Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 797 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jeszcze sierpniowa lektura

poniedziałek, 04 września 2017 0:32

       Przeczytałam wreszcie "Lód" Jacka Dukaja. Wreszcie, ponieważ przymierzałam się od dawna, od 2007 roku, kiedy się ukazała książka. Tak się złożyło, że dopiero spotkanie z pisarzem podczas Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie zmobilizowało mnie do zakupienia i przeczytania. A przymierzałam się dlatego, że Jacka Dukaja pamiętam z jego debiutu. Był rok 1990, gdy w "Fantastyce" ukazało się opowiadanie piętnastoletniego debiutanta, "Złota galera". Opowiadanie zachwycające. Od tamtej pory Dukaj się rozpisał, że dawno przestałam nadążać z czytaniem. Zresztą na czas jakiś, na wiele lat, straciłam czytelniczy kontakt literaturą science fiction, a fantasy poza Sapkowskim nigdy nie było moją ulubioną formą. Kiedy ukazał się "Lód" i pojawiły się entuzjastyczne recenzje, pomyślałam, że powinnam zmierzyć się teraz z pisarzem dojrzałym. Choćby dla zaspokojenia ciekawości, co wyrosło z owego nastoletniego debiutanta. Przeczytałam więc "Lód", powieść - jak na standardy internetowych dwuzdaniowych prostych newsów i języka współczesnych mediów elektronicznych, w tym skrótowych i uproszczonych smsów - olbrzymią, liczącą 1050 stron. Przyznam się: to ta grubość była dodatkową zachętą. Co można napisać na 1000 stronach, żeby nie było nudne? W dodatku, żeby nie powtórzyć tego, co już napisano w podobnie obszernej księdze, czyli Biblii?

       Przeczytałam "Lód" w czasie wyrywanym, wyszarpywanym innym zajęciom i w dniach, kiedy sierpniowe upały dotkliwie dawały się we znaki. Na spotkaniu autorskim w Szczebrzeszynie rozmowa zeszła na tory zgoła pozapisarskie. Roztrząsano problem sztucznej inteligencji, definicji człowieka w obliczu nabierania samoświadomości przez istoty o naturze cybernetycznej, warunków istnienia krzemowego życia itp. Pisarz występował w tej rozmowie jako ekspert od spraw technologii. A ja wolę, żeby pisarz pisarzem był. Dlatego przede wszystkim język: co bowiem tworzy dobrą powieść? Język przede wszystkim. Mniej istotne jest prawdopodobieństwo opisywanych zdarzeń (tutaj Pamuk by się pewnie ze mną nie zgodził, ale to czytelnik ma rację ;-). W "Lodzie" opisany jest świat alternatywny, alternatywna historia Europy, w tym Polski, w sytuacji, gdy nie doszło do wybuchu pierwszej wojny światowej, tym bardziej nie było drugiej, Polska nadal jest pod zaborami, a akcja rozpoczyna się w 1924 r. Warszawie, gdzie w najlepsze rządzą rosyjscy czynownicy. Dla historyka gratka nie lada, gdyż autor poprzez dyskusje bohaterów rozważa problemy historiozoficzne: historia toczy się odgórnie i wpływa na człowieka czy też człowiek może zaplanować i wpływać na historię? Czy historię można odwrócić? No i w kontekście wszechpanującego mrozu: czy historię można zamrozić? 

       I chociaż wbrew definicji science fiction akcja powieści nie dzieje się w przyszłości, mamy w niej do czynienia z niezwykłym rozwojem technologii w postaci nowych stopów metalurgicznych, a odkrycie nowego minerału (tungetytu) daje początek zupełnie nowej fizyce. Powstaje antyświatło, mamy nowe zasady wznoszenia budynków, czyli całkiem nowa architektura, nowe stopy z tungetytem otwierają możliwości nowej, szybszej, bardziej wytrzymałej technologii przemysłu, kolejnictwa, a nawet nowych metod wpływania na ludzką psychikę poprzez oddziaływanie na świadomość i podświadomość. Pojawia się też - być może, bo kwestia jest rozważana i badana - nowa forma życia, wręcz nowa forma istnienia poza normalnym czasem i historią.

       No ale miał być język. Właśnie. Do stworzenia alternatywnego świata Dukaj wykorzystuje neologizmy, dosłowności odkrywane w znanych skądinąd wyrazach, w tym z literatury, analogie do języka potocznego i skojarzenia. Nie pytajcie mnie, czy tungetyt istnieje: zapytać trzeba, skąd wzięła się nazwa. Tungetyt powstał w wyniku wydarzenia historycznego - znanego z historii uderzenia olbrzymiego meteorytu w odludną przestrzeń syberyjskiej tajgi. 30 czerwca 1908 roku miała miejsce tzw. katastrofa tunguska, olbrzymi meteoryt czy meteoroid, jak twierdzą inni uczeni, spadł na północ od Bajkału i powalił tajgę. Wydarzenie to do dziś jest badane i wyjaśniane, a w powieści Jacka Dukaja stało się przyczyną rozwoju alternatywnej historii i powstania nowego minerału: tungetytu właśnie. Zmiana biegu historii została spowodowana gwałtownym oziębieniem klimatu, najpierw na Syberii, a następnie na całym kontynencie. Tytułowy lód stopniowo zajmuje coraz dalsze obszary, w momencie rozpoczęcia powieści na dobre zagościł już w Warszawie, a na dalekiej Syberii powstaje światowe centrum mroźnego przemysłu, nowych technologii opartych na wykorzystaniu zimnaza - materiału, z którego produkuje się najodporniejsze na mróz przedmioty i urządzenia. Właśnie, "zimnazo" to kolejny słowotwór pisarza, utworzony jak widać przez analogię do słowa "żelazo".  Funkcje spełnia podobne, jest materiałem wydobywanym i wykorzystywanym w przemyśle metalurgicznym. 

       To jednak, co zachwyciło mnie najbardziej, to świat lutych. Lute - zimne, lodowe, straszne, niszczące twory, w dodatku poruszające się, pojawiające się nagle, wymrażające się gdzieś z ziemi, potrafiące wkroczyć na ulice miast, zagnieździć się nad i między domami. Tam, gdzie wejdzie luty, zamiera życie i wszelka aktywność. Ze spotkania z lutym nikt nie wychodzi żywy (no, może z wyjątkiem ojca głównego bohatera, ale to właśnie ta fantastyczna strona powieści). Lute pojawiły się najpierw na Syberii, a  potem stopniowo zaczęły opanowywać świat. Gniazdo lutych np. siedzi nad Zamkiem Królewskim w Warszawie. Luty - najzimniejszy miesiąc zimy - stał się zaczątkiem nazwy literackiej dla fantastycznych zjawisk związanych z zimnem. W staropolszczyźnie "luty" znaczył tyle, co srogi, mroźny. Ale tutaj Dukaj pokazuje niezwykły dowcip językowy, ponieważ owe lute mają swoje gniazda, olbrzymie skupiska lodowe, pełne sopli i mroźnych korytarzy. Pytanie: jak nazwał te gniazda??? Oniemiałam, gdy to zobaczyłam. Otóż gniazda lutych to soplicowo :-D No niby od tych sopli, ale komu nie skojarzy się z "Panem Tadeuszem"? I w zasadzie czy czytając "Pana Tadeusza" zastanawiamy się, skąd się wzięło i co dosłownie oznacza "Soplica"? Przecież nie, jest to tak oczywiste, że nie przychodzi nam do głowy szukać etymologii. A Dukaj dowcipnie poszedł tropem dosłowności: skoro soplica od sopla, soplicowo - gniazdo sopli, czyli lutych. Tak własnie tworzy się alternatywny świat powieściowej fikcji. 

        Jest jeszcze nowa fizyka oparta na ćmiatle. Co to jest ćmiatło? To proste: odwrotność światła, czyli coś, co świeci na czarno, świeci cieniem. Stąd też jak do zapalania światłą używa się świeczek, tak w powieści do zapalania ćmiatła używa się ćmieczek. Proste? Proste :-) I tak jak świeczek, płomienia świeczek dawniej używano do wróżb, tak też bohaterowie posługują się ćmieczkami, aby z ich cienia odczytać tajemnice losu, postaci i wydarzeń. Że to gusła, powie ktoś? A pewnie! A mało to ludzi wierzy w horoskopy? ;-) Taka ludzka natura. 

        A więc kończąc... przeczytałam "Lód" i wiele rzeczy mnie w nim zafascynowało, język jest jedną z nich. Autor nie boi się wprowadzać w swoją alternatywną historię postaci historycznych. Jest na przykład Piłsudski, z którym główny bohater spotyka się na Syberii. Rzecz jasna nie jest Naczelnikiem, gdyż nie ma też polskiego państwa. Ale do miana drugiego głównego bohatera urasta inna postać, niezwykła w historii rozwoju nauki i techniki - Nikola Tesla, przez wielu uważany za najwybitniejszego wynalazcę wszech czasów. I w powieści również nie spoczywa na laurach. Eksperymentuje z elektrycznością, ale po odkryciu tungetytu wprowadza nową jednostkę fizyczną: teslektykę, a specjalne urządzenia pomagają Tesli badać zjawisko teslektyczności (na wzór elektryczności). Myślę, że wprowadzenie tej nazwy stanowi w jakiejś mierze hołd złożony przez pisarza wielkiemu wynalazcy. Co prawda, Tesla w powieści jest co najmniej szalony, ale czyż nie tak wyobrażamy sobie geniuszy? 

       I wszystko byłoby całkiem, całkiem: fascynujący świat alternatywnej historii, rozważania typu co by było, gdyby; ciekawe i zabawne gry językowe; odkrywanie kolejnych fałszywych tożsamości bohatera; długie chwile ochłody (w powieści panują 70-stopniowe mrozy!) na dni upalnego lata, ale NAPISAĆ 1050 STRON,  ŻEBY NA KONIEC ZROBIĆ Z TEGO ROMANS???!!!! Jestem rozczarowana :-( 



komentarze (14) | dodaj komentarz

Na półce

poniedziałek, 31 lipca 2017 17:09

       To dziwne, ale z bogatego dorobku naukowego i popularyzatorskiego Yi-Fu Tuana w języku polskim dostępna jest tylko jedna jego książka: Przestrzeń i miejsce, wydana przez PIW w serii Biblioteka Myśli Współczesnej. Tuan jest geografem i zaproponował nowe podejście do organizowania przestrzeni przez człowieka, jego koncepcje zapoczątkowały nowy nurt nazwany geografią humanistyczną. Książka prezentuje skondensowane założenia tego myślenia w odniesieniu do sposobów funkcjonowania istot ludzkich w przestrzeni i przeobrażania jej w miejsce. Miejsce bowiem jest przestrzenią nazwana, intymną, osobistą, natomiast przestrzeń to obszar anonimowy, będący wyzwaniem i możliwością zarazem. Wychodząc od rozgraniczenia tych dwóch pojęć, Tuan w kolejnych rozdziałach omawia różnice między nimi na polu doświadczenia, emocji, mitu, wpływu na budowanie tożsamości człowieka. 

        Czytałam z rosnącym zainteresowaniem. Niesamowite, jak ciekawych rzeczy można się dowiedzieć od chińskiego badacza i myśliciela. Tuan stosuje ogromny materiał porównawczy i czerpie przykłady z tak różnych kultur jak mieszkańcy atolu Paluwat na Pacyfiku, afrykańscy Buszmeni, australijscy Aborygeni, syberyjscy Jakuci, indiańskie plemiona czy Eskimosi. Z drugiej strony osadza swoje rozważania w dalekiej tradycji, w planach mieszkania z Ur, Priene i w obyczajach starożytnego Egiptu. Znajduje odniesienia w literaturze, sztuce ikonicznej i symbolice gestów. Punktem wyjścia badania przestrzeni, w której porusza się człowiek, jest ludzka aktywność fizyczna. Strony świata, kierunki takie, jak "przód", "tył", "góra", "dół", "lewo", "prawo" maja sens, gdyż w centrum stoi człowiek, jego ciało. Wymiary przestrzeni są fizycznie odbierane i rejestrowane poprzez zachowania, napięcie mięśni potrzebne do wykonania odpowiednich ruchów: kroków, wyrzutu ramion, ciśnięcia kamieniem, napięcia cięciwy w łuku i wypuszczeniu strzały. 

       Tuan omawia wpływ przestrzeni na poczucie wolności, kształtowanie sprawności przestrzennej, ustalanie kierunku, a nawet relacji między orientacją w przestrzeni a astronomią (co w zasadzie nie powinno dziwić). Związek stron świata z kolorami już taki oczywisty nie jest. Dlaczego bowiem według wyobrażeń Majów południe jest żółte, a według Chińczyków czerwone? Jedni i drudzy jednak tworzą podobny obraz mitu środka, w którym stoi człowiek. Koncepcje przestrzeni w każdej kulturze są antropocentryczne. Nie mogą być inne, wszak stworzyli je ludzie. 

       Można się zastanawiać jak kształtuje się choćby takie na pozór powszechne zjawisko jak przywiązanie do ziemi, do swojej ojczyzny, także tej małej. Zjawisko małoojczyźniane tak popularyzowane we współczesnej choćby Europie nie jest wcale żadnym novum. Przeżywa ono renesans być może z powodu kryzysu ojczyzn narodowościowych. Ostatecznie człowiek ojczyznę wielką może sobie tylko wyobrażać, nigdy nie pozna jej dogłębnie, jest ona tylko pewna koncepcją wytworzoną w toku cywilizacyjnego rozwoju. Natomiast ojczyzna mała, a więc miejsce, które człowiek jest w stanie naprawdę poznać osobiście, zdoła je obejść na własnych nogach, policzyć drzewa w najbliższym lesie, rozpoznawać kwiaty i  zwierzęta, poznać ludzi, z którymi codziennie przez wiele lat pracuje i żyje - ta ojczyzna jest zawsze o wiele mniejsza i jak on poznaje ją na wylot, tak ona świadczy o tym, kim i skąd jest człowiek. "Pejzaż jest uwidocznieniem historii osobistej i plemiennej. identyczność urodzonego tu człowieka - jego miejsce w totalnym schemacie rzeczy - nie podlega wątpliwości, bo podtrzymujące je mity są tak rzeczywiste, jak skały i kałuże, które można zobaczyć i dotknąć" - pisze autor o australijskim plemieniu Ilbalintja, ale mają te słowa znaczenie uniwersalne, bo każde miejsce, wieś, miasto, region, ma swoje historie, swoje opowieści, tak realne jak kałuże, skały i drzewa, a w nich zapisana jest historia jego mieszkańców mieszkańców. Tak więc przywiązanie do miejsca, do miejscowości to z jednej strony znajomość jego historii i historii wcześniejszych pokoleń tu mieszkających, ale też cała sieć emocji utrwalonych w pamięci ciała poprzez gesty, jak sadzenie drzewa, zrywanie owoców, budowanie domu, oraz w pamięci osobistej, we wspomnieniach lub wyobrażeniach. Tuan zauważa, że nawet wędrowcy, podróżnicy czy zawodowi nomadzi odczuwają przywiązanie do stałego jedynego miejsca, marząc o nim jako o czymś niezmiennym, w przeciwieństwie do ich ruchliwego życia."Miejsce jest zorganizowanym światem znaczeń. Jest w istocie pojęciem statycznym." Nawet człowiek wiecznie podróżujący, jeśli zatrzymuje się gdzieś na nocleg, czyni  pewien niewielki wycinek przestrzeni swoim miejscem poprzez wieczorne rytuały: kolację, rozpakowywanie szczoteczki do zębów, układanie się do snu.

       "Ludzie, tak jak inne zwierzęta, czują się na ziemi jak w domu. Przeważnie dobrze się czujemy w naszej części świata. Życie codzienne jest dokładnie znane. Za rzeczywistość uznajemy grzankę na śniadanie i potrzebę przyjścia na czas do pracy. Raz wyuczone sprawności są dla nas równie naturalne jak oddychanie. przede wszystkim jesteśmy zorientowani, i to jest podstawowe źródło naszej pewności siebie." Tuan co prawda nie doprowadza swoich rozważań do absolutnego końca. Stawia pytania, na które brak odpowiedzi. Niemniej jego książka prowokuje do przyjrzenia się naszym własnym przywiązaniom, bądź ich brakowi, do refleksji nad własnym poznawaniem przestrzeni, nad swoim miejscem na ziemi. Polecam :-)



komentarze (6) | dodaj komentarz

Dali kontra Warhol

środa, 05 lipca 2017 16:13

      Założenie tytułowe jest błędne. Obejrzałam tę wystawę, wysłuchałam nagranego komentarza - no fakt, nie w całości - porównałam zgromadzone obrazy i inne, jakby to nazwać, wytwory, poszłam szlakiem wyrysowanym zaraz u wejścia i nie wiem, z czego to zestawienie wynika. Ich sztuka jest zupełnie różna i z różnych wypływa inspiracji, z całkiem odmiennych motywacji. Pokuszę się o obrazoburcze stwierdzenia, ale według mnie Salvador Dali tworzył z lęku (nie ma tu znaczenia jego rozdmuchane ego i przekonanie o własnym geniuszu), a Andy Warhol dla ekstrawagancji (i nie ma tu znaczenia fakt posługiwania się kliszami sztuki popularnej). Co za ironia, że to obrazy Dalego stały się akurat kwintesencją ekstrawagancji, nie wspominając o jego zachowaniu, a sztuka Warhola przeniknęła do życia codziennego, do masowej wyobraźni uczestnika życia w tłumie. A jeśli zestawienie tytułowe ma prowokować do oceny, który z nich jest lepszy, odpowiedź jest oczywista: tylko Dali. 

       Ale nie, autorzy wystawy na 4 piętrze PKiN nie ferują wyroków, nie określają wyższości czy niższości artystów, w zasadzie pokazują jak bardzo są różni, w zasadzie nieporównywalni. Dlaczego więc razem? Pewnie dla przyciągnięcia uwagi, bo w dzisiejszym świecie nadwyżki propozycji, w świecie w kultury oferowanej jak towar na półkach w supermarkecie, trzeba czymś widza przyciągnąć - krzykliwym, zaskakującym opakowaniem. Mamy więc najbardziej znane fotograficzne portrety obu artystów, fragmenty filmów z ich udziałem, najbardziej znane obrazy, rzeźby Dalego, projektowane przez niego flakony perfum oraz okładki płyt projektowane przez Warhola. Jest nawet surrealistyczna kawiarnia, gdzie naprawdę można napić się kawy i zjeść coś słodkiego, ponieważ Dali był ponoć wielkim łasuchem. W pokoju czy też salonie zapachów można poczuć specjalną autorską mieszankę perfum Dalego. W pokoju typograficznym spróbować metody siotodruku wykorzystywanej przez Warhola w tworzeniu portretów serialnych.

      Pójść, zanurzyć się w świat surrealistycznej ekstrawagancji, poczuć choćby w marzeniach przez chwilę całkowitą swobodę kreowania własnego życia na pewno warto. nawet jeśli tych obrazów, przyznajmy, za wiele nie ma. No i po co mi oglądać w kartonie prawdziwe puszki z zupą Campbell`s? A jednak zaskoczeniem były dla mnie projekty płyt. Zgromadzono ich spory zasób, w tym z muzyka klasyczną, z wykonawcami, których ze skandalizującą aurą Warholowej "fabryki" sztuki Factory raczej się nie kojarzy. A Dali, jak to Dali, jak przepadł w świecie swoich surrealistycznych koszmarów, tak wyjść z niego nie może. Raczej pociąga za sobą. Na 70 minut - tyle trwa zwiedzanie z przewodnikiem audio dodawanym u wejścia do biletu. 

 Zdj8cie0098.jpg

Autocharakterystyka Dalego ;-)

 

Motyw Don Kichota wiele razy pojawia się w malarstwie Dalego

Obraz Dalego z motywem Don Kichota

 

Zdj1cie0099.jpg

Projekt Warhola okładki płyty z nagraniem muzyki Chopina

w wykonaniu Jana Smeterlina

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Z zapisków

czwartek, 22 czerwca 2017 22:37

"Biada temu, kto wyobraźni swojej da spocząć" (Julia Hartwig)

      

      Gdy Giustino śpiewał "Bel riposo de mortali....", w Rezerwacie Cisów im. Leona Wyczółkowskiego szukałam dzikich przejść pomiędzy omszałymi pniami. Przewodnik pokazywał jedyne w Polsce stanowiska dzbanusznika łuskowatego, żółtego porostu na jakimś betonowym przepuście nad kanałem. Był lipiec, ocalony Idomeneo szedł boso przez parzący piasek plaży. Wtedy umarłam, a cała przeszłość zamknęła się w garści popiołu. Bezsensowny czas miniony... Od kiedy zmartwychwstałam, przyszłość kurczy się każdego dnia i budzę się z przerażeniem, że nie zdążę. Wróżbita Lem przewidział powstanie internetu - globalnej sieci informacji oraz badania genetyczne, co nie znaczy, że był swoimi przewidywaniami zachwycony. Należymy do gatunku bezinteresownych morderców - twierdził. Mimo to Mirare wydaje płyty z muzyką barokową. Odkryli na przykład Neuburgera. Ale on chyba nie gra baroku. Czy dziewięciokrotne powtórzenie słowa "wieczność" w "Der Abschied" Mahlera sprawi, że stanie się ona nieco krótsza? Nie aż tak bez końca? Podobno nie istnieje miłość bez wzajemności, do miłości trzeba dwojga. Czyżby? Co więc sądzić o tym, jak Kaspszyk przyznaje się do swojej miłości do Mahlera? Michael Chance  śpiewał w tym czasie Messiaena. Wszechświat jest pełen martwych gwiazd , a muzyka trwa.

lumi potete piangere

na czystym niebie księżyc

zabłądził w podróży

jest go mniej i bledszy

przenosi pod powieką noc

przez jasność poranka

do kolejnego wieczoru

gdy  ginące światło

znowu zapłacze

Koncert fortepianowy G-dur Ravela w sam raz na upalne lato. Gra Zimerman z orkiestrą Bouleza. W Krakowie się było, Japonię na fotografiach oglądało. Nad jaśminową herbatą czekam na naleśniki z brokułami. Herbata japońska, naleśniki polskie. Szykuję się na Carnaval sztuk-mistrzów w Lublinie, ale czy naprawdę mam ochotę oglądać połykaczy ognia i drżeć na widok spacerów po linie rozwieszonej nad Krakowskim Przedmieściem? "Królowie bynajmniej nie ze wszystkich cieszą się zaproszeń, nie wszystkie też stawiane sobie pomniki oklaskują" - to oczywiście Parnicki, "Muza dalekich podróży".

- "Ku zachodowi ukłon powitalny kierując powiemy: Qui vivra verra. Ku wschodowi ukłon pożegnalny kierując powiemy: Pożywiom uwidim.

- Żegnamy szyny i perony i tunele. Żegnamy lokomotywy. Witamy natomiast i wołny gołubyje i lotne w powietrzu bociany długim szeregiem.

- Ten długi szereg nie najlepiej jest do lotnych w powietrzu bocianów dopasowany.

- Geniuszom wszystko wolno. A już szczególnie takim, którzy i wieszczami też zostali obwołani."

O jak mi smutno

i coraz smutniej

gdy w ciszy porannej

gołębie oblatują niebo

z notesu adresów wykreślam

nazwiska i telefony

powiększa się krąg odżałowanych osób

Znajduję dedykację dla A.: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw."

Potrzebuję lekarstwa - nalewka miętowa:

10 gałązek świeżej mięty zasypać cukrem (10 dag) i zalać spirytusem (1 l), odstawić na 3-4 tygodnie w ciepłe miejsce. Następnie zlać i przefiltrować do innego naczynia, odstawić na 2 tygodnie. Zalecana w schorzeniach układu pokarmowego.

W Karpatach byłam... nie, o Karpatach czytałam... albo to jeszcze coś zupełnie innego, ale one, Karpaty istnieją naprawdę: sędziwe góry w milczącym przerażeniu i tragicznym konaniu. Słucham fado, gdy noc coraz ciemniej otula ulice i zagląda do okien. Nie śpimy: ja i księżyc. Czas przesypuje się w wydmach, nie zostaje ślad. Taka kolej rzeczy. Zbliżała się ta chwila nieuchronnie, zapowiedziana w rozczarowującym wyznaniu: "wkrótce nie będę już miał schronienia dla mych marzeń". Gerard de Nerval powiesił się w nieistniejącym już dzisiaj paryskim zaułku Vieille-Lanterne. Jak twierdził bowiem Alfons Karr: "Poeci rodzą się na prowincji, a umierają w Paryżu".



komentarze (9) | dodaj komentarz

Lubelska Noc Kultury 2017

wtorek, 06 czerwca 2017 9:11

      3/4 czerwca wędrowałam szlakiem Lubelskiej Nocy Kultury po raz kolejny sycąc oczy kolorami, światłem, muzyką i tańcem. Pamiętam, że po raz pierwszy będąc na Nocy Kultury, nie spałam całą noc, taki człowiek był zachłanny. Teraz już jestem bardziej wybredna (?) czy po prostu zmęczona (?), że moja obecność była krótsza. Niemniej jeszcze za widna, od 19:00 wędrowałam uliczkami Starego Miasta co rusz przystając i podziwiając świat jak z bajki. Nad ul. Grodzką zatrzymały się w locie balony niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Nie zdążyłam dojść do końca ulicy, gdy niemożebny korek pieszych zatrzymał falującą masę turystów. Wszystkich zatrzymuje Floral - kwietna instalacja Bramy Rybnej. Brama udekorowana została tysiącem/ami żywych kwiatów stanowiąc niezapomnianą feerię barw nad głowami przechodzących dalej, w głąb ulicy. Dominują gerbery we wszelakich możliwych kolorach. idąc dalej Rybną, dochodzę do Zielonej Herbatki - na podwyższonym skwerku wokół drzewa w porcelanowych okruchach (spodeczkach, czajniczkach, filiżankach, kubeczkach, maślniczakch...) posadzone zostały różne kwiaty ozdobne, tworząc jedyną w swoim rodzaju pachnącą zastawę. Przysiadłam na chwilę nad filiżanką niezapominajek, planując dalszą część eskapady.

      Impreza dopiero się rozkręcała, a ludzi przybywało. Jeszcze udało mi się przecisnąć do sceny na deptaku, gdzie zespoły tańca ludowego lubelskich uczelni prezentowały swoje umiejętności. Zespół Tańca Ludowego Akademii Rolniczej przypomniał mi piosenkę z dzieciństwa "Tańcuj macha, dam ci piróg..." Ech, pośpiewałam sobie z nimi i powspominałam. O grajkach i tancerzach ulicznych rozsianych po całej przestrzeni zabrakłoby miejsca pisać. Zewsząd roznosiła się muzyka, śpiew i migały kolorowe stroje. Obok lubelskiej nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie dochodzące z Placu po Farze. Tutaj największa atrakcją był zespół Groove Onkels - w nurcie modnego dzisiaj recyklingu grają muzykę z "odzysku" ;-) Mówiąc prosto za instrumenty służą im śmietniki, butelki, doniczki, puszki itp. 

Tu próbka ich możliwości i przy okazji choreograficznego popisu :-)

 

Ale mnie ciągnęło gdzie indziej - u Dominikanów miał wystąpić Archidiecezjalny Chór Chłopięco-Męski w klasycznym repertuarze chóralnym. Najliczniejszą częścią chóru jest Pueri Cantores Lublinenses, powołany dwa lata temu, a prowadzi go i malowniczo dyryguje - widziałam! - ks. Attila Honti. Proszę się nie dziwić nazwisku - to polski ksiądz ;-) ((No dobra, nie do końca całkiem polski, choc polski; urodził się na Węgrzech w Debreczynie, ale całą edukację szkolną, muzyczną od ukończenia klasy fortepianu I stopnia, poprzez klasę organów II stopnia, po aktualne studia muzykologiczne odbywał w Polsce, tak samo jak edukację seminaryjną i święcenia kapłańskie, na drugie imię ma Adam - z wichajsterkami nad "a"))

 Wygląda sam bardzo chłopięco, ale widziałam jak panuje nad 70-osobowym chórem, w  którym większość to dzieci, chłopcy ze szkoły podstawowej. Gdy wychodzili na schody prezbiterium Bazyliki - starsi, a potem coraz młodsi i mniejsi, podejrzewałam, że najmłodsi jeszcze chyba nie umieją czytać, ale z powagą rozkładali nuty przed sobą przed wykonaniem utworu :-) Zdarzyło się jednemu czy drugiemu zagapić, rozglądać na boki. Ks. Attila reagował natychmiast i zdecydowanie gestem każąc rozkojarzonemu chórzyście patrzeć na jego ruchy dyrygenckie i skupić uwagę. A program przedstawili ambitny: piękne zakończenie Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleuja Haydna czy pieśni a cappella Gorczyckiego (chyba, nie jestem do końca pewna). 

Ale to śpiewali właśnie:

No, niestety, widać, że ludzie tego nie znają i zaczęli klaskać za wcześnie. Na Nocy Kultury taka wpadka się nie zdarzyła. 

 

       Na zakończenie zwędrowałam jeszcze na targi designu i wszelkich oryginalnych pierdółek. Koncepcje sukienek, szali, torebek z kartonu i papieru pakowego, poszewki na poduszki szyte na zamówienie, ręcznie wykonywana  biżuteria. spersonalizowana porcelana, zdobnictwo rzeczy zwykłych i codziennych i loteria fantowa :-) Wszystko ulokowane w nowoczesnym budynku Centrum Spotkania Kultur, w którym jeszcze nie byłam, więc nadarzyła się okazja obejrzeć, pochodzić, zgubić w labiryncie schodów i korytarzy. Można wejść aż na oszklone przejścia, tarasy na dachu. Niestety, wszystkie pietra widać niemal na wylot przez szklane sufity i lek wysokości zatrzymał mnie na niższych kondygnacjach. A z zakupów wyniosłam tylko kilka rodzajów i mieszanek herbat. 

      Na tym skończyło się moje uczestnictwo w tegorocznej Lubelskiej Nocy Kultury. Przed oczami mam jeszcze ogromną kolorową instalację Trybunału, którego ściana od dachu po chodnik udekorowana została tysiącem balonów różnej wielkości. Balonowa ściana służyła za tło pamiątkowych zdjęć wędrujących amatorów wrażeń. 

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

piątek, 22 września 2017

Licznik odwiedzin:  405 207  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 405207

Lubię to