze jego głos: "Widziałaś?" "Widziałam" - skłamałam, żeby mu nie zrobić przykrości, choć nic nie widziałam, nawet zrywających się do lotu żurawi. 
     Pamiętam worek , który ojciec niósł na plecach i cały czas idąc z tyłu, patrzyłam na ten worek, żeby się nie zgubić w drodze powrotnej. Obeszliśmy tam i z powrotem,  robiąc jakieś siedem kilometrów, a mnie nie trzeba było wcale nieść. Dałam radę. Od tamtego czasu jestem piechurem, a chodzenie po lesie to jedno z moich ulubionych zajęć. Później, w latach szkolnych, nie potrafię nawet zliczyć wszystkich leśnych wędrówek. Wyprawy rodzinne, z dzieciakami, wędrówki samotne piechotą, a na dalsze odległości rowerem. Lasy, lasy, lasy... leśne ścieżki, dukty, piaskowe pagórki, gdzie zbierało się gąski, zarośla pełne jeżyn, śródleśna kamienista droga wysadzana białym piaskowcem wiodła skądś dokądś, nie znałam początku ani końca. Kilometrami chodziło się po lesie, słuchając tajemnej mowy drzew. Raz się tylko zgubiłam, z koleżanką. I same się odnalazłyśmy, nikt się nawet o tym nie dowiedział.
     W czwartej części "Oleandra" pojawia się opis snu: Szpital psychiatryczny we francuskim pałacu. Zespusty samochód, w pwnicy stołówka, mechanicy grają jazz, chronologia poszarpana, jak to we śnie; jakieś lotnisko, kosmiczny iluminator, w dole oświetlone wybrzeże Arabii., gdy tymczasem w Bombaju świta, a ktoś przynosi wiadomość, że Chiny napadły na Wenezuelę i dalszy ciąg snu odbywa się po hiszpańsku. Sny też dopominają się o własny głos, o pamięć, a może o próbę zrozumienia. Tak naprawdę cała literatura zbudowana jest ze wspomnień i snów. Bo nie da się wymyślić niczego, czego już człowiek nie zobaczył, z czym się nie spotkał w rzeczywistości lub choćby we śnie.



komentarze (0) | dodaj komentarz

Umberto Eco po raz drugi

środa, 06 października 2010 22:59

      Swego czasu zmordowawszy Wahadło Faucaulta Umberto Eco, zatęskniłam za Imieniem róży. Nagromadzenie tytułów, cytatów, odnośników do cytatów i relacji z relacji przekracza moją nie tylko pamięciową pojemność. A cóż za frajda z czytania, gdy się nie wie, nie pamięta, że enty bohater enty raz natrafia na tę samą rzecz, nazwę, tytuł... Żadna przyjemność. Mniej więcej w połowie dałam sobie spokój z usiłowaniem zapamiętania pokrętnych skojarzeń w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o los templariuszy. I tak wszystko okazało się bez znaczenia, bo ostatecznie wszystko jest fikcją.         
     Z całego Wahadła najbardziej podoba mi się nazwisko głównego bohatera i narratora - Casaubon. Bardzo dźwięczne, ładnie brzmi. Inne też niczego sobie, Eco, trzeba przyznać, umie wymyślać prawdziwe nazwiska, przy czym całkiem możliwe, że ich nie wymyśla, podobnie jak to było w Imieniu róży, tylko zapożycza z dokumentów, spisów, rejestrów odnalezionych w mrocznych zakamrkach bibliotek.
      Doprawdy, trzeba mieć umysł całkowicie nieskrępowany, żeby w powieści o templariuszach umieścić brazylijskie obrzędy szamanów, muzeum odkryć technicznych w Paryżu, Cagliostro, przepowiednie Nostradamusa, święty czarny kamień islamu, labirynty podziemnych korytarzy, kabałę, czarne dziewice, króla trędowatego, wóz z sianem i ... wahadło. Aha, jeszcze peryskop. Święty Graal, Stonehenge i umieranie na raka są jak najbardziej naturalne w tym towarzystwie. Nie, to stanowczo przekracza pojemność mojego umysłu. I nawet śledzenie pokrętnych meandrów myślowych Casaubona mnie nie zachwyciło. W pewnym momencie jego mananiakalny upór kojarzenia rzeczy najbrdziej od siebie dalekich staje się wręcz nudny. Pamiętajmy, że pierwszym, który owych skojarzeń dokonał, był Eco, więc jako autor... znużył zamiast zachwycić.
     Genialne dzieło w biografii pisarza rodzi się tylko raz. Potem już tylko można je powielać, dokonując wariacji na ten sam temat. Na tym polega fenomen tak zwanych poczytnych pisarzy. Czytelnik po przeczytaniu pierwszej pozycji przy każdej następnej ma wrażenie, że poznaje tę samą znaną mu już historię, w której tym razem sam może brać udział, zna bowiem mechanizm. Nobilituje go to do rangi współautora, czuje się wyróżniony i podejmuje grę. Czyta. Czeka na następną. Sprzedaż rośnie. I o to chodzi.



komentarze (0) | dodaj komentarz

"...na dwa dni przed śmiercią..."

poniedziałek, 04 października 2010 23:35

     Nie do wiary, że można tak pisać dzisiaj, w dobie płytkich zdawkowych pseudorozmów i pośpiesznej wymiany esemesów. Marcin Kurek żongluje planami czasowymi, czas teraźniejszy - tylko który? - tmten, kiedy bohater narrator patrzył jak sroka podlatuje do okna  czy ten, gdy jest 1975  albo 76, ulica niemodlińska? - zatraca się we wspomnieniach o przeszłości różnych osób, znanych i nieznanych bohaterowi, jak choćby dziadek J. który umrze na 82 dni przed moim urodzeniem. Ciągi wspomnień, ciągi różnych postaci, zebrane jak zdjęcia w rodzinnym albumie, przeplatają się, krzyżują, powracają, rozgałęziają w kolejnych osobach i  szczegółach.
    Język Kurka ma specyficzną rytmikę mowy podporządkowanej asocjacjom.  Może nużyć, jeśli na siłę chce się uchwycić meandrującą w tył i w przód chronologię. Jeśli jednak się jej poddać, nadchodzi moment, w którym odnajdujemy się wewnątrz opisywanego świata, jak gdybyśmy się znaleźli w filmie,  który okazuje się także historią o nas samych. Najlepszy opis światła: chłodny wieczór pod koniec sierpnia... Czujemy to, prawda? Znamy z własnego doświadczenia, podobnie jak lato na przedmieściu, wielkie słońce nad łąką, wycieczki z kanką do sąsiadów po mleko, tort poziomkowy... Niczego nie burzy fakt, ze to nie było przedmieście, tylko stary sad przy szkole w nieobecnej na mapie miejscowości, a przechodząc przez boisko i przekraczając odpływowy rowek umocniony czerwoną cegłą, zawsze zbierałam siniaki na kolanach.

     Gdziekolwiek by się było, i tak jedynym punktem odniesienia, od którego we wszystkie strony biegną promienie czasu, jest bukiet chabrów w zółtym dzbanku, który kupiliśmy na targu w Vence w połowie sierpnia, na dwa dni przed śmiercią Czesława Miłosza.

     I nieprawdopodobne, jak myśl podążajaca za lekturą może być równoległa czytanemu poematowi. Przeszłam do czwartej części "Oleandra", która zaczyna się jak zapis mojej własnej bieżącej chwili: Jest poniedziałęk. Faktycznie, jeszcze jest poniedziałęk, za kwadrans wybije północ i wejdę w dzień jutrzejszy, ale teraz  j e s t  poniedziałek.  Przed chwilą spirale wspomnień rozsnuwane przez autora skojarzyłam z filmem i oto na początku czwartej części czytam: Rwana projekcja. Coś niechybnie szwankuje w trybikach przekładni. Ze wszystkich filmów dzieciństwa, które po latach z trudem wyświetlają się pod powiekami, najczulszy jest obraz letniego domu, który jako jedyne z tmtych miejsc został nienagannie wymazany ze świata.  Znowu jestem bohaterką poematu. To moje wspomnienia są w nim opisane. To mojego domu z dzieciństwa już nie ma, ponieważ został rozebrany, a w tym miejscu jest teraz boisko przy szkole. Ale on istnieje tylko w pamięci i kiedy próbujesz wywołać go z mroku, przypomina zmyślenie.  To był olbrzymi dom, budynek starej szkoły. Na parterze znajdowały się cztery sale lekcyjne wychodzące na duzy korytarz biegnący na przestrzał: od drzwi głównych od strony drogi, do tylncyh, przez któe wybiegało się na boisko. Na półpiętrze szkolna kancelaria i dwupokojowe mieszkanie, z kuchnią,  tajemniczymi strychami stopniowo zasiedlanymi przez wyobraźnię. Jeden z rogów budynku od góry po sam dach obwieszony był splątanym winogronem, który dawał słodkie fioletowe owoce. Rzadko można było je dostać, bo całe pnącza zasiedlone były przez chmary wróbli, które wyjadały miąższ, zostawiając skórki. Z większego pokoju drzwi balkonowe prowadziły na oszkloną werandę wspartą na drewanianych słupach. Zawsze się bałam, że weranda, i tak już pochylona na ukos z opadającym rogiem od wschodniej strony, kiedyś się załamie i oberwie a ja spadnę razem z nią z wysokości pierwszego piętra. Z klatki schodowej przez okno można było dojrzeć las ciemniejący na horyzoncie ponad złotymi polami pszenicy i żyta. Chodziło sie to tego lasu na jezyny i grzyby. Znalazłam w nim miejsce pachnące dzikimi konwaliami. Dom jak ze snu, jak z basni, całkiem nierealny wydaje się dzisiaj, a przecież mieszkałąm w nim trzynaście lat. Nie ma już drewnianych skrzypiących podłóg lekcyjnych, wiecznie zakurzonego korytarza (wożny zamiatał suchą miotłą kupy piasku z butów wzniecając tumany aż trudno było oddychać). Nie ma wernady, nie ma strychów, nie ma lakierowanej poręczy wzdłuż schodów... Dom ze wszystkimi jego zakamarkami przeniósł się do krainy zmyślenia,  tylko las daleko na horyzoncie pozostał na swoim miejscu.



komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 17 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  403 931  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 403931

Lubię to