Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 984 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wiem, znam, czytałam, mam ;-)

poniedziałek, 09 października 2017 9:50

       Chodzi o literacką Nagrodę Nobla.Tym razem znam laureata, czytałam go już 24 lata temu, gdy ukazało się pierwsze tłumaczenie jego trzeciej, najbardziej znanej powieści "U schyłku dnia", później tłumaczonej jako "Okruchy dnia", zekranizowanej z Hopkinsem w roli głównej. Po przeczytaniu werdyktu moja pamięć wyświetliła mi okładkę książki stojącej na półce z nazwiskiem "Ishiguro" u samej góry. Nigdy nie bawię się w typowanie, kto nagrodę otrzyma, od lat zresztą - z nielicznymi wyjątkami -  pojawiają się nazwiska całkowicie mi nieznane, ale tym razem znam, czytałam i mam ;-)

       Pierwsze tłumaczenie tytułu "U schyłku dnia" mocniej do mnie przemawia i wydaje się, że jest bardziej pojemne znaczeniowo w stosunku do całej treści. Powieść o sześciodniowej wycieczce angielskiego kamerdynera, dokonującego obrachunku z życiem i wspomnieniami zdarzeń ocierających się o wielką politykę lat międzywojennych widzianych z perspektywy oddanego służącego, przesiąknięta jest przejmującym smutkiem. I chociaż zgodnie z własną teorią o godności i wielkości zawodu kamerdynera Stevens nigdy nie dopuszcza, by emocje zawładnęły jego zachowaniem, prezentując typowo angielską powściągliwość, smutek i poczucie rozczarowania narasta stopniowo aż do końcowej sceny, w której bohater pozwolił sobie na łzy. Szybko opanowane zresztą i zracjonalizowane zmęczeniem.

       Formalnie rzecz biorąc powieść rozgrywa się podczas sześciodniowej podróży bohatera, z czego dwa dni zostały streszczone, jak wszystko inne w formie wspomnień. Wspomnienia z przeszłości wciąż opanowują Stevensa, który wykorzystując list od dawnej gospodyni Darlington Hall, panny Kenton, dokonuje podsumowującej refleksji. Interesująca jest zresztą rola owego listu, gdyż bohater wielokrotnie go cytuje za każdym razem znajdując inne treści i ukryte emocje, wyczytane między wierszami. Drobiazgowość analizy poszczególnych zdań uzupełniona opisami wrażeń i podróży, rozpisywanie się o nieistotnych dla przebiegu akcji zdarzeniach, jak wymiana uprzejmości z gospodynią, której kury bohater nie rozjechał na szosie, jako żywo przypominają atmosferę "Podróży sentymentalnej" Sterne`a. Ishiguro , Japończyk z pochodzenia, mieszkający w Wielkiej Brytanii od piątego roku życia, oddaje w ten sposób hołd wielkiej literackiej tradycji, bowiem powieść ta jest kwintesencją tego, co zwykle kojarzy się ze stereotypem angielskości czy też brytyjskości tak w postawie, jak światopoglądzie i nawet poczuciu humoru.

       Tytułowy schyłek dnia oznaczać może rozrachunek z życiem głównego bohatera, rozrachunek bardzo gorzki, prowadzący do poczucia zmarnowania życia, ale i schyłkowość epoki, której bohater był niejako ucieleśnieniem. Owej imperialnej brytyjskości z aspiracjami do wielkiej polityki, niestety, w przypadku chlebodawcy Stevensa, lorda Darlingtona, surowo ocenionej przez potomność jako zdradę ludzkich wartości, gdyż okazał się on faszyzującym sympatykiem niemieckiej dyplomacji. Zakulisowe działania Darlingtona, jego prywatne spotkania z dyplomatami, wielokrotne odwiedziny Ribbentropa w Darlington Hall, opisywane z perspektywy kamerdynera odpowiedzialnego za to, żeby podczas owych przyjęć i spotkań wszystko chodziło jak w zegarku, mają wymiar wielkich politycznych osiągnięć, gdy tymczasem historia bez sentymentów oceniła już i potępiła je głosem opinii publicznej. Kamerdyner odsuwa od siebie myśl, że w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za postawę swego chlebodawcy, on po prostu wykonywał swoje obowiązki z sumiennością, jakiej wymaga jego zawód, niemniej w końcowej refleksji dochodzi do wniosku, że nigdy w życiu nie zdecydował się na własne decyzje i popełnianie własnych błędów. Angielski godny, honorowy i dyskretny kamerdyner nigdy nie miał osobistego życia do tego stopnia, że gdy umiera jego ojciec, on nie ma czasu zamknąć mu oczu na łożu śmierci, chociaż dzieje się to w tym samym ogromnym Darlington Hall. Stevens jednak czuje się odpowiedzialny za powodzenie dyplomatycznego zakulisowego spotkania organizowanego przez chlebodawcę. Największą zaletą zaś doskonałego, wielkiego kamerdynera, jest absolutne wyzbycie się własnych uczuć i myśli.

       Smutek powieści wynika ze zderzenia nieludzkiej tresury, jakiej poddawany był, a właściwie sam się jej poddawał, bohater mający aspiracje dorównać do największych autorytetów swojego zawodu, z naturalnym odczuciem, że nie jest to przecież człowiek zły. Przeciwnie, wzbudza sympatię i współczucie. Schyłek dnia można rozumieć więc jako schyłkowość pewnej epoki, której bohater jest ostatnim przedstawicielem, zwłaszcza że kilkakrotnie snuje on porównania miedzy wcześniejszym a swoim czy jeszcze młodszym pokoleniem. Oczywiście dotyczy  ono tylko kwestii stosunku do zawodu lokaja. Konsekwentna perspektywa narracji prowadzonej od kulis światowego życia arystokracji i "wielkich panów", ograniczenie własnych aspiracji do tego, by "służyć jego lordowskiej mości aż do pomyślnego osiągnięcia przez niego tych szczytnych celów, które sobie postawił" są zaletą i siłą tej powieści, trochę na zasadzie kontrastu wobec powszechnego dzisiaj indywidualizmu, dążenia do realizowania własnych i tylko własnych aspiracji i celów. Wydaje się z dzisiejszej perspektywy wręcz niemożliwe do tego stopnia wyzbyć się osobowości. A jednak podejrzewam, że niektóre działania prowokowane naciskiem portali społecznościowych, kreowaniem wzorców, do których większość stara się dostosować za wszelką cenę, sprawiają, że nadal daleko nam do pełnej samodzielności i niezależności sądów i działań. Przypuszczam, że większość czytelników będzie z niedowierzaniem czytać o "wydrążonym" kamerdynerze, nie znajdując z nim żadnych podobieństw. Jak bardzo będą w błędzie.



komentarze (14) | dodaj komentarz

Na Polesiu, mianowicie ku Wołyniowi...

czwartek, 05 października 2017 19:29

       Wśród rekordowej liczby - odnotowanej nawet w Księdze Guinnessa - publikacji Józefa Ignacego Kraszewskiego znajdują się "Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy". Stanisław Burkot we wstępie zalicza owe dzieło do spopularyzowanego w okresie romantyzmu podróżopisarstwa. Dzisiaj jesteśmy oswojeni z literaturą podróżniczą w wielu jej reporterskich odmianach, które doczekały się nobilitacji stawiającej ja na równi z literaturą piękną. "Wspomnienia" Kraszewskiego z jednej strony wyrastają z tradycji sternowskiej, lecz łączą w sobie także inne aspekty, jak podróżowanie w celu odkrywania historii regionu, opisy regionalistyczne w stylu Kolberga, obserwacje socjologiczne oraz ekspresję stricte literacką. A przy tym trzeba pamiętać, że autor podróżował ze szkicownikiem ilustrując swoją relację licznymi rysunkami. Była to więc po części podróż w celu poznawania określonej części kraju, ale jednocześnie podróż artystyczna, naznaczona wyraźnym oczekiwaniem, że ktoś to jednak przeczyta: "Zgadzam się - proszę nawet krzyczeć, hałasować, krytykować, gniewać się, łajać, słowem, daję wszelką a nieograniczoną wolność moim niełaskawym czytelnikom; lecz na miłość Boga! - chciejcież czytać przynajmniej."

Dla współczesnego czytelnika dawne Polesie i Wołyń są jeszcze bardziej odległą i egzotyczną krainą niż dla podróżującego pisarza. I chociaż Kraszewskiemu wielokrotnie zdarza się narzekać na katastrofalny stan dróg, chwiejne mosty, nudne krajobrazy, monotonię błota, piasku i sosen, sam sposób opisu bywa poetycki i porywający, niepozbawiony przy tym humoru, dystansu czy satyrycznej karykatury. Zaiste, narzekać, że "cały obraz składa się tylko z głównych pierwiastków piasku, błota i sosen", z którego "żaden jeniusz w świecie nic prócz pustyni nie utworzy", a potem dać niezwykły opis Pińska i Polesia pińskiego wraz z magiczną podróżą obijanikiem (rodzaj łodzi) do Iwańczyc nad Styrem rzeczywiście tylko literacki geniusz potrafił! Sam początek podróży wnosi zarówno atmosferę niezwykłości i humoru: "Ach, jak długo czekałem w Horwasie na obijanik! Żyd, Żydówka, kot, pastuch, kobyła ze źrebięciem, dwie krowy i chłopiec mały dotrzymywali mi, jak mogli, towarzystwa na przemiany. Musiałem z nimi wszystkimi w ich języku rozmawiać..." Oczywiście nie obyło się w dalszym opisie bez częstego w tejże książce wyrzekania na nudę, ale sposób radzenia sobie z nią już zgoła nudny do czytania nie jest ;-) "W niedostatku przedmiotu musiałem analizować ubiór i fizjognomię wioślarzy, budowę czółna, pochylenie liści na trzcinie i warkocze wyschłe czerotu, i listki w wodzie pływające, i chmury na niebie. (...) Znudzony, obróciłem się na bok, żeby z drugiej strony swój nos obejrzeć, gdy - o cudo - ujrzałem śród tej pustyni karczemkę!". 

        Staruszek gospodarz karczmy wywołał wręcz literackie plany podróżnika, a w dalszym etapie obserwacje swoje skupił na analizie przyczyn i celów ujeżdżania psów i świń przez sroki. Dokonawszy refleksji, że inteligencja zwierząt wciąż kryje przed człowiekiem wiele tajemnic, "resztę podróży muszę wam darować, bo była nudna jak ta kraina, posępna jak wieczór jesienny, jednostajna a długa jak godziny próżnowania. Trwało to bez końca, jak stary romans..."  Dlaczego więc mimo tych zapewnień autora lektura wcale się nie nuży, nudy nie zaznajemy, a ciekawość ciągnie do następnych rozdziałów? ;-)

        Za największą wartość poleskiego pejzażu Kraszewski wielokrotnie uznaje tamtejszych ludzi, niektórym z imienia i nazwiska poświęcając wiele serdecznych i pełnych podziwu słów. Dla kontrastu mamy też pełną smutku w gruncie rzeczy filipikę przeciwko Żydom, którzy rozpijają biednych Poleszuków i zdzierają z nich ostatni grosz. Poleszukom zresztą pisarz poświęca wiele fragmentów, raz podkreślając głębokie zacofanie, biedę, nędzę, niefrasobliwość czy brak chęci zmiany, innym razem zaś humorystycznie kreśląc specyficzną filozofię życia, kiedy w zimie, kiedy ustaje ruch wodny, "jadą po rzekach, one najlepiej trakt wskazują. można się wprawdzie załamać na oparzelisku i utonąć, ale któż by na taką fraszkę uważał?"

Kraszewski notuje też wiele obyczajów, wierzeń, opowiastek, legend i ciekawostek jak najosobliwsze palladium pińskie, czyli "osobliwość, starożytność, ciekawość, ciekawsza od najciekawszych ciekawości - od paryskiego ourang-outana i słonia-fontanny, od lwów królewskiego ogrodu, od braci syjamskich, od psa munito, od albinosa, od niedźwiedzi berneńskich, od wszystkiego, co jest i będzie ciekawym." Cóż to takiego, zapyta ktoś? A no zjawisko całkiem tutejsze, wiun, czyli piskorz, praprapraprzodek i król wszystkich wiunów, o którym Pińczucy serio opowiadają każdemu przybyszowi, a gdy ten uwierzy i szukając go po mieście całym padnie ze zmęczenia, Pińczuk ze śmiechem odpowiada, że to prima aprilis! 

        Dowcipne ciekawostki poleskie urozmaicają całkiem poważne tło historyczne kreślone przez Kraszewskiego w związku z mijanymi miasteczkami, całkiem niewielkimi wioskami, zamczyskami i pozostałościami dawnych grodów. Polesko-wołyńska podróż pisarza przypadła na czas, kiedy zbierał on materiał do historycznych dzieł: "Wilno od początków jego do roku 1750" oraz "Litwa starożytna". Tak więc, kiedy dwudziestoparoletni Kraszewski kończył swoje poleskie wędrówki ożenkiem z Zofią Woroniczówną z Horodca, gdzie zresztą znalazł również zasobną bibliotekę, miał już pewne przygotowanie historyczne, widoczne w podejściu do poznawanych śladów przeszłości. "Wspomnienia Polesia, Wołynia i Litwy" łączą w sobie wątki subiektywnego opisu, przeżyć i refleksji z historycznym zapleczem naukowym i wnikliwością obserwacji etnograficznych. No i ten niezaprzeczalny humor :-) A w ogóle to nie wiedziałam, że Kraszewski miał tak sprawną rękę do rysunku! 



komentarze (5) | dodaj komentarz

Jeszcze sierpniowa lektura

poniedziałek, 04 września 2017 0:32

       Przeczytałam wreszcie "Lód" Jacka Dukaja. Wreszcie, ponieważ przymierzałam się od dawna, od 2007 roku, kiedy się ukazała książka. Tak się złożyło, że dopiero spotkanie z pisarzem podczas Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie zmobilizowało mnie do zakupienia i przeczytania. A przymierzałam się dlatego, że Jacka Dukaja pamiętam z jego debiutu. Był rok 1990, gdy w "Fantastyce" ukazało się opowiadanie piętnastoletniego debiutanta, "Złota galera". Opowiadanie zachwycające. Od tamtej pory Dukaj się rozpisał, że dawno przestałam nadążać z czytaniem. Zresztą na czas jakiś, na wiele lat, straciłam czytelniczy kontakt literaturą science fiction, a fantasy poza Sapkowskim nigdy nie było moją ulubioną formą. Kiedy ukazał się "Lód" i pojawiły się entuzjastyczne recenzje, pomyślałam, że powinnam zmierzyć się teraz z pisarzem dojrzałym. Choćby dla zaspokojenia ciekawości, co wyrosło z owego nastoletniego debiutanta. Przeczytałam więc "Lód", powieść - jak na standardy internetowych dwuzdaniowych prostych newsów i języka współczesnych mediów elektronicznych, w tym skrótowych i uproszczonych smsów - olbrzymią, liczącą 1050 stron. Przyznam się: to ta grubość była dodatkową zachętą. Co można napisać na 1000 stronach, żeby nie było nudne? W dodatku, żeby nie powtórzyć tego, co już napisano w podobnie obszernej księdze, czyli Biblii?

       Przeczytałam "Lód" w czasie wyrywanym, wyszarpywanym innym zajęciom i w dniach, kiedy sierpniowe upały dotkliwie dawały się we znaki. Na spotkaniu autorskim w Szczebrzeszynie rozmowa zeszła na tory zgoła pozapisarskie. Roztrząsano problem sztucznej inteligencji, definicji człowieka w obliczu nabierania samoświadomości przez istoty o naturze cybernetycznej, warunków istnienia krzemowego życia itp. Pisarz występował w tej rozmowie jako ekspert od spraw technologii. A ja wolę, żeby pisarz pisarzem był. Dlatego przede wszystkim język: co bowiem tworzy dobrą powieść? Język przede wszystkim. Mniej istotne jest prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń (tutaj Pamuk by się pewnie ze mną nie zgodził, ale to czytelnik ma rację ;-). W "Lodzie" opisany jest świat alternatywny, alternatywna historia Europy, w tym Polski, w sytuacji, gdy nie doszło do wybuchu pierwszej wojny światowej, tym bardziej nie było drugiej, Polska nadal jest pod zaborami, a akcja rozpoczyna się w 1924 r. Warszawie, gdzie w najlepsze rządzą rosyjscy czynownicy. Dla historyka gratka nie lada, gdyż autor poprzez dyskusje bohaterów rozważa problemy historiozoficzne: historia toczy się odgórnie i wpływa na człowieka czy też człowiek może zaplanować i wpływać na historię? Czy historię można odwrócić? No i w kontekście wszechpanującego mrozu: czy historię można zamrozić? 

       I chociaż wbrew definicji science fiction akcja powieści nie dzieje się w przyszłości, mamy w niej do czynienia z niezwykłym rozwojem technologii w postaci nowych stopów metalurgicznych, a odkrycie nowego minerału (tungetytu) daje początek zupełnie nowej fizyce. Powstaje antyświatło, mamy nowe zasady wznoszenia budynków, czyli całkiem nowa architektura, nowe stopy z tungetytem otwierają możliwości nowej, szybszej, bardziej wytrzymałej technologii przemysłu, kolejnictwa, a nawet nowych metod wpływania na ludzką psychikę poprzez oddziaływanie na świadomość i podświadomość. Pojawia się też - być może, bo kwestia jest rozważana i badana - nowa forma życia, wręcz nowa forma istnienia poza normalnym czasem i historią.

       No ale miał być język. Właśnie. Do stworzenia alternatywnego świata Dukaj wykorzystuje neologizmy, dosłowności odkrywane w znanych skądinąd wyrazach, w tym z literatury, analogie do języka potocznego i skojarzenia. Nie pytajcie mnie, czy tungetyt istnieje: zapytać trzeba, skąd wzięła się nazwa. Tungetyt powstał w wyniku wydarzenia historycznego - znanego z historii uderzenia olbrzymiego meteorytu w odludną przestrzeń syberyjskiej tajgi. 30 czerwca 1908 roku miała miejsce tzw. katastrofa tunguska, olbrzymi meteoryt czy meteoroid, jak twierdzą inni uczeni, spadł na północ od Bajkału i powalił tajgę. Wydarzenie to do dziś jest badane i wyjaśniane, a w powieści Jacka Dukaja stało się przyczyną rozwoju alternatywnej historii i powstania nowego minerału: tungetytu właśnie. Zmiana biegu historii została spowodowana gwałtownym oziębieniem klimatu, najpierw na Syberii, a następnie na całym kontynencie. Tytułowy lód stopniowo zajmuje coraz dalsze obszary, w momencie rozpoczęcia powieści na dobre zagościł już w Warszawie, a na dalekiej Syberii powstaje światowe centrum mroźnego przemysłu, nowych technologii opartych na wykorzystaniu zimnaza - materiału, z którego produkuje się najodporniejsze na mróz przedmioty i urządzenia. Właśnie, "zimnazo" to kolejny słowotwór pisarza, utworzony jak widać przez analogię do słowa "żelazo".  Funkcje spełnia podobne, jest materiałem wydobywanym i wykorzystywanym w przemyśle metalurgicznym. 

       To jednak, co zachwyciło mnie najbardziej, to świat lutych. Lute - zimne, lodowe, straszne, niszczące twory, w dodatku poruszające się, pojawiające się nagle, wymrażające się gdzieś z ziemi, potrafiące wkroczyć na ulice miast, zagnieździć się nad i między domami. Tam, gdzie wejdzie luty, zamiera życie i wszelka aktywność. Ze spotkania z lutym nikt nie wychodzi żywy (no, może z wyjątkiem ojca głównego bohatera, ale to właśnie ta fantastyczna strona powieści). Lute pojawiły się najpierw na Syberii, a  potem stopniowo zaczęły opanowywać świat. Gniazdo lutych np. siedzi nad Zamkiem Królewskim w Warszawie. Luty - najzimniejszy miesiąc zimy - stał się zaczątkiem nazwy literackiej dla fantastycznych zjawisk związanych z zimnem. W staropolszczyźnie "luty" znaczył tyle, co srogi, mroźny. Ale tutaj Dukaj pokazuje niezwykły dowcip językowy, ponieważ owe lute mają swoje gniazda, olbrzymie skupiska lodowe, pełne sopli i mroźnych korytarzy. Pytanie: jak nazwał te gniazda??? Oniemiałam, gdy to zobaczyłam. Otóż gniazda lutych to soplicowo :-D No niby od tych sopli, ale komu nie skojarzy się z "Panem Tadeuszem"? I w zasadzie czy czytając "Pana Tadeusza" zastanawiamy się, skąd się wzięło i co dosłownie oznacza "Soplica"? Przecież nie, jest to tak oczywiste, że nie przychodzi nam do głowy szukać etymologii. A Dukaj dowcipnie poszedł tropem dosłowności: skoro soplica od sopla, soplicowo - gniazdo sopli, czyli lutych. Tak własnie tworzy się alternatywny świat powieściowej fikcji. 

        Jest jeszcze nowa fizyka oparta na ćmiatle. Co to jest ćmiatło? To proste: odwrotność światła, czyli coś, co świeci na czarno, świeci cieniem. Stąd też jak do zapalania światłą używa się świeczek, tak w powieści do zapalania ćmiatła używa się ćmieczek. Proste? Proste :-) I tak jak świeczek, płomienia świeczek dawniej używano do wróżb, tak też bohaterowie posługują się ćmieczkami, aby z ich cienia odczytać tajemnice losu, postaci i wydarzeń. Że to gusła, powie ktoś? A pewnie! A mało to ludzi wierzy w horoskopy? ;-) Taka ludzka natura. 

        A więc kończąc... przeczytałam "Lód" i wiele rzeczy mnie w nim zafascynowało, język jest jedną z nich. Autor nie boi się wprowadzać w swoją alternatywną historię postaci historycznych. Jest na przykład Piłsudski, z którym główny bohater spotyka się na Syberii. Rzecz jasna nie jest Naczelnikiem, gdyż nie ma też polskiego państwa. Ale do miana drugiego głównego bohatera urasta inna postać, niezwykła w historii rozwoju nauki i techniki - Nikola Tesla, przez wielu uważany za najwybitniejszego wynalazcę wszech czasów. I w powieści również nie spoczywa na laurach. Eksperymentuje z elektrycznością, ale po odkryciu tungetytu wprowadza nową jednostkę fizyczną: teslektykę, a specjalne urządzenia pomagają Tesli badać zjawisko teslektyczności (na wzór elektryczności). Myślę, że wprowadzenie tej nazwy stanowi w jakiejś mierze hołd złożony przez pisarza wielkiemu wynalazcy. Co prawda, Tesla w powieści jest co najmniej szalony, ale czyż nie tak wyobrażamy sobie geniuszy? 

       I wszystko byłoby całkiem, całkiem: fascynujący świat alternatywnej historii, rozważania typu co by było, gdyby; ciekawe i zabawne gry językowe; odkrywanie kolejnych fałszywych tożsamości bohatera; długie chwile ochłody (w powieści panują 70-stopniowe mrozy!) na dni upalnego lata, ale NAPISAĆ 1050 STRON,  ŻEBY NA KONIEC ZROBIĆ Z TEGO ROMANS???!!!! Jestem rozczarowana :-( 



komentarze (14) | dodaj komentarz

Na półce

poniedziałek, 31 lipca 2017 17:09

       To dziwne, ale z bogatego dorobku naukowego i popularyzatorskiego Yi-Fu Tuana w języku polskim dostępna jest tylko jedna jego książka: Przestrzeń i miejsce, wydana przez PIW w serii Biblioteka Myśli Współczesnej. Tuan jest geografem i zaproponował nowe podejście do organizowania przestrzeni przez człowieka, jego koncepcje zapoczątkowały nowy nurt nazwany geografią humanistyczną. Książka prezentuje skondensowane założenia tego myślenia w odniesieniu do sposobów funkcjonowania istot ludzkich w przestrzeni i przeobrażania jej w miejsce. Miejsce bowiem jest przestrzenią nazwana, intymną, osobistą, natomiast przestrzeń to obszar anonimowy, będący wyzwaniem i możliwością zarazem. Wychodząc od rozgraniczenia tych dwóch pojęć, Tuan w kolejnych rozdziałach omawia różnice między nimi na polu doświadczenia, emocji, mitu, wpływu na budowanie tożsamości człowieka. 

        Czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Niesamowite, jak ciekawych rzeczy można się dowiedzieć od chińskiego badacza i myśliciela. Tuan stosuje ogromny materiał porównawczy i czerpie przykłady z tak różnych kultur jak mieszkańcy atolu Paluwat na Pacyfiku, afrykańscy Buszmeni, australijscy Aborygeni, syberyjscy Jakuci, indiańskie plemiona czy Eskimosi. Z drugiej strony osadza swoje rozważania w dalekiej tradycji, w planach mieszkania z Ur, Priene i w obyczajach starożytnego Egiptu. Znajduje odniesienia w literaturze, sztuce ikonicznej i symbolice gestów. Punktem wyjścia badania przestrzeni, w której porusza się człowiek, jest ludzka aktywność fizyczna. Strony świata, kierunki takie, jak "przód", "tył", "góra", "dół", "lewo", "prawo" maja sens, gdyż w centrum stoi człowiek, jego ciało. Wymiary przestrzeni są fizycznie odbierane i rejestrowane poprzez zachowania, napięcie mięśni potrzebne do wykonania odpowiednich ruchów: kroków, wyrzutu ramion, ciśnięcia kamieniem, napięcia cięciwy w łuku i wypuszczeniu strzały. 

       Tuan omawia wpływ przestrzeni na poczucie wolności, kształtowanie sprawności przestrzennej, ustalanie kierunku, a nawet relacji między orientacją w przestrzeni a astronomią (co w zasadzie nie powinno dziwić). Związek stron świata z kolorami już taki oczywisty nie jest. Dlaczego bowiem według wyobrażeń Majów południe jest żółte, a według Chińczyków czerwone? Jedni i drudzy jednak tworzą podobny obraz mitu środka, w którym stoi człowiek. Koncepcje przestrzeni w każdej kulturze są antropocentryczne. Nie mogą być inne, wszak stworzyli je ludzie. 

       Można się zastanawiać jak kształtuje się choćby takie na pozór powszechne zjawisko jak przywiązanie do ziemi, do swojej ojczyzny, także tej małej. Zjawisko małoojczyźniane tak popularyzowane we współczesnej choćby Europie nie jest wcale żadnym novum. Przeżywa ono renesans być może z powodu kryzysu ojczyzn narodowościowych. Ostatecznie człowiek ojczyznę wielką może sobie tylko wyobrażać, nigdy nie pozna jej dogłębnie, jest ona tylko pewna koncepcją wytworzoną w toku cywilizacyjnego rozwoju. Natomiast ojczyzna mała, a więc miejsce, które człowiek jest w stanie naprawdę poznać osobiście, zdoła je obejść na własnych nogach, policzyć drzewa w najbliższym lesie, rozpoznawać kwiaty i  zwierzęta, poznać ludzi, z którymi codziennie przez wiele lat pracuje i żyje - ta ojczyzna jest zawsze o wiele mniejsza i jak on poznaje ją na wylot, tak ona świadczy o tym, kim i skąd jest człowiek. "Pejzaż jest uwidocznieniem historii osobistej i plemiennej. identyczność urodzonego tu człowieka - jego miejsce w totalnym schemacie rzeczy - nie podlega wątpliwości, bo podtrzymujące je mity są tak rzeczywiste, jak skały i kałuże, które można zobaczyć i dotknąć" - pisze autor o australijskim plemieniu Ilbalintja, ale mają te słowa znaczenie uniwersalne, bo każde miejsce, wieś, miasto, region, ma swoje historie, swoje opowieści, tak realne jak kałuże, skały i drzewa, a w nich zapisana jest historia jego mieszkańców mieszkańców. Tak więc przywiązanie do miejsca, do miejscowości to z jednej strony znajomość jego historii i historii wcześniejszych pokoleń tu mieszkających, ale też cała sieć emocji utrwalonych w pamięci ciała poprzez gesty, jak sadzenie drzewa, zrywanie owoców, budowanie domu, oraz w pamięci osobistej, we wspomnieniach lub wyobrażeniach. Tuan zauważa, że nawet wędrowcy, podróżnicy czy zawodowi nomadzi odczuwają przywiązanie do stałego jedynego miejsca, marząc o nim jako o czymś niezmiennym, w przeciwieństwie do ich ruchliwego życia."Miejsce jest zorganizowanym światem znaczeń. Jest w istocie pojęciem statycznym." Nawet człowiek wiecznie podróżujący, jeśli zatrzymuje się gdzieś na nocleg, czyni  pewien niewielki wycinek przestrzeni swoim miejscem poprzez wieczorne rytuały: kolację, rozpakowywanie szczoteczki do zębów, układanie się do snu.

       "Ludzie, tak jak inne zwierzęta, czują się na ziemi jak w domu. Przeważnie dobrze się czujemy w naszej części świata. Życie codzienne jest dokładnie znane. Za rzeczywistość uznajemy grzankę na śniadanie i potrzebę przyjścia na czas do pracy. Raz wyuczone sprawności są dla nas równie naturalne jak oddychanie. przede wszystkim jesteśmy zorientowani, i to jest podstawowe źródło naszej pewności siebie." Tuan co prawda nie doprowadza swoich rozważań do absolutnego końca. Stawia pytania, na które brak odpowiedzi. Niemniej jego książka prowokuje do przyjrzenia się naszym własnym przywiązaniom, bądź ich brakowi, do refleksji nad własnym poznawaniem przestrzeni, nad swoim miejscem na ziemi. Polecam :-)



komentarze (6) | dodaj komentarz

Dali kontra Warhol

środa, 05 lipca 2017 16:13

      Założenie tytułowe jest błędne. Obejrzałam tę wystawę, wysłuchałam nagranego komentarza - no fakt, nie w całości - porównałam zgromadzone obrazy i inne, jakby to nazwać, wytwory, poszłam szlakiem wyrysowanym zaraz u wejścia i nie wiem, z czego to zestawienie wynika. Ich sztuka jest zupełnie różna i z różnych wypływa inspiracji, z całkiem odmiennych motywacji. Pokuszę się o obrazoburcze stwierdzenia, ale według mnie Salvador Dali tworzył z lęku (nie ma tu znaczenia jego rozdmuchane ego i przekonanie o własnym geniuszu), a Andy Warhol dla ekstrawagancji (i nie ma tu znaczenia fakt posługiwania się kliszami sztuki popularnej). Co za ironia, że to obrazy Dalego stały się akurat kwintesencją ekstrawagancji, nie wspominając o jego zachowaniu, a sztuka Warhola przeniknęła do życia codziennego, do masowej wyobraźni uczestnika życia w tłumie. A jeśli zestawienie tytułowe ma prowokować do oceny, który z nich jest lepszy, odpowiedź jest oczywista: tylko Dali. 

       Ale nie, autorzy wystawy na 4 piętrze PKiN nie ferują wyroków, nie określają wyższości czy niższości artystów, w zasadzie pokazują jak bardzo są różni, w zasadzie nieporównywalni. Dlaczego więc razem? Pewnie dla przyciągnięcia uwagi, bo w dzisiejszym świecie nadwyżki propozycji, w świecie w kultury oferowanej jak towar na półkach w supermarkecie, trzeba czymś widza przyciągnąć - krzykliwym, zaskakującym opakowaniem. Mamy więc najbardziej znane fotograficzne portrety obu artystów, fragmenty filmów z ich udziałem, najbardziej znane obrazy, rzeźby Dalego, projektowane przez niego flakony perfum oraz okładki płyt projektowane przez Warhola. Jest nawet surrealistyczna kawiarnia, gdzie naprawdę można napić się kawy i zjeść coś słodkiego, ponieważ Dali był ponoć wielkim łasuchem. W pokoju czy też salonie zapachów można poczuć specjalną autorską mieszankę perfum Dalego. W pokoju typograficznym spróbować metody siotodruku wykorzystywanej przez Warhola w tworzeniu portretów serialnych.

      Pójść, zanurzyć się w świat surrealistycznej ekstrawagancji, poczuć choćby w marzeniach przez chwilę całkowitą swobodę kreowania własnego życia na pewno warto. nawet jeśli tych obrazów, przyznajmy, za wiele nie ma. No i po co mi oglądać w kartonie prawdziwe puszki z zupą Campbell`s? A jednak zaskoczeniem były dla mnie projekty płyt. Zgromadzono ich spory zasób, w tym z muzyka klasyczną, z wykonawcami, których ze skandalizującą aurą Warholowej "fabryki" sztuki Factory raczej się nie kojarzy. A Dali, jak to Dali, jak przepadł w świecie swoich surrealistycznych koszmarów, tak wyjść z niego nie może. Raczej pociąga za sobą. Na 70 minut - tyle trwa zwiedzanie z przewodnikiem audio dodawanym u wejścia do biletu. 

 Zdj8cie0098.jpg

Autocharakterystyka Dalego ;-)

 

Motyw Don Kichota wiele razy pojawia się w malarstwie Dalego

Obraz Dalego z motywem Don Kichota

 

Zdj1cie0099.jpg

Projekt Warhola okładki płyty z nagraniem muzyki Chopina

w wykonaniu Jana Smeterlina

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

niedziela, 22 października 2017

Licznik odwiedzin:  408 244  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 408244

Lubię to