Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 230 028 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Takie tam zdania

środa, 08 lutego 2017 22:16

Chodziłem uparcie od pokoju do pokoju i jak najęty zadawałem pytania, na które udzielano mi fałszywych odpowiedzi. (Stanisław Lem. Pamiętnik znaleziony w wannie)

 

Obudziłem się w rozpłomienionej białości capryjskiego poranka. (Gustaw Herling-Grudziński. Dziennik pisany nocą)

 

No a nam, Polakom, nie wolno mieć swoich durniów? (Stanisław Vincenz. Dialogi z Sowietami)

 

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie (Czesław Miłosz. Na moje 88 urodziny)

 

Bergman jest nieśmiertelny, proszę pana. I nigdy nie umrze. (Jan Tomkowski. Czarna wstążka)

 

Całe "usieciowienie" zaś "globalizacyjne" świata jest po prostu łącznością do wielkiej potęgi, albowiem jeśli nie wystarczy nam bzdura z sąsiedztwa, powinna to nadrobić brednia z maksymalnej oddali (Stanisław Lem. Bomba megabitowa)

 

Senlis jest miastem, przez które przeszła historia. Mieszkała w jego murach parę wieków, potem odeszła. (Zbigniew Herbert. Barbarzyńca w ogrodzie)

 

Przeświadczony był, że gdy cały zamieni się w słuch, zdoła po niejakim czasie, niczym ślepiec, odgadywać wiernie tajemnicę spojrzeń i uśmiechów niewidzialnych z brzmienia głosu, z treści słów, z długości przerw między słowami (Teodor Parnicki. Srebrne orły)

 

Co roku w wyobraźni odbywam podróż do Grecji, aby przeżyć czystą radość i sięgnąć do źródeł (Zbigniew Herbert. Mistrz z Delft i inne utwory odnalezione)

 

Nie idź śladami wielkich, utoniesz! W nich. (Stanisław Jerzy Lec. Myśli nieuczesane)



komentarze (10) | dodaj komentarz

One są naprawdę dobre

czwartek, 12 stycznia 2017 23:22

      Dostałam dwa tomiki wierszy od znajomej poetki. Nie miałam czasu zajrzeć wcześniej, dopiero teraz, jak zwykle do wanny wzięłam ;-)  Po znajomości nie powinnam pisać, ale... one naprawdę są dobre. Te wiersze, Róże z Pierii - taki tytuł. Są jak róże w wielu kolorach. Najpierw zaczęłam od innego tomiku: Wiersze jak ziarna. To zbiór utworów w stylu poezji ludowej, nawiązujących do ludowości, do folkloru, ku pamięci ludowych twórców i bliskich, chłopskich rodziców Autorki. Pisane prostym językiem, z tematami klasycznej wsi polskiej. Może nie nad wyraz wysublimowane, ale wzruszające. Bo znam te tematy, te motywy, zapachy, dźwięki i chropawość życia. Dlatego wzruszyłam się. Nawet więcej, poczułam wszystkie pory roku. Przywołam jeden wiersz, o jesieni. Bardzo mi się podoba:

* * *

nostalgiczna

jak skargi żurawi gnanych

dzikim instynktem do podróży

po kres

 

nieważna

jak poniewierające się 

po ścieżce

kartoflane pędy

 

niespełniona

jak rozkwitające

w październiku

słoneczniki

 

bezsensowna

jak wsiąkające w ziemię

łzy za utraconym

latem

 

rozczarowująca 

jak wszystko co przychodzi

bez niespodzianki i odchodzi

mimochodem

 

tegoroczna jesień

 

      Tak, ten wiersz mnie zastanowił, zatrzymał. Nie przeszedł mimochodem. Poszłam za ciosem i otworzyłam drugi tomik. Nie chcę snuć analiz formalnych ani rozbierać na drobne ukrytych treści. Wiersz ma przemawiać całością. I tak właśnie w przypadku utworów Haliny Graboś odbieram. Owszem, zatrzyma mnie jakaś świetna fraza, jakaś metafora, mogłabym wymieniać sposoby budowania nastroju, opisywania przestrzeni wewnętrznej, wskazywać tropy i nawiązania, aluzje literackie w zdumiewających Różach z Pierii. Ale po porostu szkoda. Szkoda na to miejsca na blogu i czasu. Tak rzadko się zdarza, że czytając wiersz, czujemy jak wbija się ostrzem w samo nasze istnienie: w ciało, umysł, emocje i duszę. Nie znaczy to wcale, że wiersze te są w jakiś niewyobrażalny sposób genialne. Nie. One są po prostu poezją. Tylko i aż.          

       Tyle już konstruowano definicji poezji, a żadna nie jest satysfakcjonująca. Sprawdzianem dla niej zawsze jest moment czytelniczej recepcji. Wiele zależy od samego czytelnika, ale nie przesadzajmy. skok z mostu wahań zawsze będzie poezją, nawet bez czytelnika, a przedświt, być może, kto wie, kongenialnym zapisem relacji między naturą, pędzlem  a szaleństwem van Gogha. Ja w każdym razie poczułam, że tak właśnie mogły się rodzić jego obrazy. 

      Jestem na trzydziestej stronie, jeszcze zostało ponad 50. Nie wiem, czy napiszę więcej o tych wierszach po zakończeniu całości. Może nie. Dzisiaj chciałam napisać o tych, które już we mnie zostaną. Nie o wszystkich, bo się nie da. I trudno je cytować w całości, to nie aforyzmy, choć wiele z nich uderza pointą. Jak wiersz bez tytułu poświęcony Pamięci Wandy Karpińskiej: 

 

"śmierć jest lepsza

(od takiego życia)"

lecz nikt nie wie na pewno

czy nie są

tym samym

istnieniem

 

      Trudno powiedzieć, dlaczego są słowa, które przenoszą nas w inny wymiar. Ale jeśli poezja ma moc przekraczania granicy życia i śmierci, jak wierzył Horacy, to może już teraz, czytając, czasami dotykamy nieśmiertelności? 

 

echo

 

nie jesteś już moja chwilo

choć byłaś mi bliższa niż skóra i kości

i każdy kochany człowiek

prostota naszych uczuć była bardziej jasna

niż spojrzenie w oczy

zależność bardziej złożona niż struktura kryształu

byłaś mną a ja tobą

i nie pragnęłyśmy niczego więcej

nie chciałaś odejść

lecz czas wyrwał mi ciebie

nie było szans bym pokonała go

w bezpośredniej walce

podchodziłam go podstępnie i nie fair play

biegłam za tobą wołałam

nawet jakiś błędny ognik

pokazywał mi drogę

byłam blisko widziałam cię

lecz ty już mnie nie pamiętałaś

zakotwiczałaś się w kimś innym

szukam cię ciągle takiej samej

a znajduję tylko to samo echo

 

Nie dziwią nas wcale

 

W snach, zmarli mają sukienki w grochy,

korale na szyjach, kapelusze i płaszcze

jak w zwyczajnym życiu.

Kolczyki, bransolety i złote pierścionki,

które ze zdjęciami wnuków włożyły do trumien

zabobonne ciotki.

Nie dziwią nas wcale,

zajęci ścinaniem kwiatów, w zwyczajnie kwiatowym,

niemagicznym, ogrodzie, ścieranie  kurzu

w zwyczajnie nieastralnym pokoju.

Jadąc autobusem machają rękoma, nie na pożegnanie, 

tylko z wymownym gestem pozdrowienia.

Przystają, obejmując nas przyjacielsko, patrzą w oczy

radośnie żywi, życiem tryskający.

Rozmawiają zwyczajnie o niezwykłych sprawach,

że dzisiaj słońce zamieniło się miejscem z księżycem,

lub, że za trzy minuty odwiedzą nas goście

z Galaktyki Andromedy.

I zupełnie nas to nie dziwi.

Jemy razem czereśnie, przeskakujemy kałuże.

Przez moment coś nam chodzi po głowie,

chcemy o coś zapytać, ale zaraz odrzucamy tę myśl:

chyba nie o to...? to niedorzeczne,

przecież się wcale nie boimy,

że mogliśmy się u nich zasiedzieć,

tak zwyczajnie, po prostu

jakby na zawsze.

 

Halina Graboś: Róże z Pierii. Wydawnictwo TAWA. Chełm 2014.

Halina Graboś: Wiersze jak ziarna. Chełm 2016.



komentarze (8) | dodaj komentarz

Palcem po mapie

sobota, 07 stycznia 2017 13:45

       Województwo tarnopolskie... Buczacz, Zaleszczyki, Okopy Świętej Trójcy, Trembowla, Złoczów, Ponikwa… Skąd znam Ponikwę? Z historii? Nie, raczej z literatury. Z jakiegoś wiersza? Z powieści? Ze wspomnień? Czytam nazwy i za każdą stoi jakieś skojarzenie, nazwisko, utwór, fragmenty przeszłości. Czytam i zwiedzam – palcem po mapie. Mapka formatu A4. Malutkie niewyraźne literki: Bilcze Złote… ach, byłam tam .. w wyobraźni,  zwiedzając skarb z Werteby (patrz tutaj). To miejsce, gdzie zaczęła się europejska cywilizacja ;-) Nazwa "Werteba", choć określa tę jedną archeologicznie cenne stanowisko, tak naprawdę jest słowem pospolitym podziemnych zapadlisk, wklęsłości tworzących jaskinie: W wielu miejscach Miodoborów wskutek zapadnięcia się podziemnych grot gipsowych powstały zaklęsłości  tzw. werteby – pisze autor przewodnika. I tak oto zagadka wyjaśniona. Przynajmniej ta jedna.  Miodobory, tak zwaną Podolską Szwajcarię, opiewał Wincenty Pol: Tam ku górom Miodoborskim,/ Coraz wyżej kraj się wznosi…

      O rzut beretem Zaleszczyki. Polski biegun ciepła, słynne uzdrowisko – wszyscy jeździli do Zaleszczyk. Miasto jak cypel z trzech stron otoczony Dniestrem chlubi się kąpieliskami i klimatem porównywalnymi z czarnomorskim czy adriatyckim. Na letni wypoczynek przyjeżdżał Jan Kasprowicz. Podobno tutaj w kryzysie emocjonalnym po zdradzie żony,  która uciekła z Przybyszewskim, napisał „Święty Boże, Święty Mocny” z cyklu „Hymnów” o charakterze ekspresjonistycznym. W Zaleszczykach śpiewała Salomea Kruszelnicka, diva wielu europejskich scen operowych, partnerująca między innymi samemu Enrico Caruso w La Scali. Obiecywała wrócić do Zaleszczyk Maria Pawlikowska –Jasnorzewska w wierszu „Nitka Ariadny”. Wojenny los nie pozwolił jednak na spełnienie obietnicy. W opisie Zaleszczyk zaciekawiła mnie rola tutejszego kasyna: W kasynie biblioteka i czytelnia. Musiałam doczytać, że bynajmniej nie chodzi o przybytek hazardu, lecz kasyno urzędnicze pełniące funkcję miejsca spotkań towarzyskich i zarazem domu kultury. Z ciekawostek geograficznych można wspomnieć o ciekawych formach skalnych w okolicach Holihradów, z których autorzy Przewodnika wspominają Sfinksa podolskiego i Puchar Sobieskiego. Znalazłam zdjęcie starej pocztówki z tym pierwszym:

thumbnail-by-url.json.jpg

      Górzyste tereny zaleszczyckiego powiatu zasłużyły sobie na określenie Naddniestrzańskiej Szwajcarii. W Beremianach na zachodnim skraju powiatu urodził się w 1823 r. „podolski Jeremiasz” Kornel Ujejski. Mimo zagranicznych wojaży na stałe związany z tą ziemią, najpierw jako uczeń gimnazjum w Buczaczu, następnie ożeniwszy się z Henryką Komorowską przez pewien czas gospodarował wraz z teściem w majątku Pawłów w powiecie radziechowskim. W późniejszych latach gospodarował jeszcze w Podlipcach w powiecie złoczowskim, aby ostatecznie na starość powrócić do Pawłowa, którego wówczas był właścicielem syn Ujejskiego, Roman. Tam też ostatecznie zmarł w 1897 roku i został pochowany.  Kilkanaście km na północ od Pawłowa, w Witkowie Nowym została pochowana Gertruda z Komorowskich Potocka, opiewana jako Maria w powieści poetyckiej Antoniego Malczewskiego. Powiat radziechowski jakoś szczególnie bogaty  jest w mogiły znanych osób, ponieważ w mieszczącym się w jego granicach Łopatynie znajdziemy jeszcze majestatyczny grobowiec generała Józefa Dwernickiego (zm. w 1856 r.), znanego z bitwy pod Stoczkiem.

       Brzeżany to kolejna miejscowość słynna swoimi niezwykłymi mieszkańcami. Sieniawscy, założyciele miasta, dbający o jego rozwój, pozostawili po sobie obronny zamek z barokową kaplicą, w której pochowani zostali możni tego rodu. Poruszenie serca wywołują nawiasowe wtrącenia autorów przewodnika, którzy informują, że kunsztowne sarkofagi Sieniawskich jeszcze nie wróciły (w 1928 r.) do zamkowej kaplicy z Krakowa, dokąd je wywieziono przed najazdem bolszewików. Z Krasnopuszczą położoną w odległości 22 km od Brzeżan wiąże się legenda ufundowania przez Jana III Sobieskiego klasztoru oo. Bazylianów. Król, zgubiwszy się w puszczy podczas polowania, znalazł schronienie w chatce pustelnika. Jako żywo przypomniała mi się komedia „Henryk VI na łowach” Wojciecha Bogusławskiego. Buczacz niesławny traktatem z Turkami (1672) wielokrotnie opierał się najazdom dzięki warownemu zamkowi, ale w czasach międzywojennych pozostały z niego tylko ruiny. W szeregu przesiąkniętych historią i literaturą miejscowości dawnego województwa tarnopolskiego nie można pominąć Trembowli i jej okolic. Ciekawostką jest tzw. step Pantalicha od nazwy miejscowości pochodzący Pantalicha (podobnie jak Pustynia Błędowska od Błędowa). Step ten już w czasach przedwojennych został częściowo osuszony, a  po wojnie przeznaczony pod rolnictwo.

      Znamienna jest liczba zamków, zameczków, warownych budowli, stawianych przez kolejnych właścicieli, reprezentantów magnackich rodów, których nazwiska przewijają się w połączeniu z nazwami historycznych miejscowości: ruiny zamku Lanckorońskich w Skale, zamek Kąckich w Krzywczach, zamek Żółkiewskich w Brodach, Sieniawskich w Brzeżanach, ruiny zamku Buczackich, następnie odnowiony przez  Potockich nad Strypą, pozostałości zamków Kalinowskich w Husiatynie i Sidorowie, zamek Wichrowskiego, następnie Firlejów w Skałacie, zamek w Grzymałowie należący kolejno do Ludzickich, Sieniawskich, Lubomirskich, Rzewuskich i Pinińskich, zamek Tarnopolskich, Sobieskich i Korytkowskich w Tarnopolu, zamek Siemieńskich w Złoczowie i wiele innych, a niepełną tę listę niech zakończy warownia utrwalona w literaturze przez Sienkiewicza w „Ogniem i mieczem” – Zbaraż broniony pod dowództwem „strasznego Jaremy” przed armią kozacko-tatarską. Prawdziwa kraina kresowych warowni zwieńczona w samym najwęższym cyplu u zbiegu trzech granic (polskiej, rosyjskiej i rumuńskiej) Okopami Świętej Trójcy.

      Na koniec perełka w Podhorcach – największy zabytek architektoniczny województwa tarnopolskiego. Wzniesiony przez hetmana Stanisława Koniecpolskiego drogą darowizny przeszedł ręce Sobieskich, a następnie nabyty przez Rzewuskich, od których odkupili go Sanguszkowie przeobrażając we wspaniałą rezydencję i zarazem muzeum. Właściciele pałacu zgromadzili  w nim miedzy innymi obrazy Tycjana, Rubensa, Renbrandta, Reniego, sufity zdobione malowidłami o tematyce mitologicznej i biblijnej, meble do wyposażenia sprowadzano z Francji, sale muzealne wykończone w różnych kolorach i dekoracjach: zielona, żółta, bilardowa, mozaikowa… Tak było dawniej, a  dziś, cóż, nikogo nie stać na odbudowanie obiektu i utrzymanie go w stanie użytkowym nawet dla celów turystycznych.

      Opisy atrakcji województwa ułożone zostały według alfabetycznego spisu powiatów. Uderza w nich bogactwo życia społecznego, wszędzie działają różne stowarzyszenia i organizacje społeczne, „Sokół”, Towarzystwo Strzeleckie,  oddziały TTK, Kasy Rolnicze, różne spółdzielnie, banki, ale co mnie zdumiewa najbardziej: we wszystkich powiatowych miejscowościach są stacje kolejowe! A są to miejscowości w zasadzie małe, od czterotysięcznych Przemyślan do piętnastotysięcznego Złoczowa (pomijając stolicę województwa Tarnopol z 35 tysiącami mieszkańców). Stacje kolejowe są albo w samym środku miasteczek, albo w odległości 3-4 km, skąd kursują np. dorożki (których cennik jest w przewodniku podany). Tymczasem w moim regionie w 30-tysięcznym mieście powiatowym jest jeden pociąg osobowy na dobę ze stacją 4 km od centrum, przy czym budynek stacji został kilka lat temu rozebrany i stoi się na mrozie deszczu (nie wspominając, że żadnej „dorożki” nie uświadczysz ;-)), w innym powiatowym 15-tysięcznym stacji nie ma wcale, nawet w pobliżu, w trzecim 20-tysięcznym stacja kolejowa była 8 km od centrum, ale przejazdy pasażerskie zawieszono i dopiero po protestach mieszkańców przywrócono, ale tylko na okres letni! Więc te stacje kolejowe w 5-, 6-, 7-tysięcznych podolskich przedwojennych miasteczkach wywierają wrażenie :-)

Tomasz Kunzek: Przewodnik po województwie tarnopolskim z mapą. Tarnopol 1928 (reprint Wydawnictwo Libra)

 



komentarze (7) | dodaj komentarz

Fandorin

środa, 21 grudnia 2016 20:02

      Fandorin wiedzie życie bardzo ciekawe i prezentuje niezwykłe umiejętności. Zna kilka języków, w tym japoński, którym posługuje się całkiem biegle. Na przykład, gdy nie chce zostać zrozumiany, a brzydkie słowa cisną się na usta, używa japońskiego. Fandorin jest niezwykle wysportowany, a wręcz kaskadersko przygotowany, aby wychodzić cało z wszelkich opresji. Potrafi ruchem jednego palca uderzyć tak precyzyjnie, że przeciwnik przez tydzień leży co prawda przytomny, lecz sparaliżowany. Fandorin postępuje tak z osobami, które zamiast współpracować, chcą mu bruździć w jego poczynaniach. W ten sposób oczyszcza sobie drogę. Nie zawsze jednak kończy się bez rozlewu krwi, o nie. Jeszcze nie wiem, ile zabił osób, może kiedyś się dowiem. Fandorin ma poczucie sprawiedliwości, ale jego natura skłania go ku całkowitemu zatopieniu się w harmonii bytu, czyli niedziałania. Kiedy sprawa go nie interesuje, poświęca się zdobywaniu wewnętrznej równowagi. Niestety, było to możliwe dopiero wówczas, gdy po wielu latach poszukiwań wydobył z zatopionego wraku beczki ze złotem. Stał się niezależny. Wcześniej wielokrotnie narażał życie, ale jak już wspomniałam, jest zbyt sprytny, aby zginąć. Otoczony kilkoma przeciwnikami trzymającymi spluwy w rękach nie myśli o poddaniu się, tylko precyzyjnie oblicza, którego "kopnąć" najpierw. Po takim "kopnięciu" żaden wróg nie ma prawa wstać. Fandorin bowiem pobierał nauki u mistrzów sztuk walki. Jeden z nich, jego wierny przyjaciel, wciąż mu towarzyszy, a bywa czasem tak porywczy, że trzeba go powstrzymywać. Fandorin wszędzie był, wszystkiego próbował, wszędzie czuje się u siebie i nigdzie się nie spieszy. Ma niezbyt pochlebne zdanie o politykach i władzy, ale kocha swoją ojczyznę, choć w niej nie mieszka. Bo Fandorin jest poniekąd sybarytą i lubi wygodne życie, co jednak mu nie przeszkadza w razie konieczności wystawić na szwank swojej nienagannej fryzury, wyprasowanych na kant spodni i równo przystrzyżonych wąsów. Potrafi wszystko: nurkować pod wodą i płynąć  statkiem, łamać szyfry i wspinać się na skały. Fandorin w pełni wykorzystuje wszystkie zmysły, a kiedy zawodzą oczy i uszy, potrafi odbierać świat przez skórę jakby widział w podczerwieni. Kiedy chce, potrafi być niewidzialny.  Fandorin jest ninja. Kiedy go poznałam, dobijał do pięćdziesiątki. Nie wiem, ile jeszcze pożyje. Prowadzi przecież życie pełne niebezpieczeństw. Chyba że w końcu osiągnie całkowity spokój wewnętrzny i jak budda pogrąży się w medytacji nad harmonią wszechrzeczy. Ale człowiek z jego charakterem?... Mam wątpliwości. 

 

Erast Pietrowicz Fandorin - bohater serii kryminałów Borisa Akunina, przy czym Akunin w zasadzie też nie istnieje naprawdę ;-)

 

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Między kryminałem a poezją

środa, 07 grudnia 2016 22:23

       Po lekturze dwóch tomów Marcina Wrońskiego, Morderstwa pod cenzurą i Portretu wisielca, pierwszej i ósmej części z serii o komisarzu Maciejewskim, chwilowo mam dosyć przedwojennego kryminalnego Lublina. Jedna rzecz się potwierdziła, jeśli chodzi o charakter powieści Wrońskiego. Te dwie pozycje są bardzo różne. Pod względem sprawności narracyjnej i prowadzenia akcji ta druga jest zdecydowanie lepsza. Mam wrażenie, że bardziej przemyślana, a zbrodnicze motywy działań bohaterów wyjątkowo wyrafinowane (no, może pomijając Dobrowolskiego, który okazał się postacią wręcz trywialną). Pisarz wymieszał tutaj wielokulturowe polsko-żydowskie lubelskie animozje, żydowską mistykę, kulowską biblistykę, personalne rozgrywki w polskiej i żydowskiej szkole, mroczne życie lubelskiej biedoty, wojskowe "parady", a na koniec jak deus ex machina sprawę rozwiązuje przy pomocy trąby powietrznej, która porywa Maciejewskiego z coraz bardziej oszalałego konia. Bohater wylądował pogruchotany w szpitalu. Nie wiem, czy koń przeżył?

       W każdym razie po tych dwóch próbkach pisarstwa Wrońskiego za sprawą internetowego dnia darmowej dostawy, który wykorzystałam na złożenie zamówień w kilku księgarniach, przyszedł czas na zagłębienie się w literaturze zgoła innej. Tym bardziej, że kurczliwość grudniowego dnia sprawia wrażenie, że i czasu mam jakby mniej, więc na początek poszły rzeczy najcieńsze: dwa poetyckie tomiki. Bo któż dzisiaj by się skusił na wielkie tomiszcze z wierszami? Swego czasu Szymborska ustaliła limit minimalistyczny liczący od 18 do 22, 23 wierszy. Ale Noblistka była mistrzynią zwięzłości, niewielu innym taka sztuka się udaje. Czytnik linii papilarnych Ewy Lipskiej liczy 31 utworów, natomiast późnych sonetów Aleksandra Ziemnego jest 27 - to już blisko noblowskiego ideału ;-) 

       Tomik Ewy Lipskiej wymaga skupienia. Przyznaję, nie wszystkie drogi poetyckiego rozumowania są dla mnie czytelne. Poetka znana mi dotąd z ciekawego budowania metafor wydobywanych z życiowego konkretu tutaj poszła w stronę tak wyrafinowanej abstrakcji, że nie zawsze czytelnej. Przynajmniej czytelnej nie od razu. I nawet jej rozszyfrowanie nie wzbudza zachwytu, co najwyżej spod zdumionych brwi mimowolnie wykluwa się pytanie: czy naprawdę nie można było prościej? Wiersz Kilka słów o etyce jest chyba najlepszym przykładem tego, o czym mówię:

 

Światła etyki oślepiają nas

całymi nocami wieków.

Starzy kierowcy rozpoznają ten błysk

spekulacji teorii dekalogów sądów.

 

Przepraszam, ale co to w ogóle jest? (Zwolenników i wiernych czytelników Ewy Lipskiej uprzejmie proszę o zabranie się ze swoimi kamieniami gdzie indziej). To są abstrakcje, tylko abstrakcje, nie żadna poezja. Dalej wcale nie jest lepiej, połączenia rzeczowników konkretnych tworzą coś, co ewentualnie mógłby namalować tylko Salvador Dali:

 

Na brzegu grupa ludzi

usiłuje sprzedać morze

żywiołowi ognia. Rynek bez serca.

 

Ostatecznie okazuje się, że wiersz jest... nie wiem... opisem, diagnozą, może przestrogą, może rachunkiem sumienia ludzi bez sumienia, cywilizacji opartej na handlu, inwestycjach, giełdzie i elektronice. 

      Nie jest to jedyny wiersz w  tym tomiku obrazujący meandry współczesnej mocno stechnicyzowanej współczesności. Na tym tle wibruje, drga i próbuje wydobyć się na pierwszy plan jakiś wątek miłości, czułości, spychany przez wartkie życie na margines. Dobrze, niech będzie, ale wszystko to sprawia bardzo smutne wrażenie. Całość odebrałam jako pełne rezygnacji zwątpienie, podkreślane choćby taką metaforyką jak: stracona szansa, wygasłe uczucie, świat (...) gwizdał na nasze pytania, ktoś rozmieniał nas na drobne, tablice rejestracyjne maja numer zbrodni (słowo daję, nie wiem, o co w tym chodzi). Czasem, tylko czasem przebłyskuje w tych utworach ta dawna Lipska, którą znałam, bawiąca się dosłownością języka, wydobywająca absurdy codzienności, nieoczekiwane ( a raczej oczekiwane) aczkolwiek nie od razu widoczne prawdy:

... z lenistwa libretta

zabrakło im partii wokalnych

 

Umarli skorzystali

z odmowy zeznań.

Spadkobiercy 

nie mają szans.

 

Całujemy się

miliardami ust.

(to akurat dobre podsumowanie facebookowego lajkowania i internetowych znajomości).

     Może ktoś odnajdzie w tych wierszach siebie, swój świat. Mnie się nie udało. Na obronę mam słowa samej poetki: Nic innego/ nie przychodzi mi do głowy. W przeciwieństwie do Późnych sonetów Ziemnego, który w udany, na pozór klasyczny sposób odświeża tradycyjną formułę rygorystycznego czternastowersowego trzynastozgłoskowca. O ile wiersze Lipskiej określiłabym jako wybitnie cywilizacyjne, przesycone współczesnością, o tyle sonety Ziemnego są erudycyjne, aczkolwiek nieprzesadnie. Świat współczesny i świat wspomnień tworzą w nich płynną przestrzeń, z której poeta czerpie inspiracje dla uogólniającej refleksji. Zdecydowanie inny sposób pisania, pełnozdaniowe frazy, konstrukcje logicznego wynikania sprzyjają podążaniu za myślą autora, aby móc później we własnej już zadumie zastanowić się, na ile znajdujemy w tym poetyckim świecie własne doświadczenia i przeżycia. Przyznaję, że muszę te sonety poczytać jeszcze, mam wrażenie, że na razie prześlizguję się tylko po powierzchni. Niemniej urzekają mnie już teraz ciekawe rozwiązania formalne, jak oryginalność rymów, odwaga budowania asonansów: Leopold - miernotą, rzędach - pęta, miano - tożsamość itd. Jest ich mnóstwo, nawet jeszcze bardziej odległych. Zaskakujące, gdzie można znaleźć współbrzmienia. I jeszcze ta naturalność stylu nienapuszonego, choć wiadomo, że sonet wymaga precyzji i nie znosi prostactwa. Ziemny potrafi jednak nasycić go żywiołowością, potocznością i codziennością krowich placków na majdanie, zapachem cmentarnych lip i klonów, rogatkami miasta, śpiewem ptaków w ogrodzie Śródborowskim, imionami... Mocny sonet Bez różnicy drastycznie obrazuje współczesną dominację podziałów na "ludzkie piętra". I tu nawet wulgaryzm się pojawia, ale jakże trafnie! Na koniec zaś nieco tradycji Staffowskiej ;-) Przecież te krowie placki na majdanie to wypisz wymaluj aluzja do Gnoju. W innym sonecie fraza: Jużem myślał, że dzień mój do końca zamknięty. wygrzebuje z pamięci podobne słowa: Chciałem już zamknąć dzień... - zbieżność nieprzypadkowa jak sądzę. Takich nawiązań znajdzie się więcej, zanurzam się więc w poetyckie śledztwo ;-)

 

Ewa Lipska: Czytnik linii papilarnych. Wydawnictwo Literackie 2015.

Aleksander Ziemny: Późne sonety. Wydawnictwo Literackie 2004 (dodruk)



komentarze (10) | dodaj komentarz

niedziela, 26 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  370 656  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 370656

Lubię to