Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Gdzie jestem, gdy mnie nie ma

wtorek, 29 stycznia 2013 15:35

 

    "A przecież nic tu nie jest pewne, nic - jasne; znów jestem pijanym dzieckiem we mgle. Albo i wcale nie pijanym, tylko bezradnym i wylęknionym, bo oto zawiązano mi oczy  wyprowadzono za rękę w noc, a potem rękę pomocną cofnięto. Rozwiąż, zdejm opaskę, co mi oczy okrywa - co każe się bać wszystkich wokół kroków, szmerów, szeptów. Nawet wiatru podmuchów. Wiatr zrywa dachy czy choćby tylko pojedyncze z dachów płyty kamienne lub belki. Zwróć mi wzrok. Ktokolwiek niech mi zwróci. Chcę widzieć. Mam prawo widzieć. Cóżem zawinił, aby skazano mnie na oślepienie? Ktoś znów za mną stanął i szepcze: nazbyt wiele, nazbyt barwnie i wyraziście widziałem w śnie więcej niż pół życia trwającym. Ale to nie był sen. Nie był. Nie był. Ty, któryś za mymi plecami stanął, przedstaw dowody na to, iżem śnił. Teraz śnię, a nie kiedym ku tobie się przedzierał, o Markio, poprzez stadiów tysiące i tysiące też dni. Nikt nie stoi za mną - to mi się śni tylko. Czy można śnić pisząc - lub raczej pisać śniąć? Można. Trzeba. Kto pisze nie śniąc, daremnie się trudzi: nikt go więcej niż raz nie przeczyta. I słusznie. Bo i po cóż się czyta? Oto, by zbawienie osiągnąć poprzez pismo, znaleźć drogę ku oświeceniu. Któż jednak kiedykolwiek znalazł zbawienie czy oświecenie poza snem? Za mną stojący śmieje się. Ale też on nie wie, co to jest sen, jak zapewne nie umiałby wyjaśnić, co to jest zimno. Powiem mu więc: to ciepła zaprzeczenie. A sen - zaprzeczenie jawy - tego, co wszyscy w danej chwili mają za oczywiste. Któryż Zbawiciel, który Światłonośca nie musiał bądź zacząć, bądź skończyć swego trudu wyzwaniem, temu rzuconym, co wszyscy wokół niego mieli za oczywiste? Jak to mówił w Taksali Nagardszuna: "Prawda oczywista Jutra jest inna niż dzisiejsza, ale iżby istotnie mogła się taką jutro stać, ktoś już dzisiaj musi rzucić wyzwanie oczywistości prawdy dzisiejszej. Niech się zeń śmieją, niech go klną, nawet kamienują - bez niego Dziś nie ustąpi Jutru. A gdy poklask mu da Jutro, niech jego odzewem będzie wskazanie prawdy Pojutrza, za co te same ręce, które chwilę temu klaskały, odwdzięczą się ponownym sięgnięciem po kamienie".

 

       "Im lepiej poznaję łacinę, tym skłonniejszy jestem podejrzewać, iż artystą słowa Wergilios był większym niźli Homer. By jednak takim się stał, musiał w Homerze się rozczytywać - konieczny to był warunek. To samo dzieje się ze mną: góruję już dziś pomysłowością i nad Apulejosem z Madaury, i nad Didią Klarą, ale uzyskać tę przewagę mogłem jedynie rozczytując się długo a często w przygodach Lukiosa, co przemieniony został w osła, i wchodząc na wezwanie Klary tam, gdzie ona, Gaja, mnie jako Gajosa pod wpływem kaprysu chwilowego mieć chciała."

 

     

Teodor Parnicki, Słowo i ciało. Powieść z lat 201-203, Instytut Wydawniczy PAX, 1981.

    Płaskorzeźba do Metamorfoz Owidiusza w Pałacu na Wyspie. Nimfa Syrinks uciekająca przed zalotami bożka Pana (Sylenem) zostala zamieniona w trzcinę. Pan zerwał pędy trzciny i uczynił z nich instrument - syryngę, czyli znaną dzisiaj fletnię Pana.

 



komentarze (20) | dodaj komentarz

Rok Witolda Lutosławskiego

piątek, 25 stycznia 2013 14:23

 

      Witold Lutosławski urodził się 25 stycznia 1913 roku, zmarł 7 lutego 1994. Między setną rocznicą urodzin a dwudziestą rocznicą śmierci będzie więc trwał ogłoszony przez Sejm RP Rok Witolda Lutosławskiego zaplanowany na światową skalę. Dzisiaj więc odbędzie się w Filharmonii Narodowej oficjalny koncert inauguracyjny.  Oficjalny, choć de facto wcale nie pierwszy. Już w grudniu 2012 r. rocznicowe koncerty dała orkiestra Los Angeles Philharmonic, a 17 stycznia  obchody Roku Lutosławskiego zainaugurowała Filharmonia w Sztokholmie.  Wczoraj zaś Dwójka mnie ubiegła, no może nie tak całkiem ubiegła, bo słuchałam sobie od rana różnych kompozycji Mistrza, a wieczorem okazało się, że część tych samych utworów zabrzmiała na koncercie w Zamku Królewskim transmitowanym w radiu. Trudno będzie nadążać, gdy zaplanowano ponad setkę różnych zdarzeń upamiętniającyh  jednego z najwybitniejszych polskich kompozytorów.  Zresztą, z tak wielu jego dzieł, znam zaledwie niewielką część, a większości po prostu nie rozumiem. Na przykład nie wiem, o co chodzi z tymi słynnymi Łańcuchami, których nazwa stała się tytułem festiwalu jego imienia, którego dziesiąta edycja właśnie wczoraj się rozpoczęła. Czytałam, owszem, teoretyczne wyjaśnienia, ale ponieważ ja tego zwyczajnie nie słyszę, to i nie rozumiem.  Wolę prostsze rzeczy. Na szczęście takie też komponował.  

       Urodził się i zmarł w Warszawie.  Był najmłodszym z trzech braci. W czasie I wojny światowej rodzina uciekając przed Niemcami wyjechała do Moskwy, gdzie Józef Lutosławski, ojciec kompozytora, został w 1918 r. aresztowany i rozstrzelany przez Sowietów. Witold miał wtedy 5 lat i został półsierotą.  

       Po powrocie do Warszawy uczęszczał do Gimnazjum im. Stefana Batorego ucząc się jednocześnie w szkole muzycznej w klasie skrzypiec. Po maturze przez dwa lata studiował matematykę zanim zdecydował się całkowicie poświęcić muzyce.  Wówczas rozpoczął naukę w konserwatorium, rozwijając sztukę kompozycji i gry na fortepianie, komponując między innymi Harun al Raszyd. Studia kompozytorskie pod kierunkiem Witolda Maliszewskiego ukończył w 1937 roku. 

       Okupację spędził w Warszawie. Najpierw zmobilizowany do sztabu Armii Kraków jako radiotelegrafista, następnie wzięty do niemieckiej niewoli ucieka z niej, by powrócić do stolicy. Tymczasem starszy brat Witolda, Henryk, trafiwszy do niewoli sowieckiej, umiera w łagrze na Kołymie. Ratując się przed wysłaniem na roboty w głąb Rzeszy Lutosławski wraz z Panufnikiem towrzą duet fortepianowy występując w warszawskich kawiarniach. Z tego okresu pochodzą Wariacje na teamt Paganiniego.

      W pierwszych latach powojennych zarobkowo pisał muzykę użytkową, piosenki dla dzieci,  muzykę do słuchowisk radiowych, dla teatrów, opracowania muzyki ludowej. Tylko w wolnych chwilach mógł komponować zgodnie ze swoimi upodobaniami i wyobrażeniem tego, czym ma być jego własna prawdziwa sztuka. Pierwsze sukcesy okazały się dość krótkotrwałe, bo zbyt "formalistyczna" muzyka  Lutosławskiego nie znalazła uznania w kręgach politycznych decydentów. Dopiero w okresie "odwilży" powstały awangardowe dzieła, które zyskały też wielką popularność i światowe uznanie. Z tego czasu pochodzą Muzyka żałobna na orkiestrę smyczkową oraz Pięć pieśni do słów Kazimiery Iłłakowiczówny. 

       W następnych latach sława Witolda Lutosławskiego rośnie, jest w czołówce światowej awangardy muzycznej, zdobywa międzynarodowe uznanie, komponuje na zamówienie licznych festiwali w świecie i dla wybitnych muzyków; dla Mścisława Rostropowicza napisał Koncert wiolonczelowy, dla Krystiana Zimermana Koncert fortepianowy,  Łańcuch II dla Anne-Sophie Mutter, dla śpiewaków komponuje cykle wokalne... W 1993 r. w wieku 80 lat dyrygował ostatnim swoim koncertem w Toronto. 

         Lista nagród i odznaczeń jest długa i byłaby nudna, więc tylko zapiszę, że zwieńczona Polar Music Prize (1993), Classical Music Award (1994), Orderem Orła Białego (1994) oraz szesnastoma doktoratami honoris causa. 

         Moja percepcja muzyki Lutosławskiego kończy się na Muzyce żałobnej oraz znacznie późniejszych pieśniach Chantefleurs et Chantefables, których co prawda nie rozumiem, ale fajne są, zwłaszcza w wykonaniu Olgi Pasiecznik. Mam cały rok, aby przekonać się do innych jeszcze kompozycji. 

 

       Lutosławski - Muzyka żałobna na orkiestrę smyczkową

 

     Wbrew tytułowi to wcale nie jest smutne, choć niepokojące.



komentarze (18) | dodaj komentarz

Rok Giuseppe Verdiego

niedziela, 20 stycznia 2013 19:43

 

      Giuseppe Fortunino Francesco Verdi ur. 10 października 1813 roku.  Napisał 28 oper. Trudno dokonywać jakiegoś rankingu, które z nich są najbardziej znane, grywane, wystawiane, które arie zdobyły największą popularność. Słynne Va, pensiero z Nabucco zostało wykonane na pogrzebie kompozytora w 1901 r.  On sam zaś w 1874 r.  żegnając rok wcześniej zmarłego przyjciela Alessandro Manzoniego skomponował Requiem tak dramatyczne, że Kościół zakazał jego wykonywania w świątyniach. A ja mam nadzieję, że z okazji Roku Verdiowskiego, który trwa od 1 stycznia w dwustulecie urodzin, uda mi się paru rzeczy posłuchać i zaczęłam wczoraj koncertem w TWON. 

      Tym razem orkiestra prezentowała się w całej okazałaości, na scenie, a nie gdzieś schowana w kanale. Do tego 80-osobowy chór (liczyłam, ale mogło mi się pomylić tu i ówdzie z daleka ;-)) oraz czworo solistów pod dyrygentem Carlo Montanaro. Muzyka potężna, dramatyczna, mocne partie chóralne,  głośne  instrumenty dęte, wizja piekielnego ognia i zwyczajny ludzki lęk przed tym, co niewiadome. 

        Spośród czworga solistów jeden mi nieznany, Adam Palka, bas. Pozostali to: Wioletta Chodowicz (sopran) - pamiętam ją ze słuchu jako Marię z płytowego nagrania opery Statkowskiego i wdziałam w Halce Moniuszki; Anna Lubańska (mezzosopran) - utkwiła mi w pamięci szczególnie jako  Dydona w Trojanach Berlioza;  Rafał Bartmiński (tenor) - jako Jontek w Halce. Tutaj, w Requiem każde z solistów miało swoje arie solowe, z chórem, w triach i kwartetach. Czekałam aż coś mnie porwie. najpierw była to muzyka, a poza tym uwielbiam takie chóralne potężne kawałki. Ale ciarki mnie przeszły tylko raz, w Libera me, paradoksalnie, jest to część sopranowa, ale z chórem. Paradoksalnie, bo naprawdę nie przepadam za sopranami. Ale tutaj ten sopran śpiewa bardzo nisko. I dlatego pewnie wywiera wrażenie.  No i przecież ważne są słowa, libretto całego Requiem  z monumentalnym dziewięcioczęściowym Dies irae. Nie podobało mi się za to Agnus Dei, ale trudno w tym zakresie przebić Bacha. 

       Dlatego dwa fragmenty: chóralne początkowe Dies irae i końcowe Libera me dla porównania muzycznej skali, ale w tym samym wykonaniu, dyryguje Claudio Abbado

 

 Verdi, Dies irae (Requiem) - chór, C. Abbado

 

A teraz Libera me, ale najpierw słowa:

 

Libera me, Domine, de morte aeterna,

in die illa tremenda,
quando coeli movendi sunt et terra.
Dum veneris judicare saeculum
per ignem.
Tremens factus sum ego, et timeo,
dum discussio venerit atque 
ventura ira
quando coeli movendi sunt et terra.
Dies illa, dies irae, calamitatis et miseriae,
dies magna et amara valde.
Dum veneris judicare saeculum
per ignem.
Requiem aeternam dona eis, Domine
et lux perpetua luceat eis.

____________________________________________

Wybaw mnie, Panie, od śmierci wieczystej w ów dzień grozy,

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia,

W ów dzień, dzień gniewu, plag i kary, wielki dzień goryczy

Trwożę się, drżę, bowiem stanąć mi przyjdzie przed Trybunałem

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia.

Anieli, archanieli truchleją, a cóż dopiero grzesznicy,

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia?

Sprawiedliwemu trudno będzie ujść cało! Ja, grzeszny,

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia,

Cóż pocznę biedny, co powiem, czym będę mógł się wykazać,

Gdy Wielki Sędzia zapyta, co mam na swoją obronę,

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia?

 

Głos z nieba: „O zmarli, w grobowcach swoich leżący,

Powstańcie, by się stawić przed sądem Zbawiciela,

Gdy oto niebiosa zadrżały i ziemia!

Stwórco wszechrzeczy, Boże, któryś ulepił mnie z gliny

I własnej krwi przelaniem cudownieś mnie odkupił,

Choć ciało moje gnijąc poodpadało od kości,

Spraw, abym powstał z martwych w ów dzień Twojego Sądu,

Gdy zadrżą niebiosa i ziemia.

Wybaw mnie, Panie, od śmierci wieczystej w ów dzień grozy,

Gdy zstąpisz, Sędzia Najwyższy, by ogniem oczyścić świat.

(tłumaczenie: Zofia Romanowiczowa)

 

Verdi, Libera me (Requiem) - Angela Gheorghiu

  W wersji bardziej dosłownej niz poetyckie tłumaczenie brzmi znacznie mocniej: Wybaw mnie, Panie, od śmierci wiecznej, w ten dzień straszny, kiedy ziemia i niebo zostaną wstrząśnięte (zachwiane) i przyjdziesz sądzić świat przez ogień....... Wieczny odpoczynek daj im, Panie, a światłosć wiekuista niech im świeci.

 

 

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Historia alternatywna

piątek, 18 stycznia 2013 13:53

 

       Kto by się spodziewał, że nadal w XXI wieku  będą odkrywane zaginione rękopisy?  Wydawałoby się, że już co było do odkrycia, odkryto, co  się dało odnaleźć, odnaleziono, a co zaginęło, zaginęło bezpowrotnie. Widać Bułhakow miał rację, twierdząc, że rękopisy nie płoną, nawet jeśli historia wiele razy tragicznie doświadczała  książki układając z nich stosy, skoro po 270. latach od premiery, całkiem niedawno, bo w 2002 roku, odkryto zaginioną partyturę Motezumy Antonia Vivaldiego. Najpierw rękopis zauważono w Kijowie, dokąd zbiory zostały w czasie II wojny światowej wywiezione z Berlina przez Armię Czerwoną. Po zwróceniu ich do Singakademie dokładne zbadanie pozwoliło stwierdzić, że jest to zaginiona opera Vivaldiego.

        Premiera Motezumy miała miejsce 14 listopada 1733 r. Po niespodziewanym odkryciu  fragmentów rękopisu w bibliotece muzycznej Singakademie w Berlinie wersję koncertową opery pod kierownictwem Federico Marii Sardellego wykonano 11 czerwca 2005 r. w Rotterdamie. Natomiast wczoraj, 17 stycznia Sardelli wraz ze swoim zespołem Modo Antiquo zaprezentował Motezumę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. (Oczywiście, jak zwykle musiało to być w środku tygodnia, żebym nie mogła pojechać..)

      Mimo niekompletności partytury od momentu odnalezienia opera była wystawiana kilkakrotnie. Niektórzy uzupełniają brakujące sceny, inni, jak Federico Maria Sardelli, ograniczają się do tego, co ocalało i jest autentyczną kompozycją Vivaldiego. Niekompletny akt I, chyba w całości (?) akt II oraz akt III bez początku i bez scen końcowych oraz z zastępczą uwerturą w doborowej obsadzie i wykonaniu przez  niezrównany zespół Modo Antiquo i tak wywiera mocne wrażenie. Przy założeniu, że zgodnie z duchem epoki opera musiała się kończyć szczęśliwie, zawieszając wiedzę o smutnym końcu imperium dumnych Azteków, wypada po prostu zaakceptować piękno warstwy muzycznej.

      Rzecz dzieje się zapewne w 1519 roku, w którym Fernando (Hernan, Hernando) Cortes ląduje na ziemach Azteków, podbijając imperium Montezumy (Moctezuma, w partyturze Vivaldiego - Motezuma), kładąc tym samym podwaliny pod przyszłe państwo - Meksyk. Ówczesny panujący Montezuma II uważany jest za największego władcę Azteków, który w latach swojego panowania (1502-1520) doprowadził imperium do świetności tak gwałtownie przerwanej przez najazd konkwistadorów. Autor libretta, Girolamo Giusti, wprowadza do akcji młodszego brata Fernanda,  Ramira, aby móc rozwinąć wątek romansowy, który doprowadzi do szczęśliwego zakończenia. Zupełnie niezgodnie z historią Montezuma abdykuje (w rzeczywistości został zamordowany) oddając kraj we władanie córki Teutile i zięcia Ramira. Jak do tego dochodzi w szczegółach nie wiadomo, ponieważ tych scen brakuje. Po drodze mamy różne dramatyczne zwroty akcji, jak zwycięstwa jednej strony, klęski drugiej, zamiary samobójstwa, pojedynek Montezumy z Fernandem, aresztowanie, próba złożenia w ofierze córki Montezumy, Teutili,  na podobieństwo ofiary z Ifigenii, córki Agamemnona z mitu o wojnie trojańskiej, pomyłkowe podpalenie króla  zamiast jego córki, i cudowne ocalenie tegoż. Sam pomysł małżeństwa  hiszpańskeigo konkwistadora z aztecką księżniczką nie stoi w sprzeczności z historią, ponieważ takie związki stanowią początek wielu świetnych meksykańskich rodów. Między innymi córka Montezumy, po upadku imperium azteckiego, przeszła na katolicyzm przyjmując imię Isabel i wyszła za mąż za Alonso de Grado. Po jego śmierci z nieformalnego związku z Cortesem urodziła córkę - Leonorę Cortes Montezumę. 

 

Obsada:

Motezuma, władca Meksyku - Ugo Guagliardo (bas) 

Mitrena, jego żona -  Delphine Galou (kontralt)
Asprano, generał meksykański - Roberta Invernizzi (sopran) (w wersji oryginalnej śpiewał kastrat)
Fernando Cortes, generał wojsk hiszpańskich - David Hansen (kontratenor) (w wersji oryginalnej śpiewał kastrat)
Ramiro, młodszy brat Fernanda - Eugenia Burgoyne (mezzosopran)
Teutile, córka Motezumy -  Silvia Vajente (sopran)

 

      Na zakończenie  polskiej premiery nastąpiły jeszcze dwa bisy w wykonaniu Delphine Galou i Roberty Invernizzi. Z całej obsady właśnie Delphine Galou zachwyciła mnie najbardziej. W transmisji radiowej jej głos wydawał się najbardziej czytelny. Jest to też  wynikiem ciekawych  arii skomponowanych dla  Mitreny, której partię śpiewała.  I szkoda, że nie ma na tubie nagrań tej wersji i w tej obsadzie tak niespodziewanie odkrytego dzieła. 

 

    Dlatego coś w zastępstwie, propozycja innej realizacji, dająca obraz jak mogłaby wyglądać opera w pełnej wersji scenicznej.

 

     Vivaldi - Motezuma

 

 Oooo, jeeest!!! Kraków górą!

Vivaldi - S`impugni la spada (Motezuma, aria Mitreny) - Delphine Galou

 

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

"Dzień, w którym nic nie można zrobić"

poniedziałek, 14 stycznia 2013 21:11

 

      Diagnoza fatalna - stan bezsilności. Cokolwiek by się chciało, zamierzało, planowało, nawet próbowało, w perspektywie nieco dłuższej niż jedno ludzkie życie, i tak 

 

zostaną te same prawa natury

po życiu - śmierć

na końcu słonecznej doliny

Styks i mrok lodowaty

 

jakaś następna rzeka tonie

w przepaści oceanu

 

    Dzień, chwila, w której człowiek zrozumie wszechwładne prawo natury oparte na antynomicznej jedności życia i śmierci, może być najczarniejszym w życiu, a może  być też pierwszym krokiem ku prawdziwej wolności. Wolność to uświadomiona konieczność - pisał Engels i trzeba mu przyznać rację.  Współczesne nauki z pogranicza psychologii, neurologii, medycyny, genetyki... co rusz odkrywają, jakim to różnym biologicznym impulsom, chcemy czy nie chcemy, jesteśmy posłuszni. No a jeszcze jeśli do tego dodać wpływy kosmiczne (fazy Księżyca, wybuchy na Słońcu, koniunkcje gwiazd i planet... cała astrologia) to nijak nie da się obronić tego najważniejszego hasła współczesnej kultury - wolności.  Ślady zmagań/ między/ tworzeniem a zagładą nadal pozostaną tylko złudnym szamotaniem się z własną bezsilnością. 

      Całe  nasze życie może być jak ten

 

Liść

oderwany od gałęzi

drży i dygoce

dopiero kiedy dotknie ziemi

uspokaja się

 

      Przypadłością człowieczeństwa jest więc wszelaka niedoskonałość: błądzenie (po zakamarkach pamięci), ślepota (nic nie widzę - odparłem), lęk ( zawał dopada swoje ofiary najczęściej/ między 8.00 a 9.00 rano - jest 2.15), niepewność (czy to on/ czy kto inny/ czy/ ktry/ kto), zapomnienie (coś co/ zaraz/ daj mi pomyśleć/ coś co/ jak to się wszystko zapomina). Czyżby niczego nie dało się znaleźć? Na niczym się oprzeć? Kartezjańskie myślenie już nie potwierdza naszego istnienia, gdyż

 

nie umiem odnaleźć

samego siebie

opisać tej postaci

nazwać jej

zapewnić

że       istnieję

     

      Coż więc pewnego na świecie? Znamy to, prawda? Śmierć i podatki. Zostawmy podatki na boku rozważań, bo rzeczywistość nieraz i tu podważa ich nieuchronność, gdy się śledzi doniesienia o takich czy innych przekrętach, a ostatnio Depardieu usiłując im umknąć, wpadł prosto w ramiona Putina. Niech tam sobie radzi, jak może.  Ale ze śmiercią jak dotąd tak się nie da. I nadal bez względu na stopień społecznej nierówności, chociaż

 

... istniejemy

na różne sposoby

(....)

śmierć

jesteśmy skazani na równość

 

      Ach, nazbyt optymistycznie twierdził Heidegger, że świat idzie swoim torem, a człowiek swoim. Gdyby rzeczywiście tak było, mielibyśmy coś przecież  do powiedzenia. Choćby na własny temat. Tymczasem jednak Przez tę okolicę znieruchomienia zgaszonych świateł które się nigdy nie paliły przejeżdża autobus/Znikąd/ Donikąd

 

      Życie ludzkie jest przygodne, niekonieczne, zawieszone w kosmicznej przestrzeni na planecie mniejszej od ziarna piasku. I chociaż tutaj dzieją się rzeczy i sprawy, które nas absorbują, którym poświęcamy się bez reszty, trzeba odważnie spojrzeć w twarz nieuchronnym prawom natury, którym nie umiemy sprostać.

 

wszystkie drogi

nie-do-prze-by-cia

wszystkie przeszkody

nie-do-po-ko-na-nia

 

      A jednak, jednak... warto przynajmniej pisać wiersze.

 

Cytowane utwory z tomiku Prawa natury Ryszarda Kapuścińskiego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008

 

     Długo nie wiedziałam, że Kapuściński pisał też wiersze. I nie wiem dotąd, czy ten tomik jest jego jedynym poetyckim zbiorem. Po przeczytaniu Podróży z Herodotem, a zwłaszcza Lapidariów, coś niecoś można było podejrzewać. Zastanawiające, że twórczość człowieka nastawionego na zdarzeniowość, człowieka reportażu i naocznej obserwacji tu i teraz, tak zdecydowanie odsyła do klasyki. A może to jeszcze jeden przykład, że nie istniejemy  w teraźniejszości bez korzeni, bez tego, co było, bez pamięci o źródłach.  Nie da się snuć  jakiejkolwiek ogólniejszej refleksji bez odwołania do tego, co wymyślili poprzednicy. Jeśli coś jest wieczne, a przynajmniej trwalsze niż jedno stulecie, to nie są to zdobycze cywilizacji (no, może poza wynalazkiem koła), lecz kultura: exegi monumentum...  dum Capitolium... I, kurczę, uczta się, ludzie, łaciny ;-) 

 

Exegi monumentum aere perennius

regalique situ pyramidum altius,

quod non imber edax, non Aquilo inpotens

possit diruere aut innumerabilis

 

annorum series et fuga temporum.

Non omnis moriar, multaque pars mei

vitabit Libitinam: usque ego postera

crescam laude recens, dum capitolium

 

scandet cum tacita virgine pontifex.

Dicar, qua violens obstrepit Aufidus

et qua pauper aquae Daunus agrestium

regnavit populorum, ex humili potens

 

princeps Aeolium carmen ad Italos

deduxisse modos, sume superbiam

quaesitam meritis et mihi Delphica

lauro cinge volens, Melpomene, comam.

 

(Horacy, Carmen III 30)

 



komentarze (31) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 102  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378102

Lubię to