Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 260 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Dali kontra Warhol

środa, 05 lipca 2017 16:13

      Założenie tytułowe jest błędne. Obejrzałam tę wystawę, wysłuchałam nagranego komentarza - no fakt, nie w całości - porównałam zgromadzone obrazy i inne, jakby to nazwać, wytwory, poszłam szlakiem wyrysowanym zaraz u wejścia i nie wiem, z czego to zestawienie wynika. Ich sztuka jest zupełnie różna i z różnych wypływa inspiracji, z całkiem odmiennych motywacji. Pokuszę się o obrazoburcze stwierdzenia, ale według mnie Salvador Dali tworzył z lęku (nie ma tu znaczenia jego rozdmuchane ego i przekonanie o własnym geniuszu), a Andy Warhol dla ekstrawagancji (i nie ma tu znaczenia fakt posługiwania się kliszami sztuki popularnej). Co za ironia, że to obrazy Dalego stały się akurat kwintesencją ekstrawagancji, nie wspominając o jego zachowaniu, a sztuka Warhola przeniknęła do życia codziennego, do masowej wyobraźni uczestnika życia w tłumie. A jeśli zestawienie tytułowe ma prowokować do oceny, który z nich jest lepszy, odpowiedź jest oczywista: tylko Dali. 

       Ale nie, autorzy wystawy na 4 piętrze PKiN nie ferują wyroków, nie określają wyższości czy niższości artystów, w zasadzie pokazują jak bardzo są różni, w zasadzie nieporównywalni. Dlaczego więc razem? Pewnie dla przyciągnięcia uwagi, bo w dzisiejszym świecie nadwyżki propozycji, w świecie w kultury oferowanej jak towar na półkach w supermarkecie, trzeba czymś widza przyciągnąć - krzykliwym, zaskakującym opakowaniem. Mamy więc najbardziej znane fotograficzne portrety obu artystów, fragmenty filmów z ich udziałem, najbardziej znane obrazy, rzeźby Dalego, projektowane przez niego flakony perfum oraz okładki płyt projektowane przez Warhola. Jest nawet surrealistyczna kawiarnia, gdzie naprawdę można napić się kawy i zjeść coś słodkiego, ponieważ Dali był ponoć wielkim łasuchem. W pokoju czy też salonie zapachów można poczuć specjalną autorską mieszankę perfum Dalego. W pokoju typograficznym spróbować metody siotodruku wykorzystywanej przez Warhola w tworzeniu portretów serialnych.

      Pójść, zanurzyć się w świat surrealistycznej ekstrawagancji, poczuć choćby w marzeniach przez chwilę całkowitą swobodę kreowania własnego życia na pewno warto. nawet jeśli tych obrazów, przyznajmy, za wiele nie ma. No i po co mi oglądać w kartonie prawdziwe puszki z zupą Campbell`s? A jednak zaskoczeniem były dla mnie projekty płyt. Zgromadzono ich spory zasób, w tym z muzyka klasyczną, z wykonawcami, których ze skandalizującą aurą Warholowej "fabryki" sztuki Factory raczej się nie kojarzy. A Dali, jak to Dali, jak przepadł w świecie swoich surrealistycznych koszmarów, tak wyjść z niego nie może. Raczej pociąga za sobą. Na 70 minut - tyle trwa zwiedzanie z przewodnikiem audio dodawanym u wejścia do biletu. 

 Zdj8cie0098.jpg

Autocharakterystyka Dalego ;-)

 

Motyw Don Kichota wiele razy pojawia się w malarstwie Dalego

Obraz Dalego z motywem Don Kichota

 

Zdj1cie0099.jpg

Projekt Warhola okładki płyty z nagraniem muzyki Chopina

w wykonaniu Jana Smeterlina

 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Z zapisków

czwartek, 22 czerwca 2017 22:37

"Biada temu, kto wyobraźni swojej da spocząć" (Julia Hartwig)

      

      Gdy Giustino śpiewał "Bel riposo de mortali....", w Rezerwacie Cisów im. Leona Wyczółkowskiego szukałam dzikich przejść pomiędzy omszałymi pniami. Przewodnik pokazywał jedyne w Polsce stanowiska dzbanusznika łuskowatego, żółtego porostu na jakimś betonowym przepuście nad kanałem. Był lipiec, ocalony Idomeneo szedł boso przez parzący piasek plaży. Wtedy umarłam, a cała przeszłość zamknęła się w garści popiołu. Bezsensowny czas miniony... Od kiedy zmartwychwstałam, przyszłość kurczy się każdego dnia i budzę się z przerażeniem, że nie zdążę. Wróżbita Lem przewidział powstanie internetu - globalnej sieci informacji oraz badania genetyczne, co nie znaczy, że był swoimi przewidywaniami zachwycony. Należymy do gatunku bezinteresownych morderców - twierdził. Mimo to Mirare wydaje płyty z muzyką barokową. Odkryli na przykład Neuburgera. Ale on chyba nie gra baroku. Czy dziewięciokrotne powtórzenie słowa "wieczność" w "Der Abschied" Mahlera sprawi, że stanie się ona nieco krótsza? Nie aż tak bez końca? Podobno nie istnieje miłość bez wzajemności, do miłości trzeba dwojga. Czyżby? Co więc sądzić o tym, jak Kaspszyk przyznaje się do swojej miłości do Mahlera? Michael Chance  śpiewał w tym czasie Messiaena. Wszechświat jest pełen martwych gwiazd , a muzyka trwa.

lumi potete piangere

na czystym niebie księżyc

zabłądził w podróży

jest go mniej i bledszy

przenosi pod powieką noc

przez jasność poranka

do kolejnego wieczoru

gdy  ginące światło

znowu zapłacze

Koncert fortepianowy G-dur Ravela w sam raz na upalne lato. Gra Zimerman z orkiestrą Bouleza. W Krakowie się było, Japonię na fotografiach oglądało. Nad jaśminową herbatą czekam na naleśniki z brokułami. Herbata japońska, naleśniki polskie. Szykuję się na Carnaval sztuk-mistrzów w Lublinie, ale czy naprawdę mam ochotę oglądać połykaczy ognia i drżeć na widok spacerów po linie rozwieszonej nad Krakowskim Przedmieściem? "Królowie bynajmniej nie ze wszystkich cieszą się zaproszeń, nie wszystkie też stawiane sobie pomniki oklaskują" - to oczywiście Parnicki, "Muza dalekich podróży".

- "Ku zachodowi ukłon powitalny kierując powiemy: Qui vivra verra. Ku wschodowi ukłon pożegnalny kierując powiemy: Pożywiom uwidim.

- Żegnamy szyny i perony i tunele. Żegnamy lokomotywy. Witamy natomiast i wołny gołubyje i lotne w powietrzu bociany długim szeregiem.

- Ten długi szereg nie najlepiej jest do lotnych w powietrzu bocianów dopasowany.

- Geniuszom wszystko wolno. A już szczególnie takim, którzy i wieszczami też zostali obwołani."

O jak mi smutno

i coraz smutniej

gdy w ciszy porannej

gołębie oblatują niebo

z notesu adresów wykreślam

nazwiska i telefony

powiększa się krąg odżałowanych osób

Znajduję dedykację dla A.: "Nie mogę, naprawdę nie mogę samotnie przesiadywać całymi dniami w fotelu i rozmyślać o tym, jaki jestem cudowny. Potrzebny jest pierwiastek ludzki, potrzebny jest cudzy podziw."

Potrzebuję lekarstwa - nalewka miętowa:

10 gałązek świeżej mięty zasypać cukrem (10 dag) i zalać spirytusem (1 l), odstawić na 3-4 tygodnie w ciepłe miejsce. Następnie zlać i przefiltrować do innego naczynia, odstawić na 2 tygodnie. Zalecana w schorzeniach układu pokarmowego.

W Karpatach byłam... nie, o Karpatach czytałam... albo to jeszcze coś zupełnie innego, ale one, Karpaty istnieją naprawdę: sędziwe góry w milczącym przerażeniu i tragicznym konaniu. Słucham fado, gdy noc coraz ciemniej otula ulice i zagląda do okien. Nie śpimy: ja i księżyc. Czas przesypuje się w wydmach, nie zostaje ślad. Taka kolej rzeczy. Zbliżała się ta chwila nieuchronnie, zapowiedziana w rozczarowującym wyznaniu: "wkrótce nie będę już miał schronienia dla mych marzeń". Gerard de Nerval powiesił się w nieistniejącym już dzisiaj paryskim zaułku Vieille-Lanterne. Jak twierdził bowiem Alfons Karr: "Poeci rodzą się na prowincji, a umierają w Paryżu".



komentarze (9) | dodaj komentarz

Lubelska Noc Kultury 2017

wtorek, 06 czerwca 2017 9:11

      3/4 czerwca wędrowałam szlakiem Lubelskiej Nocy Kultury po raz kolejny sycąc oczy kolorami, światłem, muzyką i tańcem. Pamiętam, że po raz pierwszy będąc na Nocy Kultury, nie spałam całą noc, taki człowiek był zachłanny. Teraz już jestem bardziej wybredna (?) czy po prostu zmęczona (?), że moja obecność była krótsza. Niemniej jeszcze za widna, od 19:00 wędrowałam uliczkami Starego Miasta co rusz przystając i podziwiając świat jak z bajki. Nad ul. Grodzką zatrzymały się w locie balony niosące w koszach kukiełki, lalki, których główki spoglądały z góry na przechodniów na pewno z poczuciem wyższości. Balonów jest kilkanaście, pod każdym co rusz zatrzymuje się grupka robiących zdjęcia. Nie zdążyłam dojść do końca ulicy, gdy niemożebny korek pieszych zatrzymał falującą masę turystów. Wszystkich zatrzymuje Floral - kwietna instalacja Bramy Rybnej. Brama udekorowana została tysiącem/ami żywych kwiatów stanowiąc niezapomnianą feerię barw nad głowami przechodzących dalej, w głąb ulicy. Dominują gerbery we wszelakich możliwych kolorach. idąc dalej Rybną, dochodzę do Zielonej Herbatki - na podwyższonym skwerku wokół drzewa w porcelanowych okruchach (spodeczkach, czajniczkach, filiżankach, kubeczkach, maślniczakch...) posadzone zostały różne kwiaty ozdobne, tworząc jedyną w swoim rodzaju pachnącą zastawę. Przysiadłam na chwilę nad filiżanką niezapominajek, planując dalszą część eskapady.

      Impreza dopiero się rozkręcała, a ludzi przybywało. Jeszcze udało mi się przecisnąć do sceny na deptaku, gdzie zespoły tańca ludowego lubelskich uczelni prezentowały swoje umiejętności. Zespół Tańca Ludowego Akademii Rolniczej przypomniał mi piosenkę z dzieciństwa "Tańcuj macha, dam ci piróg..." Ech, pośpiewałam sobie z nimi i powspominałam. O grajkach i tancerzach ulicznych rozsianych po całej przestrzeni zabrakłoby miejsca pisać. Zewsząd roznosiła się muzyka, śpiew i migały kolorowe stroje. Obok lubelskiej nuty ludowej, egzotyczne rytmy afrykańskie, brazylijskie, kubańskie dochodzące z Placu po Farze. Tutaj największa atrakcją był zespół Groove Onkels - w nurcie modnego dzisiaj recyklingu grają muzykę z "odzysku" ;-) Mówiąc prosto za instrumenty służą im śmietniki, butelki, doniczki, puszki itp. 

Tu próbka ich możliwości i przy okazji choreograficznego popisu :-)

 

Ale mnie ciągnęło gdzie indziej - u Dominikanów miał wystąpić Archidiecezjalny Chór Chłopięco-Męski w klasycznym repertuarze chóralnym. Najliczniejszą częścią chóru jest Pueri Cantores Lublinenses, powołany dwa lata temu, a prowadzi go i malowniczo dyryguje - widziałam! - ks. Attila Honti. Proszę się nie dziwić nazwisku - to polski ksiądz ;-) ((No dobra, nie do końca całkiem polski, choc polski; urodził się na Węgrzech w Debreczynie, ale całą edukację szkolną, muzyczną od ukończenia klasy fortepianu I stopnia, poprzez klasę organów II stopnia, po aktualne studia muzykologiczne odbywał w Polsce, tak samo jak edukację seminaryjną i święcenia kapłańskie, na drugie imię ma Adam - z wichajsterkami nad "a"))

 Wygląda sam bardzo chłopięco, ale widziałam jak panuje nad 70-osobowym chórem, w  którym większość to dzieci, chłopcy ze szkoły podstawowej. Gdy wychodzili na schody prezbiterium Bazyliki - starsi, a potem coraz młodsi i mniejsi, podejrzewałam, że najmłodsi jeszcze chyba nie umieją czytać, ale z powagą rozkładali nuty przed sobą przed wykonaniem utworu :-) Zdarzyło się jednemu czy drugiemu zagapić, rozglądać na boki. Ks. Attila reagował natychmiast i zdecydowanie gestem każąc rozkojarzonemu chórzyście patrzeć na jego ruchy dyrygenckie i skupić uwagę. A program przedstawili ambitny: piękne zakończenie Stabat Mater Pergolesiego, Lacrimosa Mozarta, Alleuja Haydna czy pieśni a cappella Gorczyckiego (chyba, nie jestem do końca pewna). 

Ale to śpiewali właśnie:

No, niestety, widać, że ludzie tego nie znają i zaczęli klaskać za wcześnie. Na Nocy Kultury taka wpadka się nie zdarzyła. 

 

       Na zakończenie zwędrowałam jeszcze na targi designu i wszelkich oryginalnych pierdółek. Koncepcje sukienek, szali, torebek z kartonu i papieru pakowego, poszewki na poduszki szyte na zamówienie, ręcznie wykonywana  biżuteria. spersonalizowana porcelana, zdobnictwo rzeczy zwykłych i codziennych i loteria fantowa :-) Wszystko ulokowane w nowoczesnym budynku Centrum Spotkania Kultur, w którym jeszcze nie byłam, więc nadarzyła się okazja obejrzeć, pochodzić, zgubić w labiryncie schodów i korytarzy. Można wejść aż na oszklone przejścia, tarasy na dachu. Niestety, wszystkie pietra widać niemal na wylot przez szklane sufity i lek wysokości zatrzymał mnie na niższych kondygnacjach. A z zakupów wyniosłam tylko kilka rodzajów i mieszanek herbat. 

      Na tym skończyło się moje uczestnictwo w tegorocznej Lubelskiej Nocy Kultury. Przed oczami mam jeszcze ogromną kolorową instalację Trybunału, którego ściana od dachu po chodnik udekorowana została tysiącem balonów różnej wielkości. Balonowa ściana służyła za tło pamiątkowych zdjęć wędrujących amatorów wrażeń. 

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

Stara nowa płyta

wtorek, 30 maja 2017 22:48

      Ostatni tydzień w Dwójce nie mógł upłynąć bez wspomnień o Zbigniewie Wodeckim. Wspominali go muzycy, krytycy, przyjaciele. Profil Dwójki sprawił, że komentatorzy podkreślali fakt klasycznego wykształcenia muzycznego Wodeckiego, który muzyczną karierę zaczynał jako zawodowy skrzypek w orkiestrze. Dopiero później zainteresował się piosenką estradową, a jego głos sprawił, że na cztery dziesięciolecia stał się rozpoznawalnym wykonawcą polskiej piosenki. Ktoś tam zastanawiał się, jak potoczyłaby się jego kariera, gdyby zamiast piosenki estradowej, wykonywał repertuar operowy. Zapewne mniejsza liczba fanów nuciłaby jego piosenki. Ale nie ma co gdybać. Intrygująca sprawa znajduje się gdzie indziej.

       Mianowicie na płycie sprzed czterdziestu lat. Ja jej nie pamiętam, choć pamiętam debiut Wodeckiego jako młodego chłopca w okularach w Opolu. Płyta "Zbigniew Wodecki" ukazała się w roku 1976. Po czterdziestu latach ukazała się znowu - zgodnie z najnowszymi zdobyczami techniki nagraniowej, Wodecki z towarzyszeniem chóru, pełnej orkiestry i zespołu Mitch & Mitch jeszcze raz zaśpiewał tamte piosenki. Członkowie zespołu wspominali na antenie radia ciekawostki z sesji nagraniowej. Jak to Wodecki przychodził na próby pierwszy i tym mobilizował innych, jak konsultował z trębaczem, żeby zagrał tak, jak on sobie wyobraża, że powinno się w tym czy innym miejscu grać. Płyta "1976: A Space Odyssey" nagrana w Studiu im. Witolda Lutosławskiego w trakcie dwóch koncertów zdobyła w 2016 r. dwa Fryderyki: w kategorii Album roku pop i Piosenka roku: "Rzuć to wszystko, co złe". I tak oto historia muzyczna Wodeckiego zatoczyła koło. 

      Trwający ponad godzinę album oryginalny z 1976 roku w całości Dwójka przypomniała w programie Wieczór płytowy w niedzielny wieczór. Piosenki zabrzmiały świeżo i nostalgicznie. I nie znałam ich wcześniej, może tylko niektóre. Piękne poetyckie teksty Leszka Długosza, Andrzeja Kuryły, Janusza Terakowskiego tak ciepło i refleksyjnie mógł zaśpiewać tylko Wodecki. Tamta płyta jest nie do zdobycia, ale nowa wersja to wciąż świeża sprawa. 

 

A to bardzo lubię. 

 

 



komentarze (7) | dodaj komentarz

Molier prowincjonalnie

wtorek, 25 kwietnia 2017 23:49

      Na prowincjonalnej amatorskiej scenie teatralnej największym powodzeniem cieszą się komedie. Czasami dawne, czasami autorów współczesnych, może nie z pierwszych scen ogólnokrajowych, raczej scenopisarzy niż dramaturgów. Ale klasyka też się zdarzy: Fredro i Molier mają nadal moc przyciągania widzów. 

      Uczone białogłowy Moliera to kolejna propozycja komediowa, wyreżyserowana przez Marylę Olejko. Trzeba przyznać, tekst w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego dla dzisiejszego widza dość trudny. Trzeba więc było w zrozumieniu zawiłości języka dopomóc odpowiednią mową ciała i plastycznością gestów, z czego większość aktorskiej obsady wywiązała się znakomicie. Treść pseudopoetyckich sonetów Trysotyna została tak groteskowo przerysowana gestykulacją, że znaczenie słów było zgoła nieistotne. Rzecz cala została sprowadzona do egzaltacji słuchaczek: Filaminty, Armandy i Belizy oraz rozkoszowania się własnym głosem przez autora owego dziełka. Sławomir Pluta  grający Trysotyna pokazał, nie pierwszy raz zresztą, że nie straszna mu żadna postać i doskonale poradzi sobie nawet w konwencji groteskowej.

      Na docenienie zasługują także role Chryzala (Adam Kozera) i Filaminty (Elżbieta Kłosek) zbudowane na wyrazistym kontraście charakterów: dominującej silnej osobowości żony i ugodowym, wycofanym nieco zachowaniu męża "pod pantoflem". Rysem nadrzędnym Filaminty jest ponadto mocny, wręcz kontraltowy głos przenikający na wskroś przestrzeń sceniczną. Na tym tle postać siostry Chryzala, Belizy, zagranej brawurowo przez Dorotę Balicką w konwencji ezoterycznej muzy odbierającej wyimaginowane hołdy wielbicieli, wprowadza na scenę niemal absurdalną poetyckość. Czerwony szal Belizy i taneczne przemykanie po scenie narzucają skojarzenia z postacią Racheli z Wesela w reż. Andrzeja Wajdy.

       Dla uproszczenia monologowych dłużyzn tekst został skrócony na tyle, by intryga i relacje między postaciami pozostały nadal czytelne. Spektakl grany jest bez przerwy, prowokując do humorystycznego odczytania, zgodnie z tytułem, pozornej uczoności. Co prawda tyrada Marcyny o tym, że "nie babska rzecz przewodzić (i ja, choć kobita,/Wiem, że chłop ma we wszystkim górą być) i kwita" trąci myszką, ale pseudouczoność nadal ma się dobrze w różnych kręgach społecznych i środowiskach. Internet sprzyja popularności "uczoności", gdy prawdziwa mądrość, jak w każdej epoce, prezentuje się skromnie i nie zabiega o popularność. Popularność pozornych autorytetów pewnie i dzisiaj mogłaby być inspiracją dla niejednej molierowskiej satyry.

 

Molier: Uczone białogłowy

Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

Reżyseria: Maryla Olejko

Obsada:

Chryzal - Adam Kozera

Filaminta - Elżbieta Kłosek

Armanda - Aneta Kwiatkowska

Henryka - Lidia Grabowska

Aryst - Piotr Bazan

Beliza - Dorota Balicka

Klitander - Sławomir Niemiec

Trysotyn - Sławomir Pluta

Wadius - Grzegorz Kubik

Marcyna - Ewa Niedźwiecka

Rejent - Andrzej Mazurek

 



komentarze (10) | dodaj komentarz

piątek, 28 lipca 2017

Licznik odwiedzin:  390 004  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 390004

Lubię to