Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 462 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Molier prowincjonalnie

wtorek, 25 kwietnia 2017 23:49

      Na prowincjonalnej amatorskiej scenie teatralnej największym powodzeniem cieszą się komedie. Czasami dawne, czasami autorów współczesnych, może nie z pierwszych scen ogólnokrajowych, raczej scenopisarzy niż dramaturgów. Ale klasyka też się zdarzy: Fredro i Molier mają nadal moc przyciągania widzów. 

      Uczone białogłowy Moliera to kolejna propozycja komediowa, wyreżyserowana przez Marylę Olejko. Trzeba przyznać, tekst w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego dla dzisiejszego widza dość trudny. Trzeba więc było w zrozumieniu zawiłości języka dopomóc odpowiednią mową ciała i plastycznością gestów, z czego większość aktorskiej obsady wywiązała się znakomicie. Treść pseudopoetyckich sonetów Trysotyna została tak groteskowo przerysowana gestykulacją, że znaczenie słów było zgoła nieistotne. Rzecz cala została sprowadzona do egzaltacji słuchaczek: Filaminty, Armandy i Belizy oraz rozkoszowania się własnym głosem przez autora owego dziełka. Sławomir Pluta  grający Trysotyna pokazał, nie pierwszy raz zresztą, że nie straszna mu żadna postać i doskonale poradzi sobie nawet w konwencji groteskowej.

      Na docenienie zasługują także role Chryzala (Adam Kozera) i Filaminty (Elżbieta Kłosek) zbudowane na wyrazistym kontraście charakterów: dominującej silnej osobowości żony i ugodowym, wycofanym nieco zachowaniu męża "pod pantoflem". Rysem nadrzędnym Filaminty jest ponadto mocny, wręcz kontraltowy głos przenikający na wskroś przestrzeń sceniczną. Na tym tle postać siostry Chryzala, Belizy, zagranej brawurowo przez Dorotę Balicką w konwencji ezoterycznej muzy odbierającej wyimaginowane hołdy wielbicieli, wprowadza na scenę niemal absurdalną poetyckość. Czerwony szal Belizy i taneczne przemykanie po scenie narzucają skojarzenia z postacią Racheli z Wesela w reż. Andrzeja Wajdy.

       Dla uproszczenia monologowych dłużyzn tekst został skrócony na tyle, by intryga i relacje między postaciami pozostały nadal czytelne. Spektakl grany jest bez przerwy, prowokując do humorystycznego odczytania, zgodnie z tytułem, pozornej uczoności. Co prawda tyrada Marcyny o tym, że "nie babska rzecz przewodzić (i ja, choć kobita,/Wiem, że chłop ma we wszystkim górą być) i kwita" trąci myszką, ale pseudouczoność nadal ma się dobrze w różnych kręgach społecznych i środowiskach. Internet sprzyja popularności "uczoności", gdy prawdziwa mądrość, jak w każdej epoce, prezentuje się skromnie i nie zabiega o popularność. Popularność pozornych autorytetów pewnie i dzisiaj mogłaby być inspiracją dla niejednej molierowskiej satyry.

 

Molier: Uczone białogłowy

Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

Reżyseria: Maryla Olejko

Obsada:

Chryzal - Adam Kozera

Filaminta - Elżbieta Kłosek

Armanda - Aneta Kwiatkowska

Henryka - Lidia Grabowska

Aryst - Piotr Bazan

Beliza - Dorota Balicka

Klitander - Sławomir Niemiec

Trysotyn - Sławomir Pluta

Wadius - Grzegorz Kubik

Marcyna - Ewa Nedźwiecka

Rejent - Andrzej Mazurek

 



komentarze (0) | dodaj komentarz

Dr Jekyll i Mr Hyde

wtorek, 04 kwietnia 2017 22:17

"Geniusz o dwóch twarzach" - taki podtytuł nadała tej biografii jej autorka, Maria Wilczek - Krupa. Książka jest sporawa, ponad 400 stron z przypisami, indeksami i kalendarium, ale pochłonęłam ją w dwa wieczory i ranek. Dr Jekyll i Mr Hyde - tak siebie samego określał. 

Dr Jekyll -

- w dzieciństwie dźgnął ojca nożem, gdy groził mu "sąd" rodzinny z powodu przeklinania w domu;

- pierwsze lekcje muzyczne okazały się totalną porażką pedagogiczną: nie zamierzał uczyć się absurdalnych nut i nauczycielka, do której posłali go rodzice, poddała się całkowicie;

- uwielbiał słodycze, a zwłaszcza makowiec, musiał mieć dwa: jeden zjadał na miejscu, a  drugi brał na wynos;

- gdzieś w wieku 14 lat z premedytacją nauczył się palić papierosy, przezwyciężając naturalny odruch fizycznego wstrętu i do końca życia palił jak smok;

- pierwsze półrocze w najlepszym gimnazjum w Krakowie zakończył z sześcioma ocenami niedostatecznymi - w tym z gimnastyki;

- wyjechawszy do Paryża po otrzymaniu stypendium na studia u Nadii Boulanger, spędził 10 miesięcy na hulankach, przesiadywaniu w spelunkach, knajpach i nocnych lokalach, poznając przez ten czas wszystkie możliwe rodzaje dostępnych alkoholi; jego trybu życia nie wytrzymał ani Penderecki, który w tym czasie również tam się zjawił,  ani Andrzej Jasiński przebywający także w ramach stypendium;

- kochał dobre samochody, kupował zawsze najlepsze i najnowsze marki ze wszystkimi gadżetami, z czasem były to fordy i mercedesy; jazda 200 na godzinę nie była czymś rzadkim podczas podróżowania z Katowic do Warszawy na przykład; pewnego razu kupił najnowszy model mercedesa dużych rozmiarów i zamartwiał się, jak go zmieści w dość małym garażu, żeby przy tym wygodnie do niego wsiadać;

- w okresie największego pijaństwa do legendy przeszła historia pobytu w jednym z lokali, z którego z przyjaciółmi wyszedł po trzech dobach picia, jedzenia i spania na kawiarnianej kanapie;

- wyrwany telefonem z łóżka przed południem potrafił w najbardziej nieparlamentarnych słowach wywrzeszczeć do słuchawki, co o tym sądzi;

- podczas podróży wybierał najdroższe i luksusowe hotele; 

- nie zniżał się do komponowania muzyki do reklam, ale raz to zrobił, ponieważ była to reklama... papierosów, które uwielbiał i palił namiętnie;

 

Mr Hyde -

- wszystkie dyplomy, nagrody, tytuły, plakaty filmowe i koncertowe, świadectwa sukcesów trzymał w przedpokoju, a statuetki w kuchni; tam było ich właściwe miejsce;

- w domu na katowickim Brynowie przez całe lata wraz z żoną, a później sam prowadził kocią jadłodajnię;

- od pierwszych utworów przedstawianych na kolejnych Warszawskich Jesieniach zyskiwał nieoczekiwany przez niego samego aplauz i uznanie;

- nigdy nie obśmiewał, nie obmawiał, nie krytykował muzycznych kolegów, do tego stopnia, że nie czynił krytycznych uwag nawet podczas prób jego własnych utworów, stąd muzycy czasami nie zdawali sobie sprawy, że grają nie tak, jak kompozytor sobie by tego życzył i planował; 

- zawsze dotrzymywał terminów, nie wyobrażał sobie nie oddać kompozycji na czas; 

- sfinansował leczenie chorej dziewczynce z Ośrodka dla Dzieci Niewidomych w Laskach, rehabilitację i sprzęt pewnej staruszce z Ukrainy, operację serca muzyka i dyrygenta (obecnie jednego z bardziej znanych, założyciela orkiestry Aukso) Marka Mosia, wyposażył OIOM w jednym ze śląskich szpitali, finansował prace projektowe i wyposażenie Domu Muzyka Seniora w Kątach... nigdy o tym nie opowiadał;

- skomponował hymn Europejskiego Kongresu Federacji Ekumenicznej;

- był w komitywie z Opatrznością, bo kiedy zmęczony wieloletnią pracą nad kompozycjami filmowymi w żartach powiedział, że teraz zamierza odpocząć i od tego zamiaru odwieść go mogłaby tylko propozycja napisania muzyki do filmu kostiumowego z XIX wieku, następnego dnia zadzwoniła Jane Campion, która kręciła "Portret damy", film osadzony w XIX wieku z Nicole Kidman w roli głównej; 

- napisał recenzję nagrania dziewczynki, której dziadek po operacji serca wsiadł w samolot, żeby polecieć na koncert wnuczki uczestniczącej w konkursie młodych talentów BBC;

- do końca trwał przy żonie, Basi, która przez wiele lat ciężko chorowała; do swoich mercedesów zamawiał specjalne tablice rejestracyjne z napisem BASIA.

 

Geniusz - 

- skomponował utwór dodekafoniczny zanim dowiedział się, co to takiego i poznał jego największych twórców;

- uwielbiał pisać dyktanda muzyczne ze słuchu profesora Bryzka: profesor zapraszał na lekcję kwartet smyczkowy i kazał im grać, a uczniowie mieli zapisać muzykę na żywo ze słuchu;

- razem z Pendereckim studiował kompozycję, dyrygenturę i kontrapunkt u Artura Malawskiego w Krakowie;

- kiedy komponował utwory klasyczne, w domu musiała panować cisza, żona najczęściej wtedy wyjeżdżała; kiedy zaś muzykę do filmów, można było mu niemal chodzić po głowie i nic go nie wzruszało: goście, grający telewizor, rozmowy, hałasy.. 

- kiedy komitet wojewódzki w latach 50. chciał zamówić u niego muzykę do wiersza o Leninie, wybuchnął śmiechem i powiedział, że nie umie, bo w wierszu jest taki rytm, że nie da się do niego muzyki podłożyć; 

- muzykalność sprawiała, że dzięki niej w lot chwytał języki obce: francuski, niemiecki, angielski i od lat szkolnych szczególnie lubił łacinę; 

- skomponował muzykę do niemal dwustu filmów, dokładnej liczby nie znam, ale pada w pewnym momencie liczba 160, a do końca książki jeszcze było sporo stron ;-) 

- kiedy pytano go, ile razy zamierza przeczytać "Pana Tadeusza" , żeby skomponować muzykę do filmu Wajdy, odpowiedział: "Ani razu. Nie piszę przecież muzyki dla Mickiewicza."

- pracując nad muzyką do "Pianisty" w przerwach nagraniowych śpiewał z Polańskim najbardziej nieprzyzwoite lwowskie piosenki ku zgorszeniu całej ekipy filmowej, a zwłaszcza takiej jednej osoby, "która prowadziła dość swobodne życie, delikatnie mówiąc. To się nazywa hipokryzja, tak to bywa najczęściej" - wspominał;

 

Człowiek - 

- nigdy nie pojechał do rodzinnego Lwowa, odkąd w dzieciństwie opuścił go w 1944 roku; kiedy dowiedział się, że z balkonu dawnego domu widać pomnik Stepana Bandery, wiedział, że ten widok byłby nie do zniesienia;

- uwielbiał kryminały Agathy Christie i horrory Stephena Kinga, ale sceny z Kathy Bates rozbijającej bohaterowi stopy młotkiem nie mógł oglądać;

- wieloletnia przyjaźń i współpraca z Krzysztofem Zanussim zaczęła się od wyrywania sztachet przez reżysera do muzyki skomponowanej do filmu "Struktura kryształu";  

- kiedy dojrzał do decyzji zerwania z alkoholem, wytrwał w całkowitej abstynencji 45 lat;

- pierwszego zawału mało nie dostał, gdy zobaczył swoje nazwisko na wydrukowanej w "Trybunie Robotniczej" liście Rady Krajowej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego; od razu zadzwonił do Wydziału Kultury Komitetu Centralnego z wyrzutami, a w redakcji gazety zrobił awanturę i zażądał sprostowania; 

- prawdziwego zawału dostał wieczorem po pierwszej rozmowie z Coppolą w sprawie muzyki do filmu "Drakula";

- po wszczepieniu by-passów zażartował, żeby resztki żył, które wycięto mu z nogi zachować dla jego kotka;

 

Tak opisywał go Zanussi: "Umiał się z siebie śmiać, to pewne. Był ponad snobizmem, a jednak kpił z siebie, że musi mieć najdroższą marynarkę, taką, po której nie będzie widać, że jest aż tak droga. Bez końca opowiadał historię o Rosjanach, kiedy jeden się chwalił, że kupił sobie bardzo drogi szalik, a drugi się żachnął: "Ty idioto! Obok jest sklep, gdzie można było kupić jeszcze drożej!". No więc taki był Wojtek - ubrany nonszalancko, piekielnie inteligentny, z nieprzeciętnym poczuciem humoru, także względem siebie. Chciał zachować niezależność i żądał, żeby salony przed nim klęczały i żeby on mógł do nich nie chodzić."

 

"Kilar. Geniusz o dwóch twarzach", Maria Wilczek - Krupa. Wydawnictwo ZNAK. Kraków 2015. 



komentarze (13) | dodaj komentarz

Miasto, pałac i muzyka

środa, 29 marca 2017 15:53

        Długa ulica z zabytkowymi kamienicami zdobionymi klasycystyczną sztukaterią i secesyjnymi wzorami. Właściwie nie wiem, jaki to styl, ale ciasno stojące budowle tchną historią. Kręci się tu zawsze mnóstwo ludzi. Ruch na chodnikach i ulicy utrudnia swobodne przemieszczanie się, ale lubię tędy chodzić, bo czasem wystarczy skręcić odrobinę w zaułek i zapada cisza. Tylko z daleka dociera stłumiony gar. na każdym kroku otwarte drzwi i parasolki nad stolikami zachęcają do delektowania się smakami i zapachami kawiarenek, barów, traktierni, przytulnych zakątków, gdzie można usiąść z książką, gazetą lub otwartymi uszami i oczami, chłonąc gwar i gorączkową atmosferę starego miasta. Znam już trasę na pamięć. U wlotu ulicy na górnym jej biegu wielki pałac z prowadzącymi do niego szerokimi schodami. Na placu przed pałacem wysokie kuliste latarnie. Po przeciwnej stronie nieco dalej duża oszklona gastronomiczna "przytulnia". Jest tu wszystko, dlatego trudno określić charakter przybytku smaku. Jest osobna sala dla kawoszy, osobna dla herbaciarzy, osobna dla amatorów dań bardziej wykwintnych. Ale najbardziej oblegane jest  niewielka salka z bułeczkami i naleśnikami. Najwięcej tutaj studentów, bo tuż obok ich uczelnia. Gdy ma się szczęście, można usiąść tak, że przez okno otwiera się widok na lekki zakręt ulicy i wznoszący majestatycznie na wzgórzu pałac. 

         Idąc dalej lekko w dół mijamy setki małych sklepików utkanych w starych kamienicach. Są salony jubilerskie, sklepy z pamiątkami, kiedyś podziwiałam witrynę z kryształami i porcelaną, innym razem trafiłam na ręcznie robione torebki i ozdoby skórzane. Znajdzie się też sklep muzyczny z instrumentami, antykwariat i zwyczajne butiki jakich wszędzie wiele. Ale ja sobie skręcam nieco w bok, w zaułek, gdzie mam trzy obok siebie mikrorzemieślnicze cacka: w jednym nici, guziki, tasiemki i kapelusznik, w drugim stare foliały i oprawa książek, w trzecim włóczka, mulina i hafty. Cudowności! Idąc dalej w dół mam jeszcze ulubioną kawiarnię z rękodziełem ludowym. Przed wejściem przy schodach stoją wielkie gliniane dzbany, nad wejściem kołyszą się w koszach pelargonie. Drzwi malowane w koguty i kelnerki w ludowych strojach. Wejście do kawiarni jest z boku, od niewielkiego podwórza otoczonego z trzech stron innymi ciekawymi sklepikami: z drewnianymi zabawkami, z wyrobami ceramiki ludowej. Dzieci biegają po kamienistym podwórku bawiąc się drewnianymi kogutami na kółku. Idąc dalej w dół mijam witryny ekskluzywnych salonów obuwniczych i butików, do których raczej nie zaglądam. Moim celem u samego wylotu ulicy u jej dolnego końca jest sklepik z artykułami papierniczymi. Tutaj poszukuję kartek czerpanego papieru, pióra gęsiego, buteleczki tradycyjnego atramentu - do ozdoby na biurko - drewnianych ręcznie zdobionych pudełek na drobiazgi. Sklep jest wąski i głęboki w środku, ale ma bardzo wesołą witrynę, pełną kolorowych wycinanek, pajacyków, dzwoneczków. Byłam niepocieszona, gdy kiedyś okazało się, że jest zamknięty. Wracałam wówczas z powrotem w górę ulicy czym prędzej, żeby znaleźć pocieszenie w ulubionej kawiarni. 

        Idąc właśnie już z dołu w drogę powrotną, można skręcić odrobinę w lewo i po schodach wejść na deptak biegnący równolegle. Jets to najstarsza część miasta brukowana dawną głowiastą kostką, na której łamie się obcasy. Dlatego chodzić trzeba w butach sportowych ;-) Najpierw przechodzi się przez starą zabytkowa bramę z wieżą. Ulica jest wąziutka, zamknięta dla ruchu kołowego. Z obu stron napierają na przechodniów stare średniowieczne mury. I tutaj wzdłuż w każdym wolnym miejscu znajdujemy setki kramów z tradycyjnymi wyrobami i rękodziełem. Są też przystanki kulinarne: naleśnikarnia, ogródek z piwem z beczki, jakieś słodkości, cukrowa wata dla dzieci. Ulica wydaje się radosna i pogodna, ale za grubymi murami po jej lewej stronie kryją się głębokie tunele i dawne kazamaty. Można się w nie zapuścić i przejść na skróty do dolnej i nowocześniejszej części miasta. Jednym takim tunelem wychodzi się do olbrzymiego kościoła, innym do przystanku miejskiej komunikacji, jeszcze inny w miejscu rozwidlenia ma pasaż handlowy z atrakcjami dla turystów. W jeszcze innym odnoga skręca w dół do podziemnego muzeum tortur. Można łatwo zabłądzić. Miejscowi skracają sobie tędy drogę, ale obcy łatwo się gubią i niestety, stają się ofiarami drobnych złodziejaszków. Nastrojowi grozy sprzyjają kolebkowe sklepienia i grube mury odbijające ponurym echem ludzkie kroki. Część tego podziemnego labiryntu jest jeszcze w remoncie. Co w nich zostanie odkryte, nie wiadomo. 

          Po powrocie do górnego początku ulicy głównej skręcam w stronę pałacu i okrążając go dochodzę do przystanków, skąd wracam do domu. Tym razem jednak utknęłam w samym pałacu. Był wieczór i znajoma namówiła mnie na zwiedzanie. W pałacowych krużgankach szykowała się jakaś impreza, koncert połączony z pantomimą i tańcem. Wyglądało to wszystko jeszcze dość chaotycznie: Ciężkie kotary zwisały ze stelaży, damy w klasycystycznych i barokowych sukniach przebiegały w pośpiechu szukając a to rękawiczki, a to wachlarza. Minęłyśmy ten rejwach, wchodząc do środka. A tam groza! Kosze rozkawałkowanych na części manekinów wytrzeszczających oczy... krwawe kałuże... Scena do jakiegoś horroru? Nową wersję "Dantona" będą kręcić czy co??? Opuszczam pomieszczenia i idę w głąb, za jakieś kulisy. Korytarze, puste alabastrowe sale, jakieś pozostałości po ekipie remontowej: wiaderko po farbie, malarska drabina, zachlapane gazety... Widzę ukryte przejście dokądś, Idą tamtędy dwaj lokaje w liberii, więc ja za nimi. Przechodzę przez kwadratowe wyjście zasłonięte od tyłu czymś ciężkim, wielkim obrazem. Po drugiej stronie oszklony taras? patio? coś jakby zejście do ogrodu. odwracam się: co za obraz tak skrzętnie ukrywa tajemne przejście? Mało nie padłam: królewski portret Stanisława Augusta. No tak, to już wiem, jaki film tu będę kręcić. Chcę wrócić z powrotem, ale nie mogę się wgramolić na wysoki parapet ukryty za obrazem. Podstawiam sobie stojący obok królewski podnóżek obity aksamitem. Ha! na coś się przydał. Jak mnie ci kustosze w lokajskich liberiach przyuważą, będzie afera. Stoją zaraz za wejściem do pałacu, ale widzę, że to dzieci, mali paziowie. Mówię do nich: "Tylko nie mówcie nikomu" i przykładam palce do ust. Śmieją się i kiwają głowami. 

        Wracam do głównego wyjścia. Słychać dynamiczną muzykę, coś się zaczęło. Wpadam do ogromnej sali, gdzie górale przytupują zbójnickiego. Skądś wibruje natarczywy rytm "Krzesanego". Rewelacja! Tańczą, wirują, kierpce, ciupagi, parzenice, bufiaste koszule, kolorowe chusty. Energia udziela się i próbuję przebrnąć przez roztańczony tłum po dudniącym parkiecie. Naprzeciwko widać olbrzymie czarne okna - zapadł zmierzch. Przez któreś z nich zagląda światło baniastej lampy ulicznej. Przechodzę przez roztańczone pary do na wpół otwartych drzwi. Zamykam je za sobą, intensywny dźwięk góralskich skrzypiec cichnie, za to z lewej strony, gdzieś spod pałacowej oficyny dochodzi delikatny dźwięk fortepianu. Nie widać instrumentu ani pianisty, idę za dźwiękiem. Przenika mnie chłód i chociaż to nieodpowiednia pora roku, w powietrzu zaczynają fruwać pojedyncze drobne płatki śniegu. Jak te delikatne tony spod klawiszy. Niemożliwe po prostu. Nie schodzę schodami, lecz idę okrążając pałac. Noc ciemna zasnuła ulice w dole, poniżej pałacowego wzgórza. I widzę: pałacowe skrzydło osłania tarasowy prostokąt, w którego rogu stoi fortepian. Pianista w czarnym fraku - czy mu nie zimno? - pochylony nad klawiaturą nie zwraca uwagi na płatki śniegu spadające na włosy i barki. Gra... 

 

PS Jeśli ktoś ciekawy, co to za miasto, odsyłam do eseju Josifa Brodskiego "Miasto jak każde"



komentarze (7) | dodaj komentarz

Kobiety

środa, 08 marca 2017 7:26

Nie ma kobiet niedostępnych, są tylko mężczyźni słabego charakteru.

 

Ewa w raju była pierwszą damą. Nagą. bez paparazzich!

 

Najlepsza reklama dla kobiety: święta albo grzesznica!

 

Dla Adama Ewa była Miss Universum. Słusznie. 

 

Skoro diabeł niewiele wie o cnotach i niecnotach niewiast, to cóż my, biedni mężowie, możemy powiedzieć.

 

Boję się kobiet, które nie są kobietami.

 

Czy kobieta upadła może być cnotliwą żoną? A czy jest upadły mężczyzna?

 

Zbigniew Strzałkowski



komentarze (2) | dodaj komentarz

Takie tam zdania

środa, 08 lutego 2017 22:16

Chodziłem uparcie od pokoju do pokoju i jak najęty zadawałem pytania, na które udzielano mi fałszywych odpowiedzi. (Stanisław Lem. Pamiętnik znaleziony w wannie)

 

Obudziłem się w rozpłomienionej białości capryjskiego poranka. (Gustaw Herling-Grudziński. Dziennik pisany nocą)

 

No a nam, Polakom, nie wolno mieć swoich durniów? (Stanisław Vincenz. Dialogi z Sowietami)

 

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie (Czesław Miłosz. Na moje 88 urodziny)

 

Bergman jest nieśmiertelny, proszę pana. I nigdy nie umrze. (Jan Tomkowski. Czarna wstążka)

 

Całe "usieciowienie" zaś "globalizacyjne" świata jest po prostu łącznością do wielkiej potęgi, albowiem jeśli nie wystarczy nam bzdura z sąsiedztwa, powinna to nadrobić brednia z maksymalnej oddali (Stanisław Lem. Bomba megabitowa)

 

Senlis jest miastem, przez które przeszła historia. Mieszkała w jego murach parę wieków, potem odeszła. (Zbigniew Herbert. Barbarzyńca w ogrodzie)

 

Przeświadczony był, że gdy cały zamieni się w słuch, zdoła po niejakim czasie, niczym ślepiec, odgadywać wiernie tajemnicę spojrzeń i uśmiechów niewidzialnych z brzmienia głosu, z treści słów, z długości przerw między słowami (Teodor Parnicki. Srebrne orły)

 

Co roku w wyobraźni odbywam podróż do Grecji, aby przeżyć czystą radość i sięgnąć do źródeł (Zbigniew Herbert. Mistrz z Delft i inne utwory odnalezione)

 

Nie idź śladami wielkich, utoniesz! W nich. (Stanisław Jerzy Lec. Myśli nieuczesane)



komentarze (10) | dodaj komentarz

środa, 26 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  376 173  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 376173

Lubię to