Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 830 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wyciągnięte z półki

wtorek, 26 lipca 2016 0:40

      Z dorobku Konrada Lorenza posiadam tylko Regres człowieczeństwa, rzecz wcale nie najbardziej znaną jego autorstwa. Kiedyś już zaczynałam czytać, ale przerwałam. Może zabrakło mi cierpliwości, aby przebrnąć przez opisy meandrów ewolucji zwierzęcej zanim autor dojdzie do dziedziczenia w sferze kultury. Teraz zamierzam doczytać do końca. Może zygzakowate ścieżki filogenezy okazują się bardziej frapujące z perspektywy czasu, a wywodzenie sposobu pływania współczesnych waleni od lądowego galopu ich praprzodków - na co wskazuje budowa kręgosłupa - potrafi uwieść umysł znacznie starszy niż wówczas, gdy zabierałam się do lektury po raz pierwszy wiele lat temu? Ze zdziwieniem dla siebie samej dostrzegam, że facet miał naprawdę ciekawe pomysły i trudno nie przyznać, że język miał obrazowy, a sposób myślenia nietuzinkowy. Ba, i jakże przenikliwy, biorąc pod uwagę pewne zjawiska współczesności, których symptomy zauważał już wówczas, ponad  30 lat temu. 

       Zastanawiałam się nieraz, co, jakie zjawisko stanowi wyróżnik naszych czasów, dlaczego niepokój wzbudza absurdalny pośpiech, pogoń za czymś, jakieś podejrzenie nienaturalności postawy wyśmiewanej przez satyryków, a diagnozowanej przez psychologów i psychiatrów. Lorenz dawno zauważył, że hasło: wszystko, co zrobione być może, zrobione być musi, stało się wręcz nakazem technokratycznej religii. To jest to! Diagnoza współczesnej kultury i współczesnego człowieka: opanowała nas kultura natręctw! Chcę, mogę, muszę: błyszczeć, rywalizować, być najlepszym, wyprzedzić innych, dotrzeć, zdobyć, kupić. Muszę to MIEĆ! Większość mogłaby wypisać sobie to hasło na czole jak życiowe motto. Paradoks, że od wieków zdobywana wolność, idea wyboru, tak łatwo i bezrefleksyjnie została powszechnie zastąpiona przez przymus: MUSISZ TO MIEĆ, prawda?

       Lorenz zdecydowanie odrzuca przymus, w procesach ewolucji jednakowo obowiązujących w świecie przyrody i w świecie kultury widzi szansę na realizowanie ludzkiej wolności i odpowiedzialności, odrzucając zdecydowanie pogląd jakoby proces ten miał jakikolwiek dający się ująć rozumowo, naukowo czy moralnie cel. Przyzwyczailiśmy się sądzić, że ewolucyjny rozwój organizmów służy doskonaleniu, prowadzi do wzrostu wartości. Lorenz odrzuca ten pogląd. Ewolucja jest absolutnie niezdeterminowana, całkowicie przypadkowa, ma więcej ślepych zaułków niż dróg zakończonych jasno wyznaczoną metą, ponieważ wysoki stopień specjalizacji (osiągany w procesie długiej i skomplikowanej ewolucji) jest  na dłuższą metę  zawsze niebezpieczny dla danej formy żyjącej. I dlatego, jak pamiętam z pewnego filmu przyrodniczego, gepardy wyginą. Zabrnęły w ślepą uliczkę własnej gepardziej specjalizacji: budowa ciała służąca osiąganiu spektakularnej szybkości doprowadziła do tak ogromnego wydatku energii, że po udanym polowaniu zwierzę nie ma siły jeść ani obronić upolowanej zwierzyny. Zdarza się więc, że łup zostaje mu odebrany przez inne zwierzęta, np. hieny.

       Kolejna - odkrywcza, choć przecież, jak się przyjrzeć - oczywista i logiczna konstatacja. Mówi się, że człowiek udomowił psa, konia, owcę czy kury. I te udomowione zwierzęta stopniowo zatracają swoje pierwotne instynkty, kształty, nawyki i umiejętności. Ot, choćby te pokraczne gatunki psów pokojowych mieszczących się w kieszeni bluzki, noszonych an rękach, ubieranych w kamizelki i buciki od zimna, czy wysoko wyspecjalizowanych do określonego typu zachowań: pasterskie, obronne, szybkie do wyścigów, tropiące do polowań, a dziś chyba bardziej do wyszukiwania szmuglowanych narkotyków itp. Te psy daleko odbiegły od swoich praprzodków, przypominają bardziej zabawki niż żywe stworzenia. Ale przecież człowiek najpierw udomowił SAMEGO SIEBIE, doprowadzając do regresu swoiście ludzkich cech i osiągnięć przywołujących przerażające widmo nieludzkości. Człowiek współczesny całkowicie odciął się od informacji ze świata zewnętrznego, czerpiąc tylko i wyłącznie wiedzę z procesów wewnątrzgatunkowych, a te nie decydują o skuteczności przystosowania się do warunków bytu, do swojej przestrzeni życiowej. Człowiek ową przestrzeń zawęził do sztucznego świata przez siebie wytworzonego. Człowiek udomowiony jakże daleki od swego początkowego wzoru stał się estetycznym zaprzeczeniem ideału! Dodajmy: ewolucyjnego ideału, czego świadectwem jest:

- utrata harmonii ciała;

- utrata wielu sprawności fizycznych;

- regres zmysłów;

- niezdolność do radzenia sobie w warunkach natury, ot, choćby w warunkach naturalnej aury, zmienności pogody;

- konieczność "podpierania się" licznymi narzędziami, i urządzeniami do poruszania się w terenie (utrata orientacji w terenie);

- coraz powszechniejszy brak odporności na zjawiska naturalne: alergie!

Cóż, jesteśmy w ślepym zaułku ewolucji, ewolucji bezmyślnej, w odróżnieniu od ewolucji twórczej, która - według Lorenza - jest oparta na INFORMACJII. Bowiem, jak twierdzi, przystosowanie jest procesem poznawczym, a my nie jesteśmy przystosowani, stajemy się coraz słabiej przystosowani, czyli zamiast gromadzić i wykorzystywać zasoby informacji ze świata zewnętrznego, odcinamy się od nich, zamykając się w szklanych kulach... Nie, nie szklanych kulach, zamykamy się w świecie krzemowych łączy Internetu. To jest nasz świat, sztuczny świat, fikcyjny, pozbawiający nas intelektualnego bodźca rozwoju na poziomie komórkowym czy wręcz genetycznym. Co mi z tego, że z Internetu się dowiem, jaka jutro pogoda, skoro ja tej pogody, powiedzmy deszczowej, burzowej czy śnieżnej NIE PRZETRWAM fizycznie, utraciwszy zdolności przystosowawcze?

      Po tym wstępie filogenetycznym  autor przechodzi do opisywania - językiem równie przyrodniczym - zjawisk dziedziczenia i ewolucji w kulturze, ale to następnym razem. 



komentarze (4) | dodaj komentarz

Poetycki duet

niedziela, 05 czerwca 2016 7:22

       Od lat znam Jacka Żyburę i jego twórczość. Czytam jego wiersze i opowiadania. Poezja Jacka jest wymagająca, czasami trudna, porusza tematykę egzystencjalną, ale bywa też malownicza, zniewalająca wyszukaną metaforyką. Niektórzy nazwaliby ją mroczną. Mnie się podoba i daję się wciągnąć w wyraźnie słyszalne rytmy przemijania. Tak, to jest poezja o przemijaniu, o stałym przechodzeniu z czasu teraźniejszego w przeszły. Taki poetycko przetwarzany motyw vanitas. 

        W prozie Jacek Żybura posługuje się spersonalizowana narracją budującą napięcie. To zastanawiające, że na pozór nie ma w nich wyrazistej, szybkiej, spektakularnej akcji, a tak naprawdę cały dramat rozgrywa się w psychice bohatera/narratora., na styku między światem realnym a reakcja bohatera na niego,  na świat, który jest dla niego niezrozumiały, groźny lub tajemniczy. 

       Elżbietę Sokołowską znam jeszcze dłużej (nie zdradzę, ile lat). Nie wiedziałam jednak, że pisze wiersze. I oto wyciągnęła je z szuflady, pokazała światu. Zaskoczyła mnie, nie powiem, bardzo pozytywnie. Jej wiersze są zupełnie inne niż Jacka. Bardziej bezpośrednie  w nazywaniu uczuć, z wyeksponowanym "Ja" lirycznym. Bohaterka wierszy Elżbiety to kobieta rozliczająca się z miłością, tęsknotą, poszukująca swojego miejsca i swojego prawdziwego oblicza. Prowadzi nas meandrami swoich emocji w procesie nadawania sobie i światu właściwych nazw, powiedzielibyśmy: imion rzeczy - jak biblijny Adam - poprzez słowa nadaje sens rzeczywistości. 

        I oto tych dwoje spotkawszy się, wydało wspólny tomik Wczorajszy zapach, wczorajszy kształt (Warszawa 2015). Na wczorajszym spotkaniu autorskim opowiadali o pracy nad tomikiem, dobieraniu tekstów, układzie, wzajemnym czytaniu i krytyce. Wiersze Elżbiety i Jacka ułożone zostały na przemian, kilka tekstów jego, kilka jej, dobranych według autorskiego klucza. Ten klucz dopiero będę odkrywać, czytając całość, oni sami twierdzą, że chodziło o podobieństwo tematyki. Niemniej już teraz po pobieżnej, wyrywkowej lekturze widać, że wiersze Jacka, jak zawsze, są rozpoznawalne poprzez metaforykę, ukrytą, a wyczuwalną rytmizację, nastrój. Wiersze Elżbiety są bardziej intymne, spersonalizowane, sensualistyczne, erotyczne.

       Refleksje obecnych wczoraj na spotkaniu czytelników w jednym były podobne, że lepiej czytać osobno wiersze Elżbiety jako całość, a osobno Jacka. Niejako wbrew tomikowemu układowi sugerującemu czytanie na przemian. To chyba nie ma, jak sądzę, aż takiego znaczenia. Element eksperymentu widoczny w zestawieniu tak odmiennych poetyckich języków, osobowości i wrażliwości artystycznej, sam w sobie jest pociągający.

        Delikatny erotyzm wiersza sukienka Eli Sokołowskiej stanowi tło dla rozwoju emocji: od pełnych nadziei obietnic i niecierpliwego pożądania do gorzkiego smaku rozczarowania. Indywidualna historia podmiotu lirycznego, kobiety dokonującej rozrachunku ze wspomnieniami, prowadzi do uniwersalnej refleksji o utracie złudzeń. Wszystko odbywa się bez krzyku, bez rozpaczy. Wyciszona refleksja, być może któregoś poranka przy kawie, otwiera oczy na prawdziwą relację między bohaterami, uczestnikami minionych zdarzeń. 

 

Elżbieta Sokołowska - sukienka

 

przy stole nakrytym

wspólnymi chwilami

ubrana w obietnice trwania

z włosami przewiązanymi

zmysłami

niecierpliwie wierzyłam

że szczęście

zwane pożądaniem

nie straci smaku

 

nocą zrywałeś kwiaty

z łąki na mojej sukience

pachniały rozkoszą

 

uschły rano z braku czułości

i obudziłam się naga

 

w południe

bezdomna samotność

skosiła trawę z mojej sukienki

twoje usta miały zapach siana

   

       W poniższym wierszu Jacka - Słoneczniki -najpierw uderzył mnie jego rytm, naturalna melodia języka przypominająca Czechowicza. Podkreślone paralelizmami trwanie słonecznikowego życia zostaje nagle złamane urywanym staccato. Po nim następuje końcowa refleksja w klamrowym powtórzeniu pierwszego wersu, uzupełnionego wanitatywną konkluzją o przemijaniu, przypominającą Villonowskie ubi sunt? Obrazowanie metaforyczne z kolei nieodparcie nasuwa skojarzenia z językiem Schulza: otchłań wszystkich dni, zwiotczałe liście ramion, migdałowe oczy owadów. Z kolei nicość w trwodze zdziwienia wprowadza czytelnika poza granice realizmu. Jak w Leśmianowskich zaświatach nicość ma formę i swoje równoległe toczy życie. W momencie spotkania dwóch światów: realnego i niewidzialnego okaże się, który przetrwa. 

 

Jacek Żybura - Słoneczniki

 

Słoneczniki słońcem kwitnące okręgi

w płaskich talerzach ciasno stłoczone serca

 

nieme łodygi pełne włókien sekretów

ruszają całe w blasku zielonych szat

przez królestwo światła

przez fale miękkiego błękitu

po łące z niebieskiej wełny

po łące z mleka i pszczół

naprzeciw komety życia i śmierci

naprzeciw okrutnej prawdzie

 

zanim zostawią za sobą

diamentowe niebo i chaos galaktyk

żywiołów przestrzeń i otchłań wszystkich dni

zanim nicość w trwodze zdziwienia

obejmie za pokorne szyje

jeszcze całe w wonnym uśmiechu lata

jeszcze odziane w migdałowe oczy owadów i strojne motyle

jeszcze słyszą jak ziemia oddycha miłością i nocą

 

nasycone istnieniem i sensem

wabią wróble zmysłową geometria nasion

pozdrawiają życiem krajobraz atomów i rzeczy

podziwiają welony nocnych gwiazd

 

i nagle stają

jak wspomnienie

znieruchomiałe

zwiotczałe liście ramion

wsparły o kolumn płomienny płot

 

Słoneczniki słońcem kwitnące okręgi

cóż po was zostanie w brzuchu nieszczelnej planety

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

Kalendarz muzyczny

czwartek, 02 czerwca 2016 0:07

10 czerwca, Zamość - Sala Koncertowa Orkiestry Symfonicznej im. Karola Namysłowskiego, godz. 19:00 - prawykonanie Suity Etnicznej Marcina Gumieli, kompozycji na orkiestrę, głos biały i dźwięki elektroniczne,  śpiew głosem białym wykona Helena Bregar;

19 czerwca, Lublin - Filharmonia Lubelska, godz. 16:00 - koncert pieśni w ramach Festiwalu Spotkań Kultur (wstęp wolny);

19 czerwca, Kazimierz Dolny - Klasztor oo. Franciszkanów, godz. 20:00 - koncert kameralny (śpiew i organy - na organach Robert Grudzień) w ramach Festiwalu Spotkań Kultur, (wstęp wolny)

30 czerwca, Kraków - Filharmonia, godz. 19:30 - Feliksa Nowowiejskiego oratorium "Quo vadis"

9 lipca, Kraków - Aula Collegium Novum, godz. 12:00 - Sławomir Zubrzycki wystąpi z recitalem na zrekonstruowanym według szkiców Leonardo da Vinci instrumencie o nazwie viola organista;

15 lipca, Gdańsk - Oliwa - godz. 20:00 - wystąpi włoski organista Giampaolo di Rosa:

17 lipca, Kraków - kościół św. Katarzyny godz. 20:00 - III symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego, znana pod tytułem Symfonia pieśni żałosnych, wstrząsające dzieło;

31 lipca, Rzeszów - w Katedrze Najświętszego Serca Jezusowego o godz. 20:00 wystąpi z koncertem organowym Franz Lörch, organista i dyrektor artystyczny Międzynarodowych Koncertów Organowych w Monachium

12 - 21 sierpnia - Gościkowo, pocysterskie opactwo "Paradyż", Festiwal Muzyka w Raju; będzie między innymi Davide Monti (skrzypce), którego słuchałam swego czasu na żywo w Muzeum Narodowym oraz Reinoud van Mechelen (kontratenor) w programie "Orfeusz w piekle" - 19 sierpnia, godz. 20:45;

Van Mechelen gotowy do boju: 

17 sierpnia, Warszawa - Bazylika św. Krzyża, godz. 22:00 - Tobias Koch wystąpi z recitalem na historycznym Erardzie;

18 sierpnia, Warszawa - Sala Koncertowa Filharmonii Narodowej, godz. 20:00 - Nelson Goerner, Europa Galante i Fabio Biondi w koncercie z Chopinem i Mendelssohnem

19 sierpnia, Warszawa - Bazylika  św. Krzyża, godz. 21:00 - moje ulubione Collegium 1704 oczywiście z Vaclavem Luksem grać i śpiewać będzie Requiem Donizettiego;

20 sierpnia, Warszawa - w Filharmonii Narodowej o 20:00 wystąpi Ian Bostridge w pieśniach Schumanna i Brahmsa;

21 sierpnia, Warszawa - Filharmonia Narodowa, godz. 20:00 - Tobias Koch i Collegium 1704 we wspólnym koncercie;

21 sierpnia po raz drugi, Warszawa - Bazylika św. Krzyża, godz. 22:00 - recital Szymona Nehringa, jedynego Polaka w finale ubiegłorocznego Konkursu im. F. Chopina;

21-28 sierpnia, Jarosław - Festiwal Pieśń Naszych Korzeni - szczegółowy program wkrótce; ma być między innymi "Orfeusz" Monteverdiego

22 sierpnia, Warszawa - Filharmonia Narodowa, godz. 20:00 - ponownie Szymon Nehring w bardziej zróżnicowanym recitalu, nie tylko Chopin;

24 sierpnia, Warszawa - Filharmonia Narodowa, godz. 20:00 - laureat II nagrody w ubiegłorocznym Konkursie im. F. Chopina: Charles Richard-Hamelin zagra nie tylko Chopina z Sinfonią Varsovią

26 sierpnia,Warszawa - Filharmiia Narodowa o 20:00  - wystąpią Charles Richard-Hamelin oraz Apollon Musagete Quartett

28 sierpnia, Warszawa - Filharmonia Narodowa, godz. 20:00 - Seong-Jin Cho - zwycięzca ubiegłorocznego Konkursu im. F. Chopina

29 sierpnia, Warszawa - Studio im. Lutosławskiego, godz. 17:00 - wystąpi cała plejada: Goerner (fortepian), Wakarecy (fortepian), Meyer (klarnet), Długosz (flet), Jakowicz (skrzypce), Zdunik (wiolonczela), Wawrowski (skrzypce), Budnik-Gałązka (altówka), Rozlach (kontrabas);

 

I sto innych ;-)



komentarze (10) | dodaj komentarz

Przypadkowe odkrycia są piękne

środa, 18 maja 2016 18:14

      I znowu niespodziewanie mój słuch zatrzymał się na nieznanym, a jakby znajomym, kawałku. I znowu okazuje się, muzyka amerykańska, którą świadomie omijam z daleka, ma tyle wspólnego z muzyką Starego Kontynentu. Zapewne nie jest to jeszcze ten etap, żeby ostatecznie muzykę amerykańska pokochać czy choćby polubić w stopniu wywołującym ciepłe emocje, co to, to nie! I tak w zestawieniu, powiedzmy, nawet najlepszego czarnego jazzu czy country z ostatnio choćby słuchanym folkowym Kolbergiem, serce będzie bliżej tego drugiego. Tak już zostanie. Ale kiedy pianista na tle skrzypcowej orkiestry snuje senne marzenia Tyrolskiego koncertu Philipa Glassa, zasłuchuję się mimowolnie, odkrywając ze zdumieniem, że coś mi to przypomina, jakieś inne tęsknoty, marzenia, nostalgie, inne, bliższe nawet geograficznie rejony melancholii. Coś jakby płacz Rachmaninowa i  ponura rezygnacja Szostakowicza. A okazuje się, że to jednak Glass (ur. w 1937 r.), kompozytor zaoceaniczny, w dodatku związany z minimalizmem, filmem i buddyzmem. Tak, to pewnie ten buddyzm tak przejmująco się odezwał w kompozycji ;-) Żartuję :-) Ale fakt studiowania w Paryżu chyba będzie tu miał coś na rzeczy. Chociaż związki z muzyką indyjską, orientalną, tradycyjnego Wschodu były znacznie dłuższe i głębsze. Niemniej ukończenie przez Philipa Glassa studiów matematycznych i filozoficznych jest wielce ciekawą okolicznością. Może naukowe zainteresowania odezwały się później w skomponowaniu muzyki do biograficznego filmu o Stephenie Hawkingu Krótka historia czasu? Nie, nie oglądałam tego filmu, czytałam książkę Hawkinga, to mi wystarczy.  Ale, ale, jak się dogrzebałam, jednak muzyka Glassa była ze mną od dawna, tylko bez świadomości nazwiska twórcy. Film Truman show uważam za jeden z najbardziej mistrzowskich obrazów diagnozujących stan współczesnej kultury opartej na podglądactwie. Nikt chyba nie nakręcił bardziej przejmującej historii człowieka całkowicie wymyślonego na potrzeby manii śledzenia cudzego życia. I urzekła mnie wówczas filmowa ścieżka dźwiękowa. To był Philip Glass właśnie. I teraz, wczoraj, przedwczoraj... całkiem niedawno znowu w tym samym melancholijno-smutnym tonie zasłuchałam się w II części Tyrolskiego koncertu na fortepian i orkiestrę. Rzecz może w całym dorobku Glassa nie najważniejsza. Ale jakaś taka bliższa duchowi muzyki europejskiej, jakiejś takiej ciszy swojskich stron ojczyźnianych (Ameryka jest w sumie zbyt wielka na ciszę), może mniej wrzaskliwa niż cały ten zgiełk w światłach fleszy. Muzyka zmierzchu, muzyka nocy. Muzyka pod kocyk ;-)

 

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

... pieśń o starości... kończy się śmiercią

wtorek, 10 maja 2016 23:38

       10 maja w wieku 88 lat zmarł Ryszard Przybylski. Pisarz, tłumacz, eseista, któremu zawdzięczam nie tylko godziny spędzone nad słowem drukowanym, olśnienia i wzruszenia, zamyślenia i tęsknoty. Za sprawą Baśni zimowej. Eseju o starości stał się mimowolnie inspiracją i bezpośrednią przyczyną zdobycia przeze mnie pewnej nagrody. Nagrody dosyć nieoczekiwanej i za nikłą moją zasługę, którą było wysłanie smsu. Ale w treści widniało jego nazwisko i tytuł jego eseju. Od siebie dodałam tylko, dlaczego go czytam.

       Dlaczego?

       Teraz, kiedy jestem już stary, niekiedy o zmroku widzę otwarte drzwiczki od pieca, blask idący po brunatnoczerwonej podłodze, dwa fotele zbliżone do ciepła, prószący za oknem śnieg i słyszę matkę czytająca mi jakąś baśń. Koszmarny mord, ośmieszone cierpienie i spełnianie się losu. Ein Wintermarchen.

       Zanim Stary Człowiek umrze, musi doznać katastrofalnego przytępienia zmysłów. Niemal wszyscy starcy zauważają, jakiego spustoszenia dokonują dolegliwości wieku podeszłego. Ile jest o tym wzmianek w listach u tak bardzo przecież cierpliwego św. Augustyna. W ostatniej fazie starości zamiast pasji ma człowiek do przeżycia niepomierną nudę zmęczenia. "Po drugim okresie życia - pisze Milan Kundera - gdy człowiek nie może oderwać wzroku od śmierci, przychodzi okres trzeci, najkrótszy i najbardziej tajemny, o którym wie się niewiele i nie mówi nic. Człowieka opuszczają siły i obezwładnia go zmęczenie. Zmęczenie: milczący most prowadzący z brzegu życia na brzeg śmierci."

       Otóż, we fragmencie dotyczącym naszego problemu, w słynnej "Pieśni o starości" św. Hieronim użył zjadliwego słówka "zanim", którego próżno szukać u innych tłumaczy tej księgi. W słowie tym dygocze przedziwny niepokój. Jest w nim zawarta informacja, że przed oczekiwanym ważnym wydarzeniem możemy się spodziewać czegoś równie niezwykłego. Zanim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje. Zanim zginie świat, czas zacząć tańce. To, co poprzedzi wydarzenie, może być nawet bardziej istotne, chociaż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Konstandinos Kawafis:

     Lecz gdy coś już ma się stać - zanim to nadejdzie mędrcy przeczuwają.

      W takim przeczuciu jest czasem sporo trwogi, zwiastującej grozę.

       Jak więc wygląda dola człowieka starego, zanim umrze? Zanim umrze, zostanie obezwładniony przez wielkie zmęczenie.

       Zanim tedy przerwie się srebrny sznur, myślący badyl znajdzie się w grobowcu wzniesionym z białych komputerów. Zanim cofnie się czara złota, ciągle będzie chwiał się w stronę sensu życia i absurdu zaistnienia. Zanim rozbije się dzban u źródła, mimo idiotyzmu bezowocnych wysiłków, nadal będzie szukał w sobie "boskiej części", boi chociaż jej nie ma, trudno bez niej umierać. Zanim nad cysterną złamie się kołowrót, niczego nie rozstrzygnie. Niedopoznanie nad niedopoznaniem i wszystko niedopoznanie.

         Staremu Człowiekowi nie można prawić Heideggerowskich mądrości, że jest bytem-ku-śmierci, bo się roześmieje. Prędzej już można mu powiedzieć: "Jeszcze nie teraz". Byle zdanie to nie było konwencjonalnym pocieszeniem.  Stary Człowiek, nawet jeśli nadal jest radosny i twórczy, naprawdę już umarł. Żyje w ziemi i żywi się ziemią. Usta, w których powstają słowa; czaszka, w której kołacze się myśl, pełne są już piachu.

         Nasz Starty Mistrz jest więc wyjątkowo rzeczowy. Żadnej baśni o Transcendencji. Nie będziesz biegał po asfodelowej łące, przez którą nie płynie czas. Żadnej mistyki immanencji. Nie będziesz żył w drzewie, które wyrośnie na twoim grobie. Tylko zapisane słowo wygra z materią. Układaj tedy słowa w zdania. I pisz.

 

Cytowane fragmenty z Baśni zimowej Ryszarda Przybylskiego, zawierającej rozważania o motywie starości w twórczości Michała Anioła, Thomasa S. Eliota, Jarosława Iwaszkiewicza i Tadeusza Różewicza.

         



komentarze (4) | dodaj komentarz

środa, 31 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  341 323  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Szczęście nie jest stanem posiadania, lecz sposobem odczuwania

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Anderszewski

Arie i Głosy

Bach

Balet

Chopin

Chóralnie

Garrett

Händel

Jaroussky

Kaufmann

Koncertowo

Mahler

Mariusz Kwiecień

Małas-Godlewska

Membra Jesu

Minkowski

Muzyka polska

Scholl

Xavier de Maistre

Zimermany

Źródła

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 341323

Lubię to