Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 143 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wracam do słuchania

poniedziałek, 30 stycznia 2012 12:04

 

 

      Nie wiem, co będzie dalej i w ogóle niczego nie wiem, ale dzisiaj wieczorem w Dwójce retransmisja koncertu inauguracyjnego z Festiwalu Witolda Lutosławskiego Łańcuch IX z jego cudownymi Chantefleurs et Chantefables. Zachwyciłam się nimi po wysłuchaniu interpretacji Olgi Pasiecznik (cudny głos). W koncercie 25 stycznia na Zamku Królewskim śpiewała Solveig Kringelborn. Czy ktoś ma wątpliwości, jakiej norodowości jest śpiewaczka, mając takie imię? Ostatecznie Pieśń Solveigi z suity Peer Gynt  Edvarda Griega to jedna z piękniejszych kompozycji rozpoznawanych niemal powszechnie. Tak więc będą do wysłuchania dziś wieczorem: polski kompozytor, jego francuska pieśń o kwiatach i baśniowych zwierzętach i norweska śpiewaczka (sopran).

 

Lutosławski w Dwójce

 

     A tymczasem uroczy drań ;-)

Luca Pisaroni jako Leporello w Don Juanie Mozarta




komentarze (22) | dodaj komentarz

Chwila ciszy

środa, 25 stycznia 2012 21:32

 

 

     Mam taki poetycki tomik, w którym każda kartka lata oddzielnie. Raz, że wydanie było kiepskie, a dwa, bo to mój ulubiony tomik, który mną wstrząsnął wiele lat temu i tak już pozostawił mnie przetrąconą na zawsze. Powracam do niego co jakiś czas i sięgam do wierszy, które prawie znam na pamięć. W pewnych chwilach życia przypominają mi się one jak nieustanne memento. A poza tym jest to tomik zabytkowy, unikat, zawierający ślady ingerencji cenzury, gdzie na kilku stronach widnieje pamiętny wpis: Ustawa z dn. 31 VII 1981, O kontroli publikacji i widowisk... Kto pamięta tamte czasy, wie, w czym rzecz. Mimo tej ingerencji,  to jeden z moich ulubionych tomików, zaczytany, z rozsypującymi się kartkami, z wierszami Ryszarda Krynickiego: Niepodlegli nicości.

      Są takie chwile, kiedy szukam jakiejś muzyki, ale żadna mnie nie cieszy  i nie zatrzymuje na dłużej.  Dzisiaj, a właściwie od wczoraj wciąż szukam nagrań Luki Pisaroniego i znalazłam wiele, ale wszystkie to nie to. Ładne, dowcipne, fantastyczna interpretacja, głęboki głos, ale... nie mogłam  niemal niczego dosłuchać do końca. Skończyło się, jak zwykle. Szukam, szukam, a i tak ostatecznie trafiam na Scholla. Tylko jego głosu mogę słuchać zawsze. Nawet wtedy, kiedy tak naprawdę potrzebuję ciszy.

       I saw my lady weep  śpiewał mi dzisiaj, gdy czytałam jeden z ocenzurowanych wierszy Krynickiego:


     Nie mijasz, godzino próby:

     są w tobie lata przestępne,

     są w tobie minuty ciszy.

    

Reszta jest milczeniem, jak twierdził pewien duński książę.  Nadchodzi taka chwila, kiedy już nic nie da się powiedzieć i trzeba pomilczeć.  W moim horoskopie na dzień dzisiejszy, horoskopie, którego z zasady nie czytam, napisano, że dzisiaj ktoś ważny i bliski do mnie zadzwoni i mam zarezrwować czas na telefon.  Z zasady horoskopow nie czytam, dlatego, gdy telefon zadzwonił i wyświetlił się numer, którego nie znam, nie odebrałam.  A potem zadzwonił jeszcze raz.  Odebrałam.  To nie był nikt znajomy ani bliski, całkiem obca osoba, ale dzwoniła do mnie, to nie byla pomyłka. No i zaniemówiłam. I jak tu nie wierzyć horoskopom?

       W horoskopie była jeszcze mowa o mailu - też dostałam od kogoś, kto nie pisze do mnie codziennie. No i jak nie wierzyć?! 

       Skoro nie mogę dzisiaj słuchać, będę oglądać.  Takie sobie ogrody ciszy.

 

Fot. L.K.

 

 

 

I wiersz, który mną wstrząsnął, który powtarzam przed snem, który noszę w pamięci, wiersz, który kocham:

 

Elegia niczyja

 

Nie krzycz. Nie wołaj. Zaśnij.

Nie módl się nadaremno.

Nie płacz. Nad twoim miastem,

nad miastem ciemność.

 

Kto ocaleje, kto zginie

wie może mgła poranna.

Kogo dościgną Erynie

- a kogo hańba.

 

Nie módl się, nie zaklinaj,

nie krzycz przez sen: Napadną.

Za późno. Bije godzina.

Już są, Kasandro.

 

Już weszli, Kasandro, nie płacz,

nie płacz nawet nade mną.

Nad miastem łuna i rozpacz,

 

nad nami ciemność.

 

(Ryszard Krynicki, Niepodlegli nicości, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 1989)

 

     



komentarze (22) | dodaj komentarz

Niezły pasztet!

poniedziałek, 23 stycznia 2012 22:03

 

 

      Dwa w jednym? Trzy w jednym? Kto ze współczesnych kreatywnych autorów reklamy uważa,  że stworzył wspaniały slogan, któremu konsument nie będzie mógł się oprzeć, ma zbyt wielkie mniemanie o swoich umiejętnościach, jak wielu  zresztą ludzi naszych czasów, ktorym się wydaje, że przed nami nie było nic i nikogo, a cywilizacja zaczęła się co najwyżej wczoraj. Nie wiem, czy grupa Anonymus ma tego świadomość, ale walka o swobodny, nieocenzurowany dostęp do dorobku intelektualnego i artystycznego, i dowolne z niego korzystanie nie jest wcale objawem postępu, a przeciwnie,  powrotem do czasów takiego choćby baroku, kiedy o prawie autorskim nie słyszano, nikt nikogo nie podawał do sądu za pożyczenie kompozycji, arii, libretta, nikogo nie pytano, czy można skorzystać z jego dzieła i przerobić po swojemu, albo i nie przerabiając, wkleić (kopiuj - wklej też nie jest pomysłem ery informatycznej ;-)) do innego i podpisać własnym nazwiskiem. 

       Pasticcio (stąd także pasztet, pastisz) to szczególna forma osiemnastowiecznej opery złożonej z elementów muzycznych zapożyczonych z różnych kompozytorów. Autorzy tworząc pasticcio mogli ze sobą współpracować, ale mogli też o sobie zupełnie nie wiedzieć, gdy wyboru i złożenia ich kompozycji w jedną całość dokonał zupełnie ktoś inny.  "Wędrowanie" arii z opery do opery, z libretta do libretta nie było wcale takie rzadkie. Szczególnie popularne arie do dziś znane są i wykonywane w kilku wersjach tekstowych bądź kompozycyjnych. Händlowskie Lascia ch`io pianga z opery Rinaldo zostałoprzez niego zapożyczone z własnego wcześniejszego utoworu Il trionfo del tempe e del desinganno, gdzie  brzmiało jako Lascia la spina. Tekst został zmieniony, muzyka pozostała ta sama. Ale mogło być też odwrotnie: Sperai vicino il lido z Demofoonta Vivaldiego pojawia się w 1743 r. z zupełnie inną muzyką w Demofooncie  Glucka. Nie mogło być inaczej, skoro obaj korzystali z tego samego libretta. 

        O zawiłościach operowych zapożyczeń i kontaminacji w epoce przed wprowadzeniem prawa autorskiego można by niejedną detektywistyczną książkę napisać. Tymczasem jednak co powiedzieć nie na dwa czy trzy, lecz osiem w jednym? Z kompozycji ośmiu barokowych kompozytorów została bowiem złożona Zaczarowana wyspa z librettem współczesnym, napisanym przez Jeremiego Samsa w luźnym nawiązaniu do Burzy i Snu nocy letniej Szekspira. Niemal 30 kompozycji Händla wybranych z kilkunastu jego oper i kantat, 9 fragmentów z dzieł Vivaldiego, 8 Rameau, oraz pojedyncze Fernandiniego, Campry, Leclaira, Rabela i Purcella. Jestem taka mądra, bo mam przed oczami cały spis poszczególnych arii z podanymi nazwiskami kompozytorów i źródeł, z których zostały wzięte. Oglądając na żywo sobotnią transmisję z Metropolitan Opera udało mi się zidentyfikowac niewielką część pasztetowych składników: arie najbardziej znane, najczęściej przeze mnie słuchane i podziwiane, np. z Ariodanta i Il trionfo Händla czy całkiem niedawno poznanego motetu Vivaldiego Longe mala, ubrae, terrores. A trzeba wiedzieć, że libretto zostało napisane w języku angielskim, musiałam posługiwać się tylko swoją ułomną pamięcią muzyczną, więc pomyłki były, a jakże. Rozpoznałam na przykład arię z Rodelindy, ktorej wcale nie było :-/

       Nic to, jak mawiał najsłynniejszy rycerz Rzeczpospolitej. Ważne, że mogłam podziwiać wspaniałą obsadę tego współczesnego pasticcio:


Danielle de Niese, sopran - jako Ariel, duch więziony przez Prospera i na koniec przez niego uwolniony;

Lisette Oropesa, sopran - jako Miranda, córka Prospera;

Joyce DiDonato, mezzosopran - jako Sykoraks, wiedźma, matka Kalibana, pozbawiona władzy na swojej wyspie, odzyskująca ją jak i swą dawną czarodziejską moc,  a na koniec wybaczająca swojemu prześladowcy; słowo daję, kiedy Prospero prosił o wybaczenie,  Joyce miała łzy w oczach;

David Daniels, kontratenor - jako Prospero, wygnany na wyspę, gdzie pozbawił władzy Sykoraks, a z jej syna uczynił niewolnika, a teraz próbuje zrealizować ostatnie marzenie przy pomocy Ariela, lecz Sykoraks  nieźle namiesza, więc tak łatwo nie będzie;

Anthony Roth Costanzo, kontratenor - jako Ferdynand, książę, za którego Prospero chce wydać córkę;

Plácido Domingo, tenor - jako Neptun, który najpierw zapomniał, że ma boską moc, a kiedy mu Ariel o niej przypomniał, z iście królewskim rozmachem zaprowadza ład i porządek;

Luca Pisaroni, bas baryton - jako Kaliban, syn Sykoraks, okropnie brzydki, pokraczny, ale cudownie śpiewający ;-), i jak się okazuje, zdolny do wielkiej miłości, która łamie mu serce;

William Christie - dyrygent

     

       Scenografia wspaniała, olśniewająca, pirotechniczna: nocne pejzaże, burza, błyskawice, podwodny świat Neptuna z syrenami, efekty świetlne i wszelaka technika zastosowana w pełni.  Na pewno jakieś lasery musiały być w użyciu w momentach posługiwania się przez bohaterów magią. Wyobrażam sobie, że właśnie taki rozmach towarzyszył najbardziej  skomplikowanym realizacjom barokowych oper, kiedy  zaczęto stosowac na dużą skalę techniczne rozwiązania umożliwiające przedstawianie gwałtownych zjawisk atmosferycznych, jak burze, powodzie i inne katastrofy. Próbowałam wczuć się w emocje osiemnastowiecznego widza, który po raz pierwszy coś takiego zobaczył w teatrze.  Mogło oszołomić. 

      A przy tym spora dawka humoru, co widać było także w grze aktorskiej.  Ariel łapie wyrzucane przez suflera muszle, chcąc przy ich pomocy przywołać Neptuna, a w ostatniej scenie, kiedy uwolniony przez Prospera może odejść, otrzymuje z rąk tegoż suflera niewielki kuferek, z którym Danielle de Niese z gracją schodzi ze sceny. A, i jeszcze jedna śmieszna scena:  odwiedzając Neptuna w królewstwie podowdnym, Ariel ubrany jest w strój płetwonurka z niewielką butlą tlenową na plecach, ale kiedy trzeba zaśpiewać kolejną arię, zdejmuje  z głowy hełm. 

       Placido Domingo jako stary zmęczony bóg, który przestał władać swoim królestwem sprawia wrażenie cierpiącego na demencję starczą, ale szybko dochodzi do siebie, zmotywowany przez Ariela. Majestat boskiego władcy zostaje odzyskany! Z kolei Prospero, najpierw butny i pewny siebie, choć zmęczony i tracący czarodziejskie siły, coraz bardziej się pogrąża aż do momentu, kiedy wyznając winy, prosi Sykoraks o przebaczenie, a  jego ostatnia wola wydania córki za Ferdynanda pomyślnie się spełnia. Dwie pary ze Snu nocy letniej: Hermia z Lizandrem, Helena z Demetriuszem na powrót odnajdują własne uczucia, w których za sprawą  nieudolnych czarów Ariela nieco się pogubili i wszystko kończy się szczęśliwie. Piękna bajka z porywającą muzyką. Pełnia teatru. Cóż nam pozostaje? Po prostu posłuchać.

 

Sykoraks będzie walczyć o wyspę i władzę

 

Prospero traci władzę i marzenia

 

Ariel odzyskał wolność

 

 

NIESPODZIANKA -  METamorfoza ;-)

 

To jest Kaliban - "piękny" inaczej ;-)

 

A to także on, tylko w prawdziwej postaci ;-) - Luca Pisaroni - jak to nie można wierzyć pierwszemu wrażeniu; piękny naprawdę (*-*)



 

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

Karkołomne!

czwartek, 19 stycznia 2012 23:09

 

 

      Właśnie skończyła się transmisja Catone in Utica Vivaldiego w Dwójce.  Dzieło zostało zaprezentowane w pierwszej odsłonie tegorocznego cyklu Opera rara w Krakowie. Wcale nie sądziłam, że będę o tym pisać, skoro nie miałam możliwości pojechać i być osobiście tam, w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Z konieczności pozostało mi tylko słuchanie radia. Ponadto Catone in Utica jest jakby dziełem niekompletnym, gdyż zaginął akt I. Co prawda podejmowane są próby rekonstrukcji, ale Federico Maria Sardelli nie jest zwolennikiem  takich działań i wolał zaprezentować tylko autentyczną muzykę Vivaldiego, ograniczając się do dwóch pozostałych aktów. Co to jednak za różnica, skoro to, co słyszeliśmy, było rewelacyjne! A pierwszy akt i tak był swoistym pasticcio,  rodzajem kompilacji z kawałków muzycznych zapożyczonych skądinąd. 

      Caton w Utyce jest późnym dziełem Vivaldiego, pochodzącym z końcowego okresu jego twórczości (skomponowany na cztery lata przed śmiercią). Zawiera karkołomne arie, których samo słuchanie zapiera dech w piersiach,  a na samą myśl, jak to zaśpiewać można całkiem oddech stracić. Zresztą, co ja tu bedę wypisywać, skoro dopiero co  swój odech odzyskałam po wysłuchaniu czegoś takiego:

 

Vivaldi, Catone in Utica, Come in vano il mare irato

 

      I tak niemal wygląda, brzmi cały Katon.  Suma niezwykłych, dynamicznych, karkołomnych arii. Czy naszpikowanie opery czymś takim było już pewnym rodzajem desperacji kompozytora, który  nieuchronnie zbliżał się do schyłku swojej twórczości, tracił popularność i stopniowo przechodził do historii, gdy publiczność już, już zwracała oczy i uszy ku nowym twórcom? Czy też był to wyraz najwyższej miłości do muzyki i możliwości ludzkiego głosu?  Czy jest sens w ogóle rozstrzygać tę kwestię, gdy możemy dzisiaj z najwyższym podziwem po prostu słuchać kompozycji  Rudego Księdza z Wenecji?

       To miał być taki sobie miły wieczór z operą. Tymczasem znowu zostałam porwana i przeniesiona w inny świat, w inny czas,  w niezwykły wymiar muzycznych wzruszeń. Jakże żałuję, że mnie tam nie było!


 

Antonio Vivaldi Catone in Utica, (1737)

Premiera polska - 19 stycznia 2012, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Kraków

Wyk.

Nicki Kennedy – sopran - Arbace, stronnik Katona

Paolo Lopez – sopran  - Cezar

Antonio Giovannini –kontratenor - Fulvio, ukryty sprzymierzeniec Cezara

Sonia Prina – kontralt - Marcja, córka Katona

Loriana Castellano – kontralt - Emilia, wdowa po Pompejuszu

Magnus Staveland – tenor - Katon

Modo Antiquo - włoski zespół specjalizujący się w wykonawstwie muzyki barokowej na instrumentach historycznych

dyrygent Federico Maria Sardelli


 


 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Czemu mi smutno

wtorek, 17 stycznia 2012 19:13

Cyprian Norwid

 

Aerumnarum plenus

 

Czemu mi smutno i czemu najsmutniéj,

Mamże Ci śpiewać ja - czy świat i czas?...

Oh! bo mi widnym strój tej wielkiej lutni,

W którą wplątany duch każdego z nas.

 

 I wiem, że każda radość tu ma drugą,

Poniżej siebie, przeciw-radą łzę,

I wiem, że każdy byt ma swego sługę,

I wiem, że nieraz błogosławiąc, klnę.

 

Czemu mi smutno? - bo nierad bym smucić

Ani przed sobą kłamstwa rzucać cień,

By skryć, jak czego nie można odrzucić,

By uczcić, czego wyciąć trudno w pień.

 

Więc to mi smutno - aż do kości smutno -

I to - że nie wiem, czy ten ludzi stek

Ma już tak zostać komedią-okrutną

I spać, i nucić śpiąc: "To, taki wiek!"

 

 

Więc to mi smutno i tak coraz gorzéj,

Aż od-człowiecza się i pierś, i byt;

I nie wiem, czy już w akord się ułoży,

I nie wiem, czy już kiedy będę syt...!

 

I nie wiem - czy już będę mógł nie wiedzieć,

Że coraz Żywot mniej uczczony tu -

Że coraz łatwiej przychodzi powiedzieć,

Ze snu się budząc: "Wróćmyż znów do snu."


1850

 

Clint Mansell, Lux aeterna (Requiem dla snu) - Kronos Quartet

 

Zmarł osiem lat temu - 17 stycznia 2004 r.

 

Norwid, Aerumnarum plenus - Czesław Niemen



 


 



komentarze (20) | dodaj komentarz

czwartek, 25 maja 2017

Licznik odwiedzin:  378 067  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 378067

Lubię to